Poszukaj w Google...

wtorek, 19 marca 2013

Idea Bank - jest śmiesznie...

Pisałem niecały rok temu o tym jak to banki podchodzą do małego biznesu. Dla tych co nie czytali - tutaj link. Minął prawie rok mojej działalności gospodarczej, konto w Idea Banku nadal posiadam, używam go wyłącznie do płacenia zeń  ZUS i podatków. Kasa pojawia się na nim na chwilę przed koniecznością jej przelania do właściwego urzędu. Robię tak za karę, bo obiecałem Idea Bankowi że moimi pieniędzmi obracał nie będzie. Podpadli mi dwa razy, wystarczy. 

Dzisiaj znowu napiszę o tym przezabawnym banku, bo ich system informatyczny jest jakąś niesamowita parodią tego jak powinna działać bankowość elektroniczna i nie mogę po prostu przejść obok bez zwrócenia na to uwagi. Moje konto składa się w sumie z trzech - firmowe, osobiste i oszczędnościowe. Nie zwracałem na nie większej uwagi bo raptem ze dwa razy miałem konieczność przelania czegoś między nimi, ale ostatnio robiłem kilka bardziej zaawansowanych rzeczy i zauważyłem jak bardzo partyzancki jest system obsługi. 

Sytuacja nr 1 - przelew między rachunkami jednego konta. Puszczam przelew z oszczędnościowego na firmowe. Czas operacji - ok. 20 minut. Nie da się szybciej. Co ciekawe - nie odświeżają się poprawnie salda rachunków. Nie pomaga odświeżanie strony, dopiero przelogowanie na koncie załatwia sprawę. Przelew przeszedł.

Sytuacja nr 2 - przelew między rachunkami dwóch podmiotów. Całe 5 zł. Odpalam w jednej przeglądarce jedno konto, a w innej drugie konto. Puszczam przelew. Na liście pojawia się on ze statusem iż jest w realizacji, ale stan dostępnych środków się nie zmienia. Mija 25 minut - bez zmian. Nie pomaga odświeżanie strony ani na koncie wysyłającym, ani na koncie które ma odebrać kasę. Zatem wylogowanie z konta wysyłającego i ponowne logowanie - nadal bez zmian. Odświeżenie strony - BINGO! - kasa zeszła, przelew ma status zrealizowanego. Zaglądam na konto odbierające - a tam nadal pustką wieje. Odświeżenie strony - nic, przelogowanie - nic, znowu odświeżenie - jest kasa. 

Sądzić można by, że to jednostkowy przypadek, jakiś tam błąd, albo obciążenie systemu - otóż nie. Na Facebooku, w profilu Idea Banku wpisów o takim działaniu systemu jest całe mnóstwo. Klienci wylewają swoje żale na ten nibybank wiadrami. Ludzie używają kalkulatorów podczas robienia serii przelewów żeby kontrolować ile im zostało na rachunku, bo strona tego poprawnie nie wyświetla. 

Bank ma jeszcze jeden fajny dowcip w zanadrzu - jest nim domyślna blokada nowego konta. W każdym banku jak zakładamy konto i dostajemy dane do zalogowania się - to konto jest już w pełni aktywne. Można wysyłać szmal, ale co ważniejsze - najpierw trzeba go przyjąć. I każdy bank to od razu umożliwia, bo to dla niego zysk. W Idea Banku mają swoją wizję. Dostajesz dane logowania do konta które jest nieaktywne - przelewy przychodzące są odbijane. To jakiś arcygeniusz wymyślił. Można by pomyśleć że przecież bank chce moich pieniędzy. Przyjmie je, wrzuci sobie na nocną lokatę czy inne atrakcje uczyni, ale kasa na koncie się pojawi. Jednak nie w Idea Banku - oni są honorowi i kasy nie chcą. I gówno ich obchodzi że Tobie jest potrzebna. A aktywacja konta sama się nie wydarza raczej - trzeba zadzwonić do banku i tego zażądać. Miałem tak ze swoim kontem, miała obecnie znajoma. Ona to nawet usłyszała że jej konta nie aktywują przed terminem uruchomienia działalności gospodarczej. Bo tak. Dopiero mały gwałt na pracownikach tej instytucji spowodował że ktoś palnął się w łeb i konto aktywowali.

Kolega Samcik regularnie opisuje na swoim blogu finansowym jakie pułapki czekają na chcących korzystać z usług Idea Banku - polecam lekturę. Mnie osobiście zastanawia jakim cudem ten bank pozyskuje klientów? I do tego wszechobecne reklamy jacy to są zajebiści dla small byznesu. Nóż się w kieszeni otwiera...

czwartek, 7 marca 2013

I jak ma być dobrze?

Całkiem niedawno ukradli mi kołpaki. Z samochodu stojącego na parkingu zamkniętym, ale nie strzeżonym - zatem wedle prawa mogę sobie pokrzyczeć dla uspokojenia. Skutkiem tego mam obrzydliwe czarne felgi, czego nie znoszę. Nowych nie kupię, muszę się przyzwyczaić. Po prostu nie mogę znieść myśli że znowu jakaś menda dotknie mojej własności i wolę ich nie mieć. Oczywistym jest że jedyną satysfakcjonującą mnie formą kary byłoby ucięcie obu łap publicznie i to jest ta humanitarna wersja. 

Dzisiaj jednak nie będę pisał o złodzieju ciężko pracującym w nocy, a o złodziejach i wyłudzaczach w białych rękawiczkach. Mam bowiem niezwykłą przyjemność obserwować rodzący się biznes (działalność gospodarcza), który to zasypywany jest rozmaitymi cudownymi ofertami. Sam zakładając swój biznes rok temu - nie miałem aż takich atrakcji, poza tym byłem zaprzątnięty innymi sprawami. Teraz patrząc z boku - mam znakomity materiał do pisania i to właśnie czynię. 

Istnieje coś takiego jak CEIDG - czyli Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej. Rejestr ten jest państwowy, darmowy i zastąpił gminne ewidencje. Założenie firmy jest banalne, podobnie jak zmiana jej profilu - wszystko możemy na owej stronie zrobić sami. To bardzo wygodne dla kogoś kto chce szybko i sprawnie załatwić swoje sprawy. Okazuje się że jest to też niewyczerpane źródło wiedzy dla rozmaitych wyłudzaczy podszywających się pod różne arcyważne rejestry. Oto dwa skany:

W ciągu pięciu dni istnienia firmy to jest druga tak atrakcyjna propozycja. Niezły wynik. Pierwsza opiewała na 250 zeta z hakiem, ta jak widać sporo taniej. Podejrzewam że nie jest to ostatnia tak fantastyczna oferta od kolejnego sprytnego wyłudzacza i oszusta. Strona CEIDG umożliwia wyszukiwanie firm po dacie rozpoczęcia działalności i ślicznie zwraca bogatą listę potencjalnych ofiar. Żyć nie umierać.

