Poszukaj w Google...

czwartek, 31 grudnia 2009

Czy to już dno?

Będąc ostatnio w kinie na Avatarze, zostałem zaatakowany obowiązkowym zestawem reklam przedfilmowych. Uważni czytelnicy mojego "słitaśnego blogaska" wiedzą jak bardzo nie znoszę reklam. Oczywiście to że zapłaciłem za bilet 28 zł nie ma dla kina znaczenia. A ja bym zapłacił nawet 40 zł - byle by bez reklam. Jednak nie o tym drobiazgu chciałem napisać. Bowiem zaciekawiło mnie coś innego. W kinie byliśmy większą ekipą, wśród niej zaś kolega żyjący z reklamy. Bezpośrednio się nią nie zajmuje, ale dochody uzyskuje dzięki istnieniu tego elementu gospodarki. Po filmie wywiązała się ciekawa dyskusja na temat jednej z reklam. Zapraszam więc do jej obejrzenia.

niedziela, 27 grudnia 2009

Avatar

Wiem że nie jestem w żaden sposób oryginalny. Każdy chyba blog w Polsce po 25.12 będzie miał coś o tym filmie. Podobnie każda gazeta, telewizja, stacja radiowa. Ja obejrzałem go 26 grudnia, w kinie we Wrocławiu, gdzie akurat przebywałem. Oczywiście w 3D, bo w końcu powstał po to aby go tak obejrzeć. Nie będę piał z zachwytu nad efektami - cały ten film to jeden wielki efekt. Klasycznie czepię się paru dupereli, zauważę rzeczy które inni pomijają i posmakuję piękną bajkę.

niedziela, 20 grudnia 2009

Osobiste ogrzewanie

Budujemy domy, kupujemy mieszkania, inwestujemy w dobre okna, nowoczesne piece, świetne termoregulatory do kaloryferów i co nam jeszcze przyjdzie do głowy aby było miło i przyjemnie. A kiedy wychodzimy na mróz - problem - bo zimno. Dobre ubranie to oczywiście podstawa, ale też nie zawsze da się łatwo utrzymać ciepło naszego ciała. Dlatego człowiek wymyślił osobiste ogrzewanie. Doskonałe do stania na przystanku, siedzenia nad przeręblem z wędką, lub ambonie z bronią (nie w celu strzelania do owieczek;-), oraz na wszelkie narciarskie okazje. Jako że mnie dopadło ASG (uważni czytelnicy wiedzą jaka to straszna choroba;-) - musiałem zgłębić temat. Dzielę się jak zwykle wiedzą skondensowaną w pigułce łatwej do połknięcia. Bo po co marznąć?

czwartek, 17 grudnia 2009

Słów parę o mundurach

Badając temat doboru odpowiednio wygodnego ubranka do celów uprawiania ASG, przejrzałem sporo serwisów www, sklepów i przepytałem użytkowników różnych sortów mundurowych. Ponieważ operacja ta zajęła mi trochę czasu, więc postanowiłem napisać poniższą notkę aby oszczędzić go moim następcom.

Zacznę od podstawy prawnej. Noszenie umundurowania polskiego wojska jest nielegalne, na noszenie umundurowania obcej armii trzeba mieć zgodę, a mundury wojsk nieistniejących są zabronione. Tak stoi w polskim prawie. Zgodnie z prawem można zostać ukaranym za wystąpienie na balu maskowym w mundurze generała armii marsjańskiej. Nie wierzycie? Proszę bardzo - par. 2 art. 61 kodeksu wykroczeń: "Kto ustanawia, wytwarza, rozpowszechnia publicznie, używa lub nosi: godło, chorągiew albo inną odznakę lub mundur, co do których został wydany zakaz, albo odznakę lub mundur organizacji prawnie nieistniejącej, albo odznakę lub mundur, na których ustanowienie lub noszenie nie uzyskano wymaganego zezwolenia, podlega karze aresztu albo grzywny".

poniedziałek, 14 grudnia 2009

"Malarze" ścienni...

Pokręciłem się dzisiaj trochę po mieście samochodem. Oczywiście jazda autem = stanie w różnych koreczkach. Mniejszych, większych, ale jest czas na porozglądanie się wokół. Wzrok mój przykuły odnowione niedawno elewacje kilku bloków. Żadne tam dzieło sztuki, styropian, tynk klejowy i nieco farby, ale dobrze dobrany kolorek robił swoje - wyglądało to ładnie i czysto. Jak na moje oko laika, to remont zakończył się niedawno. Niestety - jakieś zapewne małoletnie skurwiele, wymalowały na tych nowych ścianach swoje tagi. Oczywiście sprejem. Ot tak, bo za ładnie było i źle się czuli, więc nanieśli swoje logo i jest kul.

wtorek, 8 grudnia 2009

Czy ekolodzy to debile?

Od ładnych paru lat coraz głośniej słyszy się o kolejnych akcjach ekologów. A to na komin wejdą i coś tam rozwieszą lub wymalują, a to się do drzewa przykują w intencji ratowania polskiej sekwoji, albo coś jeszcze bardziej wyuzdanego wymyślą. Takie akcje były widowiskowe, medialne, ale mało skuteczne. Ekolodzy sięgnęli więc po dużo groźniejszą broń - zaczęli analizować przepisy i szukać błędów w dokumentacjach różnych inwestycji. Znalezione błędy bezlitośnie wykorzystują do walki - uzyskując nawet sądowy nakaz wstrzymania prac. Tłumaczą oczywiście że to wszystko dla naszej kochanej przyrody, biednych chrząszczy i zajączków, czy też ochrony szlaków migracyjnych pierdziołka pospolitego.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Wspomnień czar - Szklana pułapka II

Po przerwie spowodowanej szałem ASG, czując się chwilowo nasycony, wznawiam wątek wspomnieniowy. Dzisiaj na warsztat trafia obejrzana niedawno - "Szklana Pułapka 2". Tytuł jak każdy zapewne wie, niezbyt szczęśliwie przetłumaczony, ale terminal lotniska też trochę szkła miał;-) Dla tych co dawno tego obrazu nie widzieli - przypomnienie fabuły:
Policjant, John McClane, czeka na nadlatującą samolotem żonę na waszyngtońskim lotnisku Dullesa. Na to lotnisko leci też samolot z bodajże Hondurasu i wiezie generała, mocno umoczonego kryminalnie - w ramach ekstradycji do USA. Lotnisko, a właściwie kontrolę lotów opanowują terroryści (byli żołnierze) i chcą odbić generała, a resztę życia spędzić gdzieś w bananowym raju. Oczywiście na przeszkodzie staje główny bohater - walcząc o ocalenie żony - niweczy plany złych ludzi...

piątek, 4 grudnia 2009

Drzewa w mieście

Osiedla na którym mieszkam w Warszawie nie jest wielkim tworem. Dwa nieduże bloki, kawałek parkingu i sporo zieleni. Rozmaite krzaczki ozdobne, trawa i DRZEWA... Ostatnio spółdzielnia wystąpiła do gminy o zgodę na wycięcie trzech topoli i jednego zdaje się klonu. Topole miały być dramatycznie spróchniałe a klon złośliwy (fundament ogrodzenia podważał bydlak). Gmina po zawezwaniu osoby w drzewach uczonej, dokonała oceny drzewostanu wzmiankowanego i wydała zgodę na egzekucję.

środa, 25 listopada 2009

Genialna ściema marketingowa

Sprawę, którą chcę opisać tym razem, zauważyłem już kilka lat temu. Jeśli dobrze pamiętam to w Castoramie. Od tamtej pory rozpełzła się ona po wszystkich chyba marketach. Człowiek który wymyślił ten patent - zasługuje na wieeeelką nagrodę. O co chodzi? O wielkie napisy przy kasach:
"Gwarancja najniższej ceny! Jeśli w innym sklepie kupisz taniej porównywalny produkt, zwrócimy Ci różnicę w cenie."
Napis podlega lekkim różnicom w zależności od sieci handlowej, ale ogólny sens jest taki jak wyżej. Co ciekawe - sklepy internetowe też nie są od tego dowcipu wolne.

wtorek, 24 listopada 2009

Skarpeta taktyczna

W świecie wojskowym wszystko musi być taktyczne. Taktyczny manewr, taktyczna kamizelka, taktyczne gogle, taktyczna naszywka. Słowo "taktyczne" to słowo równoważne określeniu "kosher" dla ortodoksyjnego żyda  - taktyczne = koszerne. Jak coś nie ma "taktyczne" w nazwie - nie jest godne noszenia na polu walki. Nikt i nic tego nie zmieni;-)

poniedziałek, 23 listopada 2009

Komandosi na baterie

Kolejny weekend za mną. Kolejny spędzony gdzieś w lesie, z bronią w ręku, unurzany w pocie i błocie. Kolejny który powoduje że uśmiecham się od ucha do ucha;-) Jako że mam już ponad miesięczne doświadczenie w świecie ASG, kumam slang, odróżniam US Woodland od DPM i gubię się dopiero przy skrótach czteroliterowych - chcę podzielić się wojennym doświadczeniem;-)

piątek, 20 listopada 2009

Androidowa niespodzianka;-)

Wczoraj wieczorem odłożyłem G1 na biureczko i zająłem się oglądaniem tivi. Po jakichś trzech godzinach - biorę go do ręki i niestety widzę trupa. Świeciło się cały czas podświetlenie klawiszy i świetlówka w ekranie - poza tym nic... Restart poprzez wyjęcie baterii - jest logo ERA G1, jest logo Androida i w momencie kiedy ma się uruchomić pulpit - wszystko gaśnie z wyjątkiem podświetlenia. Ponieważ wczorajszego wieczoru spożyłem nieco browca, postanowiłem odpuścić temat i zaatakować z rana.

czwartek, 19 listopada 2009

Elektryczne gacie

No nie tylko gacie, ale i kurteczka opisana dzisiaj będzie. Tytuł mi tylko fajniej wyglądał z samymi gaciami;-)
Jak zapewne uważni czytelnicy pamiętają - posiadam skuter którym jeżdżę po Warszawie, jak tylko mam możliwość (czasem jednak muszę samochodem;-). Niestety robi się coraz zimniej i paskudniej, więc sprawdziłem co słychać nowego w firmie Motokoce. Rok temu kupiłem od nich wyśmienity produkt - motokoc OJ, sprawdził się całorocznie, o czym pisałem w tej notce. Zgodnie z moimi oczekiwaniami firma zaproponowała mi kilka rozwiązań, z których wybrałem zestaw elektrycznych wdzianek.