Zajmijmy się analizą owego ciekawego pisemka. Klasycznie udaje ono urzędowy druk (ale tak nienachalnie) i twórca tegoż kwitu liczy na naiwniaków, którzy bez szemrania zapłacą, tym bardziej że powołał się w nim na paragrafik z Kodeksu Cywilnego, który dotyczy jednak tylko kwestii zawarcia umowy a nie jakiegokolwiek obowiązku płatniczego na rzecz kogokolwiek. Otóż Pan Prezes Tomasz Zabilski chce za drobne 195 zł  umieścić firmę w swoim fantastycznym rejestrze i przyśle nam certyfikat potwierdzający że nadaje nam prestiżowy tytuł Solidnego Przedsiębiorcy. Tytuł ten umieści też w swojej bazie i na swoje stronie www. Zajrzyjmy więc na nią - www.krfidg.pl - mamy tam wyszukiwarkę firm które były tak głupie i dały się na to złapać. Bez wpisywania czegokolwiek w pole szukania - klikamy Szukaj. Dostajemy kompletną listę wyników z bazy. Liczy ona 22 rekordy. Marnie się coś biznes wyłudzaczy kręci, albo lista tak prestiżowa, że nie każdy na nią trafia. A koszty niemałe - bowiem druk zrobiony na stałoatramentowym Xeroxie - komplet kostek do tego to jakieś 1500 zł netto najmarniej. O innych kosztach nie wspomnę (dyplomik też pewnie na tym drukują, ciekawe czy w ramce przysyłają). Swoją drogą taka drukarka nie należy do najtańszych - czyżby zakup dofinansowany w ramach jakiegoś programu pomocy dla nowych firm?

Na uwagę zasługuje też zacna pieczęć. Koniecznie czerwona, ale ten napis ADMINISTRACJA mnie urzeka. Równie dobrze mogłaby to być pieczęć babci klozetowej, albo innego opiekuna bramy wjazdowej na posesję. Ale liczy się że pieczęć jest, zatem bumaga urzędowa i ważna. 

CEIDG służy jako źródło wiedzy dla takich firemek, ale to broń obosieczna - sprawdźmy zatem co ma wpisane szacowny Krajowy Rejestr Firm w CEIDG. Tutaj link do ich wpisu. Wynika z niego jasno że to mała, zapewne jednoosobowa firma, umieszczona w kamienicy nad kinem Femina w Warszawie. Jako główny rodzaj działalności podaje - Pośrednictwo w sprzedaży miejsca na cele reklamowe w mediach elektronicznych (Internet). Wszystko się zatem zgadza - prowadzi reklamowy rejestr przedsiębiorców i próbuje nieczysto zdobyć reklmodawców - bo tak trzeba naciągnięte firmy nazwać. Najlepsza jest data rozpoczęcia działaności Pana Prezesa - 2012-11-19. Czyli sam jest młodą firmą, naciągającą inne młode firmy. A fe, nieładnie...

Takich rejestrów funkcjonuje całkiem sporo, kiedyś były bezczelniejsze, używały godła państwowego w nagłówkach, pisma były najeżone paragrafami itp. Tutaj mamy formę łagodniejszą, ale i tak nieczystą moralnie. Wziąłby się Pan, Panie Prezesie do roboty uczciwej, bo ten sposób prowadzenia biznesu dziwnie kojarzy mi się z tymi którzy kołpaki moje pozyskali nocą. 

A na zakończenie - ja też mam fajny paragrafik - konkretnie Art. 286. § 1 Kodeksu Karnego:
Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

I tym optymistycznym akcentem kończę na dzisiaj...




środa, 6 marca 2013

Home.pl i serwer NNTP

Nieliczne już dinozaury pamiętają co to Gopher, Fidonet i inne dawno wymarłe usługi internetowe. Kolejną umierającą usługą jest NNTP. Popularnie zwana news. Usługa gdzie ludzie mogli wymieniać się wiadomościami na określone tematy (podzielone na grupy). Wymagało to posiadania odpowiedniego programu - tzw. czytnika i adresu serwera news. Serwery news wymieniały między sobą wiadomości, synchronizując je w regularnych odstępach czasu, dlatego nie miało znaczenia z jakiego serwera korzystamy, o ile był on sprzęgnięty z ogólnodostępnym systemem newsserwerów. W dużym uproszczeniu przypominało to otrzymywaniem emailem wiadomości od wielu różnych osób, dyskutujących o pewnym zagadnieniu  i odpowiadając na taką wiadomość - odpisywaliśmy jednocześnie wszystkim. 

Powstanie forów internetowych przyspieszyło upadek NNTP - spadła liczba aktywnych użytkowników, tym bardziej że trzeba było mieć pewną wiedzę na temat konfiguracji czytnika i wiedzieć który serwer dopuści nas do korzystania. A z tym było różnie - serwery sprawdzały IP usera, jego wpisy revDNS i inne cuda, aby dopuścić tylko uprawnionych. Niektóre zaś serwery wymagały posiadania konta użytkownika i nie zwracały uwagi na to z jakiej sieci użytkownik pisze, byle się poprawnie zalogował. Taki serwer miała gazeta.pl, oraz home.pl. Gazeta ubiła swoją maszynę jakoś z rok temu, a teraz to samo zrobiło home.pl. Z dniem 5.03.2013 wyłączyli newsserwer news.home.net.pl. Pozostawiając na lodzie użytkowników.

Można by powiedzieć - ich prawo. Otóż nie. Gazeta dawała wstęp na swój serwer za darmo - wystarczyło mieć pocztę w ich domenie. Home dawało dostęp do serwera swoim płacącym za ich usługi klientom, jako wartość dodaną. Wyłączając serwer - zachowało się jak operator kablówki który do woli regularnie wyłącza i włącza kanały tv. Płaciliśmy za to i to całkiem niemało. Zostaliśmy lakonicznym komunikatem poinformowani że za 6 dni Home wyłączy serwer. No to trochę krótki czas, nie dało się zorganizować sensownego protestu, ale wielu z nas napisało do home.pl z żądaniem niewyłączania serwera news. Dostaliśmy standardowe odpowiedzi że możemy turlać beret bo decyzja podjęta, a jak bardzo chcemy - to tu jest link do listy innych newsserwerów. Link ze stanem na 2009 rok, więc baaaaardzo przydatny. 

Żaden marketingowy i księgowy łeb w Home nie wpadł na to że serwer który identyfikuje usera po loginie i haśle, a nie IP jest w dzisiejszych czasach bezcenny. Bo komputery stały się przenośne i korzystają z różnych sieci i chcemy mieć dostęp do NNTP bez oglądania się na to jakie mamy revDNS. Mamy naprawdę w dupie to że Wy, Drodzy Marketingowcy nie umiecie zmarketoidować (fajne mi słowo wyszło) tej płaszczyzny internetu. News jest wolne od spamu reklamowego i bannerów i innego gówna którego pełno w sieci. Ma swoich wiernych fanów, mimo że jest usługą już bardzo niszową. Nie ma w nim takiego zalewu kretynów jak na ogólnych forach - np. Onetu. Onetowe fora to jest klasa sama dla siebie - niedługo będą wykorzystywane w onkologii - pacjenci już po godzinie czytania tychże forów zaczynają się cieszyć z tego że mają raka. News to jest ostoja spokoju, merytorycznych dyskusji, zaufania i wzajemnego szacunku. Może nie na wszystkich grupach, ale na większości tak właśnie się dzieje.