środa, 18 listopada 2009

Ktoś tu zwariował

Trybunał w Strassburgu wydał wyrok w sprawie zdjęcia krzyży we włoskich szkołach. Nic nowego, news ma już trochę czasu, specjalnie odczekałem dłuższą chwilę, a nie rzucałem się nań na gorąco. Katolicy ruszyli do boju - we Włoszech rozpoczęła się wielka akcja wieszania krzyży i obrony chrześcijaństwa, w Polsce zaś zaczęły się wstępne przygotowania obronne i wielkie dysputy pt. Co zrobimy jak ta zła Senyszyn zażąda zdjęcia krzyży?

poniedziałek, 9 listopada 2009

Pieprzony marketing

Nie irytują Was wydzwaniający marketoidzi od np. operatorów komórkowych, z absolutnie wyjebistą, przygotowaną specjalnie dla Was, jedyną i niepowtarzalną ofertą na nowy, jeszcze droższy, zupełnie niepotrzebny, całkowicie zbędny, do niczego kurwa niepodobny abonament lub pakiet sms? Mnie wpieniają maksymalnie. Doprowadzają do szału.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Weekendowi Wojownicy

Tydzień niczego nie pisałem. Tydzień spędziłem na studiowaniu stron poświęconych ASG i zbieraniu niezbędnych gadżetów. Zarejestrowałem się na kilku dodatkowych forach, wchłonąłem sporą dawkę wiedzy o sprzęcie i taktyce. Posiadłem umundurowanie w polskim kamuflażu leśnym (wz.93). Spędziłem godzinę na przypominaniu sobie jak się używa nitki i igły - celem przyszycia plakietki Poland, którą nosiłem dwa lata temu w Iraku na moim pustynnym mundurze. Byłem gotowy...

wtorek, 27 października 2009

Armia nie da już jeść

Wczorajsza prasa doniosła o epokowym wydarzeniu, jakim niewątpliwie jest zaprzestanie wydawania "darmowych" posiłków przez Wojsko Polskie. Dla dociekliwców link. Za darmo były dla "ochotników" z poboru, a dla zawodowych już nie będzie. Oczywiście dziennikarze niekoniecznie muszą wszystko wiedzieć, dlatego jak zwykle spieszę z wyjaśnieniem. Otóż posiłki serwowane w jednostkach wojskowych, poza nielicznymi wyjątkami - były szczytem obrzydlistwa i niejadalności. To po prostu wołało o pomstę do nieba.

piątek, 23 października 2009

RPO i raport o armii

Dzisiejsza Wirtualna Polska publikuje artykuł pod tytułem Wstrząsający raport RPO o stanie polskiej armii. Opisuje w nim różne straszne rzeczy jakie w wojsku się dzieją. Żołnierze nie mają dobrych butów, kombinezony muszą kupować sami itd... Przyczyny tego jednak nie odgadł ani RPO, ani dziennikarze Wirtualnej Polski. Postanowiłem więc całkiem gratis podać ją na tacy wszystkim ciekawskim.

niedziela, 18 października 2009

Jak mnie wszystko boli

Zachciało mi się na stare lata więcej ruchu;-) Rower jest fajny, ale Warszawę zjeździłem wzdłuż i wszerz. Biegać nie znoszę - bo bezcelowy bieg po betonie lub asfalcie - to perwersja dla mnie niedostępna. Siłownia - bezcelowe dźwiganie tego i owego - nuda... Co więc mi pozostało? Niewiele. I z tego "niewiele" nie wiedziałem co wybrać. Gdzieś tam na końcu mózgu kołatało się ASG. Co to jest? Prawdziwie męskie wyzwanie - walka i jeszcze raz walka.

piątek, 16 października 2009

Windows 7 - zmiana wyglądu

W Windows 7 Microsoft zafundował użytkownikom kilka niespodzianek. Przykrych. Usunięto klasyczne menu start, znane od Windowsa 95, usunięto też pasek szybkiego uruchamiania (Quick Launch), w zamian dodano milion zbędnych funkcji. Zbędnych, bo umożliwiają zrobienie tego co dawniej robiłem jednym kliknięciem - pięcioma. Poza tym mnie bardzo irytuje dynamicznie zmienne menu - nie chce tam mieć najczęściej używanych opcji, tylko wszystkie za każdym razem. Nie będę się teraz denerwował - podzielę się za to metodami odzyskania normalnego wyglądu Windows 7.

Przywrócenie wyglądu klasycznego 


 Tak wygląda Seven domyslnie - po zainstalowaniu

Klikamy na Start -> Panel Sterowania. Odszukujemy moduł Wygląd i Personalizacja a pod nim Zmień kompozycję. Klikamy dwukrotnie. Zobaczymy kompozycje dla interfejsu Aero, zaś niżej Kompozycje podstawowe i o wysokim kontraście - wśród nich styl o nazwie Klasyczny Windows. Klikamy pracowicie i już po chwili mamy to:


 
Ikony na pulpicie 

Do pełni szczęścia brakuje jeszcze kilku ikon na pulpicie. Konkretnie Moje dokumenty, Mój komputer i Moje miejsca sieciowe. Aby je odzyskać należy jeszcze w oknie zmiany tematów wybrać po lewej jego stronie opcję Zmień ikony pulpitu. Wyskoczy małe okienko:



Zaznaczamy to co nam do szczęścia potrzebne. Komputer - to dawny Mój komputer, Pliki użytkownika to Moje dokumenty, Sieć to Moje miejsca sieciowe,  Panel sterowania nie wymaga objaśnień. Ekran zaczyna juz wyglądać przyzwoicie.

Pasek Szybkiego Uruchamiania 

Brakowało mi jeszcze jednego drobiazgu. Oto zrzut mojego normalnie używanego paska startu z XP:




Mam na nim włączony pasek narzędzi Quick Launch, czyli Szybkie uruchamianie. Dzięki temu nawet kiedy mam zapchany cały ekran oknami - mogę szybko uruchomić okno Mojego komputera, czy inny potrzebny program. W Seven zrezygnowano z tego paska, w zamian dając dokowanie i inne wynalazki. Oczywiście da się włączyć klasyczny pasek Szybkiego uruchamiania i normalnie dodawać do niego skróty.

Oto receptura:
Klikamy RMB* na pustym miejscu paska startu i wybieramy Zablokuj pasek zadań - tak aby opcja ta została odznaczona. Teraz ponownie RMB w tym samym miejscu i wybieramy Paski narzędzi -> Nowy pasek narzędzi. Następnie musimy odszukać pożądany przez nas pasek. Znajduje się on tutaj:
C:\Użytkownicy\user\AppData\Roaming\Microsoft\Internet Explorer\Quick Launch

Katalog AppData jest normalnie ukryty - więc przed operacją należy włączyć wyświetlanie ukrytych plików i katalogów. 

Teraz potwierdzamy utworzenie paska i pokazuje się on przy zegarku. Dzięki uprzedniemu odblokowaniu paska start - można go przesunąć. Pozostaje jeszcze pozbycie się etykiet. Klikamy na napis Quick Launch RMB i odznaczamy NAJPIERW opcję Pokaż tekst. Klikamy ponownie i odznaczmy Pokaż tytuł

Dzięki powyższym czynnościom - pasek w Seven wygląda tak:



Bez problemu można dodawać własne skróty za pomocą przeciągania, a przy okazji odzyskaliśmy ikonkę Pokaż Pulpit. W Seven umieszczono w prawym dolnym rogu ekranu - jakoś wolę ją w lewym;-)

Klasyczne Menu Start 

Niestety w Windows Seven nie ma klasycznego menu start. Zostało definitywnie usunięte. Po zmianie skórki całego Seven na klasyczną - wygląda ono lepiej, ale jest to jednak nowe menu. W prosty sposób przywrócić klasycznego się nie da. Przynajmniej na razie. Mówię o tym dlatego że spędziłem sporo czasu szukając sposobu - więc możecie zaoszczędzić swój czas. Jeśli ktoś chce skorzystać z protez - tutaj znajdzie receptę. Mam nadzieję że kiedy Seven stanie się popularnym systemem - ktoś wpadnie na to jak uruchomić klasyczne Menu Start rodem z Windowsa 95.



Na powyższym zrzucie ekranowym nałożyłem menu start z klasyczną skórką, na interfejs Aero - wyraźnie widać że menu jest mniejsze. W pełni klasyczne - byłoby jeszcze mniejsze.

Podsumowanie 

Po wszystkich zabiegach uzyskałem  następujący wygląd:



Tak, wiem, jest brzydkie. I takie ma być - funkcjonalne i proste. Bo system operacyjny to nie twarz modelki żeby go ciągle tapetować i ozdabiać. Ma być wyłącznie pośrednikiem między sprzętem a uruchamianymi programami.

*RMB  - Right Mouse Button - Prawy Klawisz Myszy. 


czwartek, 15 października 2009

Wspomnień czar - Kelner, płacić!

Nie od dziś wiadomo, że człowiek bardziej lubi to co już zna, od tego co nieznane. Nie jestem tutaj wyjątkiem. Przypomniałem sobie niedawno kino czechosłowackie, oglądane pasjami w dzieciństwie i młodości. Faktem jest że w TV były dwa kanały i nie było innego wyboru, ale też naprawdę lubiłem wówczas produkcje naszych czeskich braci. Na warsztat wziąłem więc czechosłowacką komedię "Kelner, Płacić!" (Vrchní, prchni!) z 1980 roku.


Velorex - czyli motocykl Java w wersji samochodowej.

Opowiedziana historia jest wciągająca i ciekawa. Oto pewien księgarz z wykształcenia i zawodu, wielki miłośnik kobiet, obarczony potężnymi alimentami (skutek uwielbienia do coraz różnych kobiet), będący w związku z kolejną kobietą - wybiera się na spotkanie klasowe - zdaje się że po 25 latach od skończenia szkoły średniej. Ot, nasza klasa w wersji czechosłowackiej;-) Ponieważ jest raczej biedny - z odzieży reprezentacyjnej ma tylko garnitur wyglądający jak kelnerski uniform. Spotkanie ze znajomymi uświadamia mu że bez pieniędzy jest nikim. Wszyscy do czegoś doszli, tylko on został ofiarą losu. Postanawia więc zdobyć majątek, nie do końca legalnym sposobem. Zaczyna zarobkować jako kelner, ale nie ten który obsługuje klienta od początku do końca, a taki który tylko przychodzi po zapłatę. I tak ta cała historia się zaczyna. Potem jest już tylko ciekawiej - bohater w miarę jak się rozkręca - jest coraz pewniejszy siebie i coraz zuchwalszy. "Pracę" ułatwia mu czeski zwyczaj - kelner obsługując stolik kładzie na nim karteczkę, na której zapisuje kolejne potrawy i napoje. Pozostaje więc tylko podliczyć i zainkasować.



Warto podczas oglądania zwrócić uwagę na drugi plan - te puste, szerokie ulice, do tego stare samochody (w jednej ze scen widać Żuka), ludzie ubrani w stroje których dzisiaj nikt by nie założył nawet na wyjście ze śmieciami. Ciekawe są też zachowania ludzkie. Wydają się mocno niedzisiejsze i niepasujące od naszych czasów. Zresztą cały film nie nadaje się zbytnio dla współczesnego widza - ma zupełnie inny rytm i człowiek wychowany na kinie współczesnym źle go odbiera. Razić mogą dłużyzny, pewna sztuczność gry aktorskiej, brak dynamicznych zwrotów akcji. Mimo tego, jest to ciepłe i przyjemne kino czeskie, mające w sobie taki przewrotny humor. Nie przypomina ono polskiego kina - które w czasach socjalistycznych było mocno martyrologiczne, poważne, musiało nieść przesłanie. Kino czeskie produkowało znacznie więcej komedii - ot dla zabawy widza. I warto to wykorzystać.