Chcemy mieć dobrze działający serwer news i taki mieliśmy. Jednakże ktoś wyjął wtyczkę z gniazdka. Bo serwer zużywał prąd. Posłuchaj odpowiedzialny za to człowieku - PŁACIŁEM ZA TEN SERWER UTRZYMUJĄC SWOJE DOMENY I HOSTINGI W WASZEJ FIRMIE!!! Zaoszczędziliście prąd, a straciliście sporo na wizerunku. Krecha w poprzek. W dobie wirtualizacji - wystarczyło tą maszynę tak właśnie przełączyć. Nawet byście nie zauważyli że istnieje...

A teraz skoro tego nie zrozumieliście - to zrozumiecie brak moich pieniędzy. Przenoszę swoich skromnych kilka domen, oraz kilkanaście domen moich klientów gdzie indziej. Hostingi też zabieram. Cieszcie się dalej swoim 15-to leciem i nową szatą graficzną strony. Długiego życia Wam nie wróżę z takim podejściem do potrzeb klientów. 

Wasz wkurwiony, były już klient...

piątek, 1 lutego 2013

RNEG i aktualizacja bazy fotoradarów



W wielu autach możemy spotkać wbudowane nawigacje. Często do wielu różnych marek dostarcza je ten sam producent. Nie wiem jakie umowy podpisują między sobą wytwórcy aut i systemów nawigacyjnych, ale zazwyczaj to co trafia do aut nie jest najwyższych lotów, a do tego aktualizacje pojawiają się z rzadka i trzeba za nie słono zapłacić. Da się to przeżyć, choć z bólem, jednakże każdy pewnie chciałby mieć w miarę regularną aktualizację POI i map fotoradarów. Nawigacja montowana w Citroenach i Peugeotach - tzw. RNEG (MyWay) ma możliwość ostrzegania o fotograficznych atrakcjach, jednakże tutaj wracamy do punktu wyjścia - rzadkość aktualizacji i dostępność. Cała baza to raptem jeden plik, specjalnie spakowany. I tymże plikiem się na dzisiejszych zajęciach zajmiemy;-) 

Zacznę od podziękowań dla kolegów z Hiszpanii, Francji, Włoch i Niemiec, bowiem to na ich forach znalazłem niezbędną wiedzę i program. Pozostało tylko przetestować i podzielić się z resztą w ojczystym języku. Tym bardziej że władzuchna nasza kochana dała ITD nadzwyczajne uprawnienia, a ta z uporem i ochotą zajęła się zbójowaniem na drogach. Nowe fotoradary rosną jak grzyby po deszczu, ale co ciekawe - trochę ich znika. Wyparowały gołębniki z przebudowanego odcinka "gierkówki", a nawigacja nadal o nich ostrzega. Dlatego więc szczególnie zainteresowałem się tematem aktualizacji bazy radarowej. 

Zaczynamy. Na początek potrzebujemy specjalny program i kartę pamięci z mapami. Rozpakowujemy program i do jego katalogu wkładamy dwa pliki z naszej oryginalnej karty pamięci: 

hazardareas.lwd - to jest baza z radarami
versionhazard.txt - plik z datą bazy

Odpalamy plik 1_wypakuj.bat i czekamy aż skończy. Pojawi się katalog hazardareas.lwd_speedlimits. Zaglądamy do niego i klikamy dwukrotnie w plik limits.csv - plik jest tekstowy i można go edytować nawet w notatniku. Struktura pliku wygląda tak (fragment):

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14
48.22038,16.39511111,240,1,50,13,14
48.223611,16.40083333,60,1,50,13,14
48.223611,16.40083333,240,1,50,13,14
48.224997,16.40361111,234,1,50,13,14
48.224547,16.40651389,135,1,50,13,14
48.224547,16.40651389,315,1,50,13,14
48.235383,16.407375,141,1,80,13,14
48.235473,16.4075,321,1,80,13,14
48.219876,16.41272222,129,1,80,13,14

Widać lokalizacje i określenia typów kilkunastu przykładowych fotoradarów. Przeanalizujemy pierwszy z podanych:

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14 

Odpalamy przeglądarkę i wchodzimy na https://mapy.google.pl/ - tam wklejamy współrzędne z przykładu:

48.22038,16.39511111 

i widzimy że jest to fotoradar w austriackim Wiedniu, przy ulicy Lassallestraße 2. Fotka:


Zielona strzałka wskazuje lokalizację atrakcji fotograficznej. Niestety street view nie jest dostępne w tej lokalizacji, ale jakoś to zniesiemy;-) Przyjrzyjmy się za to kilku następnym parametrom z linijki opisującej fotoradar:

60,1,50,13,14

Pierwsza liczba to kierunek w którym fotoradar jest wycelowany - 60 stopni. Jak to obliczamy? Prosto - nałóżcie sobie w wyobraźni tarczę analogowego zegarka na powyższe zdjęcie. Na godzinie 12 jest zero stopni, na szóstej - 180. Logicznie zatem na trzeciej mamy 90 stopni. Jak widać ulica Lassallestraße przebiega od godziny powiedzmy drugiej do ósmej - czyli fotoradar łapie tylko tych jadących od strony godziny drugiej - stąd właśnie owo 60 stopni. Wartość ta nie musi być super dokładna, gdyby wpisać tam kilka stopni w jedną czy drugą stronę - też zadziała. Ponieważ ten fotoradar może działać w obie strony - wpis w bazie jest zdublowany i zawiera dwa kierunki. Widać to ładnie jak spojrzymy na dwie pierwsze linie podanego fragmentu pliku:

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14 
48.22038,16.39511111,240,1,50,13,14 

Widać że w drugiej linijce zmienia się parametr 60 na 240. Czyli właśnie kąt w stopniach. Godzina ósma to właśnie około 240 stopni. Informacja dla mających problem z przeliczaniem kąta:

godzina kąt
1 - 30
2 - 60
3 - 90
4 - 120
5 - 150
6 - 180
7 - 210
8 - 240
9 - 270
10 - 300
11 - 330
12 - 0/360

W przypadku kiedy fotoradar robi fotki z czterech kierunków - wpisy będą cztery z różnymi kątami. Istnieje też specjalny parametr -1 (minus jeden) - określa on że fotoradar może pstrykać zdjęcia w dowolną stronę (lub jest często przestawiany i nie znamy dokładnego jego położenia). Po co takie zamieszanie? Jeśli bowiem określimy kierunek patrzenia fotoradaru - nie będziemy ostrzegani o jego istnieniu kiedy nadjeżdżamy z drugiej strony. Jako że w Polsce ITD sporo fotoradarów obróciła do robienia zdjęć od tyłu - w pliku trzeba podać odwróconą wartość kąta patrzenia, lub wpisać -1. 