Obecnie w koszach z tanimi płytami DVD w marketach i innych sklepach dla sprawnych intelektualnie inaczej,  jest spory wybór starych czeskich filmów i seriali - z polskim lektorem lub napisami. Polecam eksplorację zasobów sklepów i zapoznanie się osobiste z czechosłowacką komedią...

poniedziałek, 12 października 2009

Dwulicowe przepisy

Przeglądając w ostatnich dniach prasę elektroniczną natknąłem się na taki oto ciekawy kwiatek - LINK
Sprawa była swego czasu dość głośna, doradca prezydenta to w końcu nie byle dealer proszku z miasta, więc media i służby wiązały dużą nadzieję na fajną, medialną i przynoszącą awanse sprawę. Koleś w końcu miał 1,5 kilograma towaru. Jednak nie udało się w żaden sposób udowodnić handlu i wyszło na to że miał towar na własny użytek - inaczej zakwalifikować czynu się nie dało. Nie mam najmniejszego zamiaru skupiać się na rzeczonym osobniku i jego kokainie - on jest tylko punktem wyjściowym do pewnych rozważań.

Mamy w sklepach, kioskach, trafikach takie coś jak papierosy, cygara i tytonie fajkowe. W swoim składzie zawierają jeden z najsilniejszych narkotyków - nikotynę. Ktoś może powiedzieć oczywiście że to taki nieszkodliwy narkotyk. Niestety to bardzo błędne przekonanie. Nikotyna jest bardzo silnym i perfidnym narkotykiem. Niszczy trwale układ nerwowy - upośledzając jego działanie. Działa powoli, to fakt, ale działa destrukcyjnie. Jednakże po obłożeniu akcyzą - jest kurą znoszącą złote jaja. Producentom papierosów i państwu. Zupełnie przypadkiem ten sam mechanizm dotyczy alkoholu. Alkohol co prawda narkotykiem tak do końca nie jest, ale działanie rozweselająco-uzależniające ma jak najbardziej. Podobnie jak w przypadku nikotyny - obłożony jest wysokimi podatkami. Oba produkty charakteryzują się niskim kosztem wytworzenia i wysoką ceną zbytu gotowego wyrobu - "wypełniaczem cenowym" są podatki. Nałożone zresztą w "trosce" o zdrowie konsumentów.

Różnica pomiędzy kokainą, marihuaną, heroiną a nikotyną i alkoholem jest tylko w opodatkowaniu. Kasa generowana przez te produkty, które uznano za legalne i opodatkowano - zasila budżet państwa, a drobniejsze sumki z niego trafiają do różnych funduszy. Między innymi od każdej flaszeczki okowitki pewna suma idzie na zwalczanie i zapobieganie alkoholizmowi. Pieniądze z papierosów na leczenie palaczy. Przy okazji oczywiście mówi się jak to źli palacze wymagają drogiego leczenia, zapominając oczywiście ile każdy palacz wrzuca do budżetu. Dla jasności - minimalna stawka za 1000 papierosów to obecnie około 142 zł. Paląc 20 papierosów dziennie - po 50 dniach mamy 1000 wypalonych. Doliczając do tego normalną składkę zdrowotną jaką palacz płaci pracując, a pracuje skoro na fajeczki stać - państwo świetnie na tym wychodzi. Poza tym nie każdy palacz choruje i umiera na choroby wywołane paleniem. Podobnie jest z alkoholikami.

Są dwa wyjścia z sytuacji kiedy część narkotyków jest legalna, a część nie. Pierwsze wyjście to całkowite zakazanie wszystkiego co związane z jakimkolwiek odurzaniem się. Czymkolwiek! I tylko stuprocentowy, patentowany, wybrany w wolnych wyborach idiota uwierzy że to zadziała. Nawet jeżeli wprowadzona zostanie równolegle wojskowa zasada "jebać, karać, nie wyróżniać" - ludzie i tak będą się odurzać. Więc w celu przeciwdziałania nielegalnej produkcji i dystrybucji - państwo powoła specjalne siły, które dbać będą o kręgosłup moralny narodu. Z braku dochodów z alkoholu i papierosów - siły te sfinansować trzeba będzie z ogólnej podwyżki podatków. Tymczasem rozkwitnie czarny rynek, rozwiną się gangi dbające o dostarczenie społeczeństwu zakazanych, ale pożądanych dóbr. Zarobią na tym niewyobrażalną kasę, bo co zakazane jest drogie. Kasę trzeba będzie wyprać - więc zaczną się układy i układziki, często polityków z mafijnym półświatkiem. Kasa popłynie na konta polityków w różnych ciepłych krajach. Trzeba będzie więc powołać do życia jeszcze silniejsze CBA, aby zwalczyć korupcję i zgniliznę moralną we władzach państwowych. Powołana agencja, podobnie jak agencje antynarkotykowe, wykonywać będzie swoją pracę oczywiście sumiennie, ale bez większego pośpiechu - bo wyłapanie wszystkich producentów, dealerów, mafijnych bossów, skorumpowanych polityków i zwykłych klientów z minimalną ilością zakazanego towaru jest:
a. całkowicie niemożliwe
b. nawet jakby - to gdzie ich wszystkich wsadzić?
c. wyłapanie wszystkich to głupota, bo służby stracą sens bytu