Opcja podawania dokładnego kąta ma też swoje dodatkowe uzasadnienie. W Warszawie stoi na skrzyżowaniu Sobieskiego i Sikorskiego tzw. superradar. Fotografuje przelot na żółtym/czerwonym i mierzy prędkość. Dowcip polega na tym że na Sobieskiego wolno jechać 50, a na Sikorskiego 60 km/h. Stąd opisany jest czterema linijkami w bazie, z podaniem kąta, ale różnymi prędkościami dozwolonymi.

Wracamy do analizy naszej linijki. Po określeniu kąta znajduje się typ fotoradaru. Wartość ta wynosi 0 lub 1. Parametr 0 występuje tylko na autostradach, wszystkie inne mają oznaczenie 1. Proponuję nie kombinować, wpisujemy wszędzie 1, bo i tak na autostradach stały fotoradar to póki co rzadkość. 

Następny element to dopuszczalna prędkość na którą ustawiony jest fotoradar. Nie wymaga to specjalnego omówienia, poza tym że mieścić się musi w zakresie 0-150km/h i być wielokrotnością 10. 

Za prędkością znajdują się parametry określające typ ograniczenia. Zero oznacza stałe ograniczenie prędkości, jeden to ograniczenie zależne od pogody lub pory dnia. Zakres 4-15 określa długość miejsca z ograniczeniem z mnożnikiem 100 - czyli wpisanie liczby 10 - oznacza że pierwsze ostrzeżenie powinno być nadane z dystansu jednego kilometra przed fotoradarem. Nie zauważyłem aby ten parametr działał całkiem poprawnie. Być może uzależniony on jest od prędkości pojazdu - im szybciej jedziemy, tym wcześniej ostrzega. W bazie przeważająca większość fotoradarów ma ten parametr ustawiony na 13 i proponuję tak opisywać nowe. 

Ostatnia liczba jest numerem sekcji i ma charakter porządkowy. 

A jak dopisać nowy fotoradar? 

Najłatwiej uczyć się na przykładach, zatem dopiszemy fotoradar znajdujący się na rogu Ostrobramskiej i Fieldorfa w Warszawie. To nowe urządzenie, robiące fotki w czterech kierunkach.

Fotka poglądowa:


Linie opisujące atrakcję mają postać:

52.234798,21.097548,10,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,100,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,190,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,280,1,50,13,27 

Proponuję samodzielną analizę kątów itp. Sekcja określona jest na 27 - to ostatnia sekcja, bowiem dopisałem ten fotoradar na końcu pliku. 

Kiedy zakończymy prace nad bazą - odpalamy plik 1_spakuj.bat i czekamy na stworzenie nowego pliku z bazą. W pliku versionhazard.txt wpisujemy datę wygenerowania bazy. Nie wiem czy to konieczne, ale prościej to zrobić i podmienić oba pliki na karcie pamięci niż latać w tę i z powrotem do auta;-) 

Na koniec kilka uwag. Komendy do rozpakowania i spakowania bazy najlepiej wydawać z linii poleceń, wówczas okno nie zamyka się samo i widać wynik budowania bazy. Zwracajcie uwagę na ilość fotoradarów zaimportowanych do bazy. Powinna być taka sama jak ilość linii w pliku limits.csv. 

Usuwanie fotoradarów jest niestety lekko upierdliwe. Trzeba w przybliżeniu określić jego współrzędne w Google Maps i później mozolnie odszukać je w bazie. Upewnić się że to te właściwe (wklejając oczywiście do google maps;-) i usunąć linię.

Nie kasujcie rozpakowanej bazy. Nowe fotoradary i wszelkie zmiany nanoście w tym pliku i z niego generujcie nową bazę do wrzucenia na kartę pamięci. W przypadku rozpakowywania ponownie bazy - te wpisy których dokonaliśmy na końcu pliku zostają utracone. Wynika to zapewne z tego że nie zostały one umieszczone we właściwych liniach ze względu na współrzędne. Z racji lenistwa nie chce mi się jednak mozolnie wyszukiwać właściwej linii, aby precyzyjnie umieścić fotoradar, być może ktoś znajdzie rozwiązanie tego problemu, aby łatwo móc to zrobić. Poproszę o wpis w komentarzach;-) Nie ma natomiast problemu jeśli odszukamy jakiś fotoradar i poprawimy jego dane tam gdzie był umieszczony, lub dopiszemy poniżej dodatkowe kierunki fotografowania - taki wpis nie zniknie przy powtórnym rozpakowaniu bazy. Jednakże zaletą dopisywania nowych fotoradarów na końcu pliku jest to, że jeśli zakupimy aktualizację bazy w ASO - to łatwo dokleimy do niej nasze dopiski, bo będą w jednym miejscu. 

Warto nowo dopisane dane skopiować sobie do innego pliku tekstowego i zaopatrzyć tam w komentarze - łatwiej będzie później odnaleźć fotoradar do poprawek. Przyda się też taki plik w razie utraty dopisanych danych - będzie z czego odtworzyć.

Do celów nauki - dodajcie sobie niedaleko domu kilka sztucznych fotoradarów i potrenujcie konfigurację ostrzegania. Współrzędne bierzemy z Google Maps - klikamy na ulicy prawym klawiszem myszki i wybieramy opcję Co tu jest? Wynikiem są precyzyjne współrzędne, gotowe do wklejenia do pliku.

Jeśli program zwraca błędy - zwróćcie uwagę o której linii mówi - zazwyczaj problemem jest przeoczony typ fotoradaru (brakuje jedynki między kątem, a ograniczeniem prędkości). 

I standardowo - wszystko robicie na własną odpowiedzialność. Ja tylko wskazuję kierunki działań, resztę robią Wasze ręce i oczy. 

wtorek, 8 stycznia 2013

Kryzys? Jaki kryzys?

Wszędzie jęki że kryzys. Naród oszczędza i nie kupuje, albo nie kupuje bo nie ma za co. Dziennikarze co raz to trąbią że koniec kryzysu, albo jego środek, albo jednak zielona wyspa. Pranie mózgu na okrągło. Zapragnąłem wspomóc gospodarkę i wydać nieco pieniędzy. Tak naprawdę to żonie chciałem ulżyć i po 15 latach opierania się - kupić zmywarkę;-) Kuchnia przystosowana, raptem kranik wstawić i gotowe. No to kupujemy.

Generalnie nie lubię sklepów internetowych. Irytuje mnie brak możliwości obejrzenia, pomacania, oraz to wieczne czekanie na dostawę. No ale zmywarka to w końcu jest mebelek z blachy, głaskać nie trzeba. Zmierzyłem ile mam miejsca i wybrałem Amicę ZWV 624W. Produkt polski (a właściwie to polskimi rękoma wykonany, bo część marki do Samsunga należy), pora zatem kupić go w polskim sklepie. 

Chciałem mieć towar szybko, znalazłem więc sklep internetowy w Warszawie. Towar był na stanie. Była niedziela, godzina 15:00. Seria kliknięć, wybór sprzętu, adres dostawy, forma płatności. Miałem strzelić przelew, albo od razu kartą zapłacić, ale coś mnie tknęło i wybrałem gotówkę przy odbiorze. Mogłem sam po zmywarkę pojechać, bo mam swój wygodny wózek, duże auto i windę do domu. Zdecydowałem się jednak na dostawę przez sklep bo było niedrogo i miało być szybko. Dostawa sprzętu w godzinach 16-21.

Poniedziałek - godzina 16:00 - ze strony sklepu cisza. Nie zadzwonili z pytaniem czy czekam drżący i gotowy na dostawę. Zadzwoniłem więc sam. Pan odebrał po dłuuuuugim oczekiwaniu i po podaniu numeru zamówienia obiecał że w ciągu 30 minut oddzwoni z informacją. 

Po półtorej godzinie sam zadzwoniłem ponownie, bowiem jak się domyślacie Pan zapewne zmarł i nie zdążył nikomu przekazać numeru zamówienia. Odebrał inny Pan i powiedział mi po chwili (podałem numer zamówienia) że niestety zmywarka będzie dopiero po siedemnastym stycznia. W ciągu sekundy osiągnąłem stan wrzenia i zdjąłem krawat. Oczywiście Pan zwalił wszystko na system, bo zmywarka owszem była, ale już sprzedana, ale system jej nie zdjął ze stanu. Odpowiedziałem że mam to w poważaniu i niech sobie zmienią firmę która im system robi, bo partaczy robotę. Specjalnie wybrałem ten sklep bo informował że ma sprzęt na stanie i miał szybką dostawę. Zmarnowali mi dzień, bo wiedziałem gdzie interesująca mnie zmywarka na pewno stoi i czeka - mogłem sobie po nią już w poniedziałek rano pojechać. Kazałem skasować zamówienie i pocałować się w dupę z taką obsługą i poszanowaniem klienta.  

Wsiadłem w samochód, pojechałem do Euro (polski sklep) i tam bez łaski kupiłem od razu to co chciałem. Zapłaciłem, zapakowałem w samochód i przywiozłem do domu. Chwilę później podłączyłem i zmywaaaaaa.

Jakby ktoś chciał wiedzieć jakiego sklepu internetowego unikać  - to służę - www.agdhome.pl. Dziś, tj. 8.01.2013 - sprzęt nadal figuruje jako dostępny. Brawo! Walczcie tak z kryzysem dalej, a na pewno padniecie... 

poniedziałek, 5 listopada 2012

Za co ten abonament?

Państwo nasze chce koniecznie dostać kasę z abonamentu RTV. Wymyślają cuda na kiju, zamiast wreszcie raz porządnie ten burdel ogarnąć i jedną sensowną ustawą posprzątać. Ostatnio analizowałem zasadność płacenia abonamentu w przypadku korzystania z kablówki i zagłębiłem się w zawiłości prawniczych pism spłodzonych przez KRRiTV. Mamy takie bowiem pisemko. W nim zaś stoi fragment:

"Odbiornikiem radiofonicznym albo telewizyjnym jest urządzenie techniczne dostosowane do
odbioru programu. Charakteru odbiornika nie mają: magnetofon, magnetowid i odtwarzacz
CD lub DVD, pozwalające na odtworzenie nagranej wcześniej audycji lub filmu, a także
telewizor nie podłączony trwale ani czasowo do żadnej instalacji umożliwiającej odbiór
programu, pełniący rolę monitora lub wykorzystywany wyłącznie do celów produkcyjnych"

Teraz przykład - klasyczny dla przeciętnego osiedla mieszkaniowego. W przykładowym mieszkaniu stoi sobie TV, model kilkuletni, bez dekodera MPEG-4, oraz dekoder kablówki cyfrowej, bo to XXI wiek i trzeba mieć w domu FullHD. Do dekodera wpięta jest instalacja antenowa operatora kablówki. Sam dekoder ma dysk twardy do nagrywania programów, jednakże samodzielnie telewizorem nie jest, bo brakuje mu ekranu. Zatem kabelkiem HDMI podłączony jest do naszego paroletniego TV, który to staje się w tym momencie monitorem. Zgodnie z zacytowanym powyżej fragmentem - nie jest więc telewizorem, bowiem nie podłączono do niego bezpośrednio instalacji antenowej, nie jest więc gotów do natychmiastowego odbioru sygnału telewizyjnego. Mówi o tym ten fragment pisemka KRRiTV:

"Opłaty abonamentowe pobierane są za używanie odbiorników radiofonicznych
i telewizyjnych. Przyjęto domniemanie, że osoba, która posiada odbiornik radiofoniczny lub
telewizyjny w stanie umożliwiającym natychmiastowy odbiór programu, używa tego
odbiornika. Z obowiązku wnoszenia opłat za używanie odbiorników nie zwalnia opłacanie
rachunków za korzystanie z telewizji kablowej czy z satelitarnych platform cyfrowych."

Nasz odbiornik nie jest w stanie natychmiast odebrać programu, bo jeśli dekodera nie włączymy (albo się popsuje) to nie mamy telewizji. Ostatnie zdanie nieco gmatwa temat, ale to taka sprytna zasłona dymna. Czym bowiem różni się TV podłączony kablem HDMI do komputera z kartą telewizyjną, od TV podłączonego tym samym kablem do dekodera kablówki z twardym dyskiem? NICZYM - w obu przypadkach jest monitorem. 



Aby jednak stało się całkiem śmiesznie - wkrótce miliony Polaków zostaną automatycznie zwolnione z opłacania abonamentu. Bez żadnej ustawy, bez wypełniania papierków itp. W momencie wyłączenia naziemnych nadajników telewizji analogowej - wszystkie telewizory bez wbudowanego dekodera MPEG-4 staną się monitorami, do których będzie trzeba podłączyć osobny dekoder. Zniknie "gotowość do natychmiastowego odbioru programu". I co wtedy rząd, poczta i telewizja zrobią? Co na to KRRiTV? 

Na zakończenie dzisiejszej notki - dla własnego świętego spokoju sugeruję użycie pistoletu do gorącego klejenia - wstrzykujemy ów klej w analogowe złącze antenowe naszego telewizora. Ono i tak w przypadku kablówki nie jest używane, a nikt nam wtedy na pewno nie zarzuci że sprzęt jest gotów do natychmiastowego odbioru programu.

Czy mam rację? Sądzę że tak, ale ponieważ w Polsce prawo interpretują urzędnicy jak im wygodnie w danej chwili - sami musicie rozważyć czy to co napisałem ma sens i czy z tego da się skorzystać. Powodzenia.

wtorek, 16 października 2012

Radio umarło...