No i co mamy? Gówno mamy. A co się stanie jak zalegalizujemy wszystko jak leci? Powiem brutalnie - nic się nie stanie. Mafia straci w tym zakresie potężne źródło dochodu, zarobi państwo. Państwo zaoszczędzi też na utrzymywaniu kosztownego aparatu antynarkotykowego. Z akcyzy na wszelakich narkotykach będzie miało potężną kasę. Kasę którą można przeznaczyć na naprawdę ważne cele. Drobnym problemem oczywiście są konsumenci. Bo mają obrzydliwy zwyczaj uzależniania się od zażywanego towaru. Taka niestety jest natura człowieka i działanie tych wesołych substancji. Tyle że kiedy narkotyki są zakazane oficjalnie to dotrzeć do nich i tak można bez większego problemu - nabijając kabzę półświatkowi. Kiedy są legalne, pod kontrolą państwa - raz że są czystsze, a więc bezpieczniejsze, a dwa że łatwiej kontrolować dostęp doń nieletnich. Oczywiście nie bez znaczenia jest odpowiednia, rzetelna i solidna edukacja. A nie szkolna ściema, w wykonaniu zmęczonych, źle opłacanych nauczycieli.

Żeby się komuś nie wydawało że piszę o abstrakcji - to proszę spojrzeć na rynek muzyczny, filmowy czy komputerowy. Panuje tam coś tak strasznego jak PIRACTWO. Ludzie KRADNĄ innym ludziom ich własność. Ci inni ludzie powołują do życia specjalne organizacje które tropią złych piratów w ich ostojach. Nad ranem ciężkie buciory wywalają drzwi i wpada ekipa specjalna. Wywleka z łóżka złego pirata i zabierając mu wszystkie komputery i nośniki wlecze go przed oblicze Temidy. Ta niestety jest ślepa...

Organizacje dbające o prawa autorskie, koncerny medialne, firmy softwareowe - wydają krocie na specjalne komórki antypirackie, lobbing w parlamentach aby zaostrzyć przepisy, tworzą oprogramowanie mające utrudnić piractwo. Na każdą jednak technikę antypiratów - piraci wymyślają kontrtechnikę. Towar o który trwa walka, jest dystrybuowany w archaiczny i kosztowny sposób, bo trzeba utrzymać olbrzymie koncerny. Koncerny marnują niewyobrażalne pieniądze na nieskuteczne działania, ośmieszają się, czasem płacą odszkodowania (np. Sony za rootkita), tracą czas zamiast się zmienić. Zarobić niemałe pieniądze bez darcia kotów z klientami - bo piraci to ich klienci - kupują całkiem niemało wytworów które ściągają z sieci aby się z nimi zapoznać. No i nie można zapomnieć o niemałym podziemiu które korzystając z wojny podrabia oryginalne produkty (tłocznie lewych płyt bez problemu podrabiają płytki Microsoftu i nie tylko). Najzabawniejsze w tym jest to że konsumenci mają w ręku jeszcze jedną broń - jest to prawdziwa Wunderwaffe która może zmieść wielkie koncerny medialne z powierzchni ziemi. Wystarczy całkowicie przestać kupować ich produkty. Kilkumiesięczna wstrzemięźliwość wszystkich konsumentów i po krzyku. W dobie wszechobecnego internetu to wcale nie jest takie niemożliwe.

W obu przypadkach - narkotyków i piractwa działają te same mechanizmy. Są one uniwersalne - dotyczyć będą każdego zakazanego w jakiś sposób towaru. Im więcej osób będzie tego towaru pożądało - tym zacieklejsza będzie walka. Tym więcej wydawać będzie się na nią kasy - zupełnie bez sensu. Trzeba od razu znaleźć sensowny mechanizm i wykorzystać możliwości, zamiast walczyć na śmierć i życie z własnym klientem lub elektoratem...

niedziela, 11 października 2009

Zakupy...

Powszechnie przyjęta jest praktyka umieszczania na opakowaniach produktów rysunków, bądź zdjęć tego z czego produkt powstał. Taka na ten przykład wódka Żytnia - na etykiecie cudnej urody kłosek najprzedniejszego żyta. Sok z winogron - a na kartonie wielka kiść świeżo zerwanych, idealnie dojrzałych, doskonale okrągłych i pysznych gronek. Mleczko z krowy? Na etykiecie krowa jak żywa. No dobra - na mleku  łowickim Łowiczanka z Łowiczaninem pląsają, ale już na parówkach z indyka pyszni się przecudny indor - samczyk znaczy...



Zaprezentowany powyżej pasztet z dziczyzny, czyli zwierzyny wolno pętającej się po puszczy - ślina z paszczy sama leci. Człowiek czuje ten lekko mroczny, wilgotny i mglisty zapach knieji, podnieca się niczym pies gończy na samą myśl o zatopieniu zębów w doskonałym smakołyku. Opakowania produktów tak właśnie mają działać na nasze zmysły - podniecać, uwodzić, zachęcać do kupna, prezentując doskonałe walory produktu, poprzez pozytywne skojarzenie tego co widzimy na opakowaniu z jego zawartością. Robi się tak dla tych, co to czytać ze zrozumieniem do końca nie potrafią. Rysunek, niczym w czasach prehistorycznych - jest informacją doskonale skończoną i wystarczającą.