...niech żyje radio. Od dobrych czterech lat używałem w sypialni radia internetowego Revo iBlik i byłem z niego bardzo zadowolony. Opisywałem je zresztą tutaj: http://biegala.blogspot.com/2009/08/reklama-w-radiu.html, przy okazji notki o reklamie radiowej i durnych dżinglach. Radio moje od pewnego czasu miało brzydki zwyczaj niełączenia się po WiFi. Co ciekawe - po kablu UTP również. Zachowywało się tak jakby miało problem z pobraniem adresu IP z serwera DHCP - skutkiem była niekończąca się pętla restartów. Poza tą przypadłością - działa w nim zwykłe radio, odtwarzanie muzyki z iPhone i co tam jeszcze ma. 

Zasmucony tą przypadłością - zdecydowałem o kupnie nowego radia. Zacząłem przeglądać oferty w necie i złapałem się za głowę z wrażenia. Przez cztery lata nic się nie zmieniło, poza może nieco większym wyborem. Nadal jednak radio internetowe w postaci osobnego pudełka to jest jakiś komiczny luksus! Najtańsze sensowne radio to około 300 zł. Jak na coś co zawiera w środku małą płytkę z dwoma chipami i obudowę z jednym głośniczkiem - to zdecydowanie za drogo. Policzmy bowiem sami - pendrive WiFi ze stosownym chipsetem umożliwiającym pracę w sieci bezprzewodowej to jakieś 25 zł w detalu. Czyli w chińskim hurcie może z dolara jest wart. Do tego jakiś procesorek który przetworzy strumień w dźwięk i głośnik za 10 centów. W sumie fizyczne koszty produkcji "radia internetowego" to jakieś 50 zł po maksie. Szczególnie jak się im przyjrzymy fizycznie z bliska - wyglądają jak radiobudziki po 30 zł w Media Markcie. 

iBlik z lewej i nowy Scansonic z prawej

Owszem, trafiają się perełki designerskie. Owszem, robi takie coś Onkyo. I winszuje sobie po 3 tys. zł. Wkurzyłem się, bo za coś naprawdę prostego trzeba zapłacić kosmiczną cenę w stosunku do realnej wartości. Postanowiłem że kupię coś taniego, byle grało. Wybór padł na Scansonic I-100 Wifi za 400 zł. Niestety te tańsze były tak szpetne że pękały mi oczy. Scansonic zaś wygląda dość ładnie i ma jedną, arcyważną cechę - nie ma wcale radia FM! To dla mnie doskonała wiadomość, bowiem stary iBlik był ostatnim radiem w domu za który musiałem opłacać abonament. Teraz jestem wolny - nie mam telewizora i radia.  

Tylna część obudowy obu urządzeń

Scansonic I-100 jest debilnie wręcz prosty. To niemal tylko i wyłącznie radio internetowe. Działa tylko po WiFi i wymaga podłączenia zewnętrznych głośników, lub wzmacniacza. Nadaje się świetnie do zestawów wieżowych, jako uzupełnienie możliwych źródeł dźwięku. Czytelny, czterowierszowy wyświetlacz w zupełności wystarcza do prezentacji słuchanej stacji. Ma pilota, którym sterujemy wszystkimi elementami urządzenia. Całość programowania stacji radiowych przeprowadza się na specjalnej stronie internetowej. I to tyle - po prostu gra. Dla bardziej wymagających - obsługuje upnp. W ramach testów uruchomiłem takowy w Windows Media Player 11 na Windows XP. Działa bez zarzutu i serwuje muzykę do Scansonica bez jakichkolwiek oporów. Z dodatkowych opcji mamy zegar z budzikiem, oraz funkcję sleep - dla mnie obie nieprzydatne bo to radio gra non stop w sypialni;-) Jest też funkcja prezentująca pogodę za oknem, oraz kursy akcji, ale niestety z racji ciągłej pracy bezużyteczna, bowiem jest wyświetlana w trybie standby,

Dla estetów ważna informacja - Scansonic I-100 ma front ze szczotkowanego, anodowanego na czarno aluminium. Wygląda naprawdę ładnie i działa bez zarzutu. Radio fizycznie jest bardzo małe, wręcz nieadekwatne wielkością do ceny. Pilot wymaga dość mocnego wciskania przycisków.

I to tyle, bo co więcej można napisać o prostym urządzeniu? ;-)

środa, 12 września 2012

Apart - a jednak się dało

Mój poprzedni wpis z 6.09.2012 wysłałem do Apartu poprzez fanpage na Facebooku. Nie wiem co działo się w firmie i czy trafiłem na tablicę "tych klientów nie obsługujemy", ale następnego dnia zadzwoniła do mnie o 9:36 miła Pani i poinformowała że było mnóstwo trudności z moim szkiełkiem. Pomijając mrożące krew w żyłach szczegóły - obiecała że otrzymam naprawiony zegarek w przyszłym tygodniu. Do tego w ramach rekompensaty za trudności - za darmo. Przyznam że mnie ta propozycja zaskoczyła. Tym niemniej postanowiłem zaczekać do samego końca z oceną. 

Dzisiaj nadszedł ten dzień. Telefon zadzwonił i kolejna Pani powiedziała że zegarek czeka w salonie na odbiór. Pojechałem, odebrałem, podpisałem i podziękowałem. 

Pozostało jeszcze podziękować samemu Apartowi za styl załatwienia tej sprawy - to miłe że potrafili przyznać się do błędu i zaproponować sensowną rekompensatę. Nie chowali głowy w piasek, nie udawali że deszcz pada. Szkoda tylko że musiałem wytoczyć ciężką artylerię w postaci zjadliwej notki i szturmować twierdzę wizytami osobistymi, mailem i facbookiem. Dziękuję serdecznie za rozwiązanie mojego problemu i mam nadzieję że jako firma Apart będzie się rozwijał. Na początek proponuję wdrożenie jakiegoś zgrabnego systemu CRM, tak aby każdy mail dostawał w ciągu góra 5 minut chociażby zdawkową automatyczną odpowiedź że został przyjęty i taka to a taka osoba będzie na niego odpowiadać. No i odpowiedzieć w ciągu max. 24 godzin. W internecie czas płynie kilka razy szybciej niż na zewnątrz. Do tego sensowny system obiegu informacji i załatwiania reklamacji i napraw, tak aby było to błyskawiczne i sprawne. 

I na zakończenie - kupiłem w Aparcie kolejny zegarek. Chyba jednak ich lubię...

czwartek, 6 września 2012

Apart ...jego mać...

Jako mały komuszek, albo raczej komunista - dostałem kiedyś zegarek naręczny od mego chrzestnego (pozdrawiam w tym miejscu). Radziecki Poljot, 21 rubinów - cacko. Zaginął niestety w mrokach historii. Potem nosiłem jakiś inny czasomierz naręczny. Nastanie czasu komórek spowodowało że zrezygnowałem z zegarka na rzecz telefonu, na którego ekranie zawsze widniała godzina. Jednak ze dwa lata temu postanowiłem powrócić do noszenia ręcznego zegarka analogowego, jakoś bowiem cyfrowe zegarki mnie irytowały. Spowodowała to fajna wyprzedaż w Aparcie, gdzie za 187 zł kupiłem zegarek wart ponad 900 zł - produkcji Jacques Lemans. Firma może taka sobie (taka tam marka marketingowa), ale zegarek był ładny - zaspakajał moje wyuzdane gusta. Koperta z tytanu, bransoleta z nierdzewki. No i cena jak widać zacna. 