No to co powiecie o wyrobie powyżej? Kojarzy się z czymś smakowitym? Pasztet z kota, z dodatkiem łososia? Opakowanie nie mówi że to pasztet z łososia, a jedynie z łososiem. Głównym bohaterem potrawy jest zdecydowanie kot domowy, lub dachowiec. Tak wynika z komunikatu na opakowaniu. Dobra, czepiam się. Znalazłem ten frykas na półce z jedzeniem dla zwierząt. Jest tam więcej takich specjałów. Żarcie dla psa z psami na opakowaniu. Trochę to jednak kanibalizmem zalatuje w zwierzęcym wydaniu. A co się stanie kiedy jakiś biedak, nie znający naszego narzecza zechce zakupić jakieś smaczne jedzenie i nieopatrznie trafi taki pasztecik z kota jak na fotce? W końcu różne są kultury i zwyczaje - Alf nie gardził kotami, nie wiem tylko czy miałby ochotę na ich pożywienie, zamiast pożywiać się nimi...

piątek, 9 października 2009

Granice sztuki?

Wcale nie chodzi mi o granice sztuki, wiem że ona jest bezgraniczna. Nie mam też ochoty na wywody o tym jak daleko można się posunąć w sztuce - bo wszystko jest sztuką, tylko nie dla każdego poprawną w odbiorze. Nie miałem po prostu pomysłu na tytuł notki dzisiejszej. I nadal zresztą nie mam;-) A o czym to ja dzisiaj chciałem mówić? Aaaaa, wiem. O muzyce znowu i teledyskach. Albowiem jako miłośnik muzyki wszelakiej skupiam się wyłącznie na muzyce, czasem na nazwisku wykonawcy, z rzadka na teledysku. Nie zagłębiam się w szczegóły dyskografii zespołów, nie zapamiętuje dat powstania grupy, życiorysów członków, fluktuacji składu. To mnie nie interesuje. Muzyka albo mi się podoba, albo nie.

Skutkiem powyższego jest muzyka zawsze gdzieś obok mnie, umilająca mi życie. W samochodzie mam płytki CD z taka mieszanką stylów i gatunków że nawet moja żona się dziwi, a to anielskiej cierpliwości białogłowa jest. Jak zaznaczyłem - muzyki słucham, nie oglądam. Stąd absolutna nieznajomość teledysków. Dzisiaj kolega podrzucił mi linka do teledysku zespołu, którego nazwę pamiętam bo kapela mi pasuje dźwiękowo. Chodzi o Rammstein i ich dzieło pt. German Pussy - co nasze można przetłumaczyć jako Germańska Cipka. No to było już ciekawe - więc kliknąłem  http://visit-x.net/rammstein i po 3 minutach wystrzeliło mnie z kapci... To teraz obejrzyjcie sobie w spokoju, a ja poczekam...

No i? Co powiecie? Jeszcze sztuka, czy już pornol? Tekst + filmik mają jednoznaczną wymowę. Jednak sposób realizacji teledysku - pornograficzny do końca nie jest - nie ten typ i styl ujęć (wiem co mówię - widziałem pornola jak każdy normalny facet). Montaż zasługuje zdecydowanie na brawa za doskonałą dynamikę - świetnie się ogląda. Z drugiej strony - widoczne genitalia - niejedną bogobojną niewiastę zmuszą do spowiedzi w najbliższy weekend. Teledysk dzisiaj wydaje się być strasznie obrazoburczy - pokazuje to, o czym się głośno raczej nie mówi. Nie mówi się, ale to nie znaczy że się nie robi;-) Feministki rozedrą się zaraz  o uprzedmiotowieniu kobiet i wykorzystania ich w roli seksualnych naczyń, katolicy na temat pokazanych w teledysku zmarnowanych, nie dających życia wytrysków. Do boju pójdą inni, czujący się pokrzywdzeni obejrzanym obrazem. A ktoś wam kazał to obejrzeć? A nie było ostrzeżenia?

Emisja tego teledysku w mediach klasycznych wydaje się dziś absolutnie niemożliwa. Jest on w naszych czasach skazany na byt wyłącznie w internecie. Co ciekawe - w internecie więcej osób może go zobaczyć (i docenić kunszt) niż w MTV;-) Marketing wirusowy to potęga. Zapewne za ileś lat zostanie pokazany  w programie publicystycznym, gdzie dwie mądre głowy uznają go za pierwsze, nieśmiałe próby zerwania jarzma politycznej poprawności, pokazania prawdziwego świata itp. ;-)  Punkt widzenia zależy przecież od punktu siedzenia. To stara prawda...

środa, 7 października 2009

Przyzwyczajenie druga naturą człowieka

Lubię rzeczy które znam. Jak kupię fajne dżinsy i zetrę  po pół roku w proch - to chciałbym kupić identyczne - bo już je wypróbowałem i wiem że są ok. Oczywiście zakup identycznych jest niemożliwy - bo jest NOWA KOLEKCJA. Jak słyszę to sformułowanie z ust sprzedawcy to mam ochotę od razu go udusić. Wiem że jest niewinny, ale i tak czuję że muszę to zrobić. Wkurza mnie, że pewne klasyczne wzory podlegają czemuś o nazwie MODA. Co to w ogóle jest moda? Ja chcę móc kupić takie same, zwykłe, proste, niebieskie dżinsy. Nie chcę spieranych, z kieszeniami naszytymi poniżej dupy, a pasem w połowie biodra. Chcę takie same, jak pół roku temu. I nowy splot tkaniny tez mnie nie interesuje (tym bardziej że zazwyczaj głównym celem jego opracowania jest szybsze przecieranie spodni).

Z powyższych powodów, kiedy kolejny raz miałem problem pt. nowe dżinsy - kupiłem klasyczne spodnie Wranglera. Wyglądały dokładnie tak jak chciałem aby wyglądały - czyli pełna stylowa klasyka. Z małym ale - co odkryłem po powrocie do domu? Otóż jakiś cymbał (w domyśle - pieprzony księgowy)  wpadł na pomysł zaoszczędzenia (a więc zarobienia) paru centów na każdej parze. Co wymyślono? Otóż skrócono zamek błyskawiczny w rozporku o 1,5 cm. Niby nic, ale w skali globalnej produkcji - to poważna kasa. Zaoszczędzono kilometry zamka. A że użytkownik ma problem z włożeniem ręki i wyjęciem fiuta? A kogo to obchodzi? A niech szcza na siedząco! Oczywiście rozporki na guziki mają normalny rozmiar, ale za nimi nie przepadam.