Maszyna służyła mi bez zarzutu przez dwa lata, ale na jednej ze strzelanek dostała kulką 6mm w szkiełko szafirowe, z bliska. Ono tego nie zniosło i malowniczo "eksplodowało". Początkowo planowałem kupno nowego zegarka, ale me hrabiowskie spojrzenie na design powodowało że podobały mi się wyłącznie cacka od 2 tysięcy złotych w górę. Dlatego zdecydowałem się na naprawę (wymianę szkła) w salonie Apart, bo w takowym ten zegarek nabyłem. Warszawski sklep na Dworcu Wileńskim przyjął zegarek do naprawy informując mnie o 30 dniowym terminie naprawy. Z bólem serca przełknąłem ten czas (no ile może trwać wymiana szkła???). 

Po około 35 dniach będąc przy okazji w owym Centrum Handlowym, zajrzałem do salonu Apartu z pytaniem - gdzie jest mój sikor? Pani powiedziała że nie zdarza się zasadniczo żeby w ciagu 30 dni cokolwiek naprawili. I że sprawdzą i zadzwonią. Następnego dnia o 8 rano jakiś miś z Apartu zadzwonił do mnie (tak, o 8 zazwyczaj jeszcze śpię) z infem że czekają na części. Cudownie, nie ma to jak niepotrzebna informacja z rana...

Potem zapadła taka niezręczna cisza. Minęło 65 dni. Napisałem maila do Apartu z pytaniem - gdzie kurwa jest mój zegarek??? W końcu przesyłka z Hong-Kongu idzie max 5 dni do Polski. Skąd zatem importują mineralne szkiełko to tego zegarka? Księżyc? Mars? Nie raczyli przez dwa dni odpowiedzieć. 

Procedury serwisowe do bani, procedury kontaktu z klientem takoż. Jakim cudem w ogóle Apart zarabia na swe istnienie? Drogi Aparcie - nic więcej u Was nie kupię. Na złość i dla zasady. A akurat odłożyłem sobie trochę drobnych na fajniejszy zegarek i kupię go u konkurencji. Parafrazując Józefa Piłsudskiego - "Wam kury szczać prowadzać a nie klientów obsługiwać".

wtorek, 4 września 2012

Wybór słuchawki bluetooth

Od dobrych 8 lat używam słuchawki do telefonu, pracującej w oparciu o bluetooth (BT). Pierwsza była słuchawka Ericssona, dość duża, ale wygodna - symbol to chyba HBH-300. Późniejszych modeli nie zliczę - trochę tego było przez te parę lat. Słuchawki używałem zazwyczaj wsiadając do samochodu, ale w momencie kiedy zacząłem używać smartfona - słuchawka przyrosła mi do ucha na stałe. Zakładam rano, zdejmuję wieczorem. Inaczej już nie umiem. Kiedy akurat tak się złoży że muszę wziąć telefon do ręki i przytknąć do ucha - bardzo mnie to irytuje i przeszkadza. Jako doświadczony user - postanowiłem pomóc poszukującym.

Jak dobrać najlepszą słuchawkę dla siebie? Jest to bardzo czasochłonny i upierdliwy proces. Po pierwsze należy zapamiętać że idealna słuchawka nie istnieje. Zawsze będzie to jakiś kompromis. Po drugie - cena nie jest żadnym wyznacznikiem jakości ani wygody. Po trzecie - zazwyczaj nie dadzą nam przymierzyć słuchawki (nieliczne sklepy mają atrapy do tego celu).

Zatem na początek - co powinna mieć absolutnie idealna słuchawka?

  • wygodny pałąk z drutu pokrytego gumą
  • głośniczek w postaci tulejki, na którą nakładany jest silikonowy pierścień, którego średnicę sami dobieramy
  • jak najmniej przycisków
  • powinna być lekka
  • dobrą baterię
  • obsługa minimum dwóch urządzeń
  • automatyczne wyłączanie
  • system A2DP
  • system syntezy mowy
  • system redukcji szumów wpadających do słuchawki (z mikrofonu)
  • dioda sygnalizacyjna powinna być od wewnętrznej strony
  • nie powinna rzucać się w oczy
A teraz po kolei - dlaczego pałąk z drutu? Bo można go wygodnie dogiąć do naszej małżowiny usznej. Poza tym nie pęknie w razie szarpnięcia, czy zaczepienia o coś. Plastikowe pałąki zauszne są niewygodne a takie jak na fotce - łatwo zniszczyć, a nie da się dokupić. Trzeba nową słuchawkę nabyć. Taki idiotyzm serwowany przez producentów.

Pałąk jest zatrzaskiwany na tulei głośniczka - szybko pęka... Samsung HM1200

Słuchawka na zdjęciu ma to co w punkcie drugim podkreśliłem - czyli głośniczek jest tulejką z gumową uszczelką. Jednak w tym modelu nie ma możliwości zmiany średnicy uszczelki. Takiej słuchawki nie da się nosić cały dzień - ucho zacznie boleć jeśli średnica jest za duża, a jeśli za mała - słuchawka będzie latać. 
Znacznie lepsze rozwiązanie mamy w przykładowym modelu Nokii BH-217:

Biały element to właśnie wykonana z miękkiego silikonu gumka, w zestawie ze słuchawką jest ich zazwyczaj nawet sześć sztuk o różnej średnicy. Zaletą tego systemu jest możliwość wsuwania słuchawki głębiej w ucho kiedy rozpoczynamy rozmowę, a po jej zakończeniu - słuchawkę wysuwamy i wisi ona na pałąku. Całkiem ciekawe rozwiązanie stosuje natomiast firma Plantronics w swoich produktach.

Plantronics M-50

Gumka ma przedziwny kształt, ale wyśmienicie pasuje do ucha, a słuchawka doskonale przenosi dźwięk. Ponadto pałąk mimo że z twardego plastiku - ma sprężysty docisk - dzięki czemu słuchawka bardzo pewnie trzyma się ucha. Dzięki mocowaniu na stałe - nie bardzo ma co pęknąć, jak w przypadku Samsunga z pierwszej fotki.

Kolejnym punktem jest aby słuchawka miała jak najmniej przycisków. Trudno bowiem nosić na uchu coś co producent zaopatrzył w pięć guzików i trzy przełączniki dźwigniowe;-) Słuchawka idealna powinna mieć tylko przyciski głośniej/ciszej i przycisk odbierania połączony z włączaniem/wyłączaniem/parowaniem. Dodatkowo przycisk odbierania powinien być rozsądnie umieszczony - producenci zazwyczaj robią go dość dużym, ale nie jest to dobra opcja, bo łatwo wtedy przypadkowo rozłączyć rozmowę podczas np. wsuwania słuchawki do ucha. Znacznie lepiej kiedy przycisk jest mały i nawet lekko wgłębiony w obudowę. To jednak niestety rzadkość na rynku.