Nauczony powyższym doświadczeniem, przy kolejnych zakupach zastosowałem zestaw zabezpieczeń. Po pierwsze szerokim łukiem ominąłem sklep Wranglera - sorry chłopaki, ale tak się bawić nie będziemy - chyba że dołączycie szczypce do wyciągania penisa do każdych spodni. Po drugie kupiłem Levisy 501 - na wszelki wypadek od razu dwie pary. Przez rok, może półtora dam radę (nawet 501 ulegają modnemu tuningowi). Po trzecie - kupując nowe spodnie starannie sprawdzam długość zamka błyskawicznego, aby nie dać się znowu zaskoczyć.

Ten sam problem dotyczy butów. Nie mówię tutaj o pantoflach ze spiczastym noskiem, czy innym obuwiu dla przedstawicieli handlowych. Mówię o wygodnych buciorach za kostkę, które mają dobry mikroklimat dla stopy, świetnie leżą i mało ważą (no mogą czasem więcej;-). Kupujemy jedna parę, stwierdzamy że są ok. Chcemy kupić takie znowu za jakiś czas - nie ma - już jest NOWA KOLEKCJA. I dupa. Któregoś roku zastosowałem metodę taką - kupiłem buty, uznałem za wygodne i poczekałem na wyprzedaż. Kupiłem chyba 3 pary identycznych. Dzięki temu mam spokój do końca 2010 roku. Jedna para jeszcze leży w pudełku;-) Wiem, to jest wyszukana perwersja. Wiem, są już niemodne - tak, bardzo mi z tego powodu przykro;-) Ważne że są wygodne i dobrze się w nich czuję.

A próbowaliście kupić zwykłe,  dobrej jakości, czarne, bawełniane koszulki - BEZ żadnych napisów? To też spore wyzwanie. Zresztą niekoniecznie czarne - w dowolnym kolorze mogą być, byle solidne i jednobarwne. To jest często mission impossible - bo różne kreatury mody wymyślają jak tutaj człowiekowi życie utrudnić. Kupno zimowej kurtki bez wielkiej reklamy producenta też nie jest proste. A z jakiej racji mam kupować odzież z reklamą? Chcą się zareklamować na moich plecach? Proszę bardzo - kurteczka z logosem gratis i co miesiąc sumka na moje konto za najem powierzchni reklamowej. Bo niby czemu nie?

 Na szczęście zakup 40 par identycznych skarpet nie jest jeszcze problemem;-) I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę;-)

wtorek, 6 października 2009

Nie lubię poniedziałku

Co ja wczoraj przeżyłem!!! Kompletny chaos i horror teletechniczno-informatyczny. Wszystkie komputery sprzysięgły się chyba żeby zrobić mi na złość. Najpierw u klienta padło zasilanie - jakaś awaria środowiskowa i prąd pojawiał się i znikał. Jak już wrócił na stałe - okazało się że zmarło się serwerowi jednemu. No to ognia i naprawiamy. Okazało się że padł dość istotny podzespół, ale maszyna na szczęście na gwarancji, więc zgłoszenie do serwisu i czekamy na nowego grata.

W międzyczasie jeden z użytkowników zaraportował że mu maile w Outlooku Expressie wcięło i ma błąd odbierania poczty. Szlag by to trafił - następny, któremu udało się przekroczyć 2GB w rozmiarze pliku bazy. Oczywiście Microsoft nie ma narzędzia do obcinania pliku dbx, ma tylko do pst - od dużego Outlooka z pakietu Office. Więc szybkie nurkowanie po sieci i zdziwienie - nie ma obcinarki do dbx. Trzeba wyekstrahować maile do pojedynczych pliczków eml i ręcznie wrzuć je z powrotem (oczywiście rozdzielając tak aby znowu nie przekroczyć 2GB). Zapuściłem więc stosowny program - wyniki może na wtorek rano będą.

Oczywiście w czasie mojego pobytu u klienta rozwiązał się worek z nieszczęściami. A to komuś drukarka wyparowała, a to zniknął plik, a to kolory na ekranie nie takie jak były wczoraj. Taki normalny, codzienny koszmarek ;-)

Pojechałem do domu, gdzie czekało mnie rozwiązanie problemu z domowym serwerem. Tydzień temu padła mu płyta główna, dostał nową, padła po 24h, więc w ramach gwarancji dostał kolejną. Od tego momentu zachowywał się jakby podpięty był do switcha 10Mbit, mimo że raportował 100Mbit. Wymieniłem patchcord, dołożyłem drugą kartę sieciową - nadal to samo. Zapiąłem patchcord jak najkrótszy - nic, potem najdłuższy jaki miałem i ułożyłem go w magiczne znaki, aby pakiety odpowiednio przyspieszały - nadal nic. Piana leciała mi już z ust, kiedy spłynęło na mnie oświecenie - wypiąłem switcha Linksysa i podłączyłem inny model tejże firmy. Voila! Poskładałem więc zabawki, uporządkowałem teren i sądziłem że to na dzisiaj koniec atrakcji.

Niestety - żony laptop za chińskiego boga nie chciał współpracować z WiFi z tego zapasowego Linksysa. Nie ma certyfikatu dla sieci i spadaj. Chciałem mu zabronić łączenia