To że słuchawka powinna być lekka i mieć dobrą baterię to oczywista oczywistość (cytując klasyka;-), nie ma się tutaj co rozwodzić. Przejdę do kolejnego punktu - po co komu obsługa dwóch urządzeń? Po nic. To że dzisiaj masz jeden telefon nie oznacza że nie będziesz jutro miał dwóch. Na cenę słuchawki ta opcja nie wpływa, a warto mieć taką dualną. Można sobie np. sparować ją dodatkowo z laptopem - wówczas Skype z kompa poleci przez bluetooth do naszej wygodnej słuchawki. Tak samo można skierować kompleksowo cały dźwięk z komputera do słuchawki BT, dzięki czemu można spokojnie obejrzeć np. film na YouTube bez przeszkadzania otoczeniu.

Automatyczne wyłączanie to bardzo fajna rzecz, o ile nieco bardziej zaawansowanie używamy telefonu. Wiele z nich ma bowiem profile czasowe które potrafią wyłączyć BT o zadanej porze. Żeby się nie produkować - przykład. Konfigurujemy telefon aby zawsze o 21 wyłączał bluetooth. Słuchawka kiedy telefon jej zniknie - będzie go przez ok. 10 minut szukać, a potem wyłączy się. Telefon rano ponownie włączy BT, a my - zakładając słuchawkę - włączamy ją. Idealnie jeśli możemy zrobić to właśnie tym samym przyciskiem którym odbieramy połączenia. Dłuższe przytrzymanie, słuchawka rusza do pracy. Dzięki temu rozwiązaniu - rzadziej trzeba ją ładować - czas pracy wydłuża się o dobre 2-3 dni zaoszczędzone na uniknięciu zbędnego nocnego czuwania.

System A2DP to nic innego jak transmisja treści "multimedialnych" kanałem bluetooth. Pierwsze słuchawki umiały tylko przekazywać połączenia głosowe. Później dla potrzeb słuchawek stereofonicznych wymyślono A2DP, a na koniec ktoś wpadł na to że zwykła słuchawka też powinna mieć tą opcję, tym bardziej że jest ona właściwie czysto programowa (specjalny protokół). Co to daje w takiej zwyczajnej słuchawce? Bardzo dużo, szczególnie użytkownikom smartfonów - jeden programik i już każdy SMS przychodzący, mail, rozmowa na czacie - jest czytane wprost do naszego ucha. Bez wyciągania telefonu. Można też słuchać dyskretnie radia, albo ściągniętych podcastów. Do słuchania muzyki średnio się nadaje, ale są i tacy którzy z tego korzystają w tym celu.

System syntezy mowy może wydawać się fanaberią, ale uwierzcie mi - lepiej jak słuchawka mówi czego chce, zamiast wydawać z siebie rozpaczliwe piski wprost do naszego ucha. Zamiast pikać z powodu braku zasięgu, albo słabej baterii - mówi po prostu o rozłączeniu z telefonem, czy też spadku zasilania. Opcja ta ma dodatkową korzyść - osoby które cały dzień noszą słuchawkę - często potrafią zapomnieć o zabraniu telefonu. Słuchawka natychmiast informuje nas o rozłączeniu - trudniej jest zgubić telefon;-)

System redukcji szumów to cenna rzecz dla naszych rozmówców, szczególnie kiedy dużo rozmawiamy na zewnątrz. Podmuchy wiatru, czy hałas uliczny - dla drugiej osoby są bardzo nieprzyjemne, zresztą pewnie sami nie raz mieliście problem z dogadaniem się z kimś kto stoi na zewnątrz. Zaoszczędźmy więc sobie i znajomym problemów i wybieramy słuchawkę z tym dobrodziejstwem. Bardzo wypasione modele potrafią robić aktywne filtrowanie dźwięku. Mają drugi mikrofon, zbierający hałas otoczenia i układ który odejmuje te dźwięki od tego co zebrał z mikrofonu głównego. A modele z półki najwyższej - potrafią zbierać drgania kości szczęki i okolic ucha - na zasadzie laryngofonu (pisałem o tym kiedyś tutaj). Rozmówca w takim przypadku słyszy tylko nasz głos, jakbyśmy w zupełnej ciszy byli.

Wiele słuchawek ma diodę świecącą, która informuje o stanie działania słuchawki. Zazwyczaj mruga z rzadka, meldując w ten sposób ze działa. Kiedy przychodzi połączenie - mruga częściej. W przypadku kończącej się baterii - mruga na czerwono. Dioda mruga, ale nam to i tak nic nie mówi bo mamy słuchawkę na uchu i jej nie widzimy. Błyskanie takiej diody w niektórych dzielnicach, zwłaszcza wieczorem - może nam ściągnąć na głowę kłopoty. Warto pamiętać i zdjąć w takich sytuacjach słuchawkę, jeśli za chwilę nie chcemy wyskoczyć z telefonu... Niestety opcja wyłączenia diody - zazwyczaj nie istnieje. Przeważająca też większość producentów umieszcza ją po zewnętrznej stronie słuchawki. Chyba tylko niektóre modele Nokii mają diodę od wewnątrz.

Z powodów ostrożnościowych nie powinna się też słuchawka rzucać w oczy. Jak najmniej błyszczącego plastiku, kryształków Svarowskiego, diód świecących itp. Ma być dyskretna i pasować do wszystkiego. 

Sporo warunków i jak pisałem na początku - żadna słuchawka dostępna na rynku nie spełnia oczekiwań idealnie. Tanie słuchawki oferują nędzną jakość dźwięku, upierdliwe zakładanie, łatwo spadają, ucho boli po godzinie. Słuchawka nie powinna spaść nawet w biegu. Ma się trzymać ucha pewnie, jak przyrośnięta. Dlatego koniecznie trzeba słuchawkę przymierzyć przed kupnem, potrząsnąć głową, podskoczyć kilkanaście razy, itp. Z doświadczenia powiem ze słuchawki poniżej 90 zł niewarte są nawet spojrzenia. Nie ma też jakiejś konkretnej firmy którą można w ciemno polecić dla każdego. Kiedyś lubiłem słuchawki Nokii, ale przekombinowali z mocowaniami. Obecnie używam Plantronicsa M-50 i spełnia ona większość oczekiwań moich, na brak pałąka z drutu i gumy musiałem przymknąć oko. Dzięki temu mile się zaskoczyłem - pałąk plastikowy, a słuchawka trzyma się znakomicie. 

Co na koniec? Na koniec musicie sami pomyśleć i popytać znajomych którzy słuchawek używają o ich doznania i oceny. Od siebie zalecę przyzwyczajenie się do słuchawki na stałe. Montaż na uchu rano i zdjęcie wieczorem. Inaczej nie ma to większego sensu... Możliwość rozmowy i posiadania wolnych rąk jest bardzo cenna. Zrozumie to każdy kto nauczył się żyć ze słuchawką na uchu;-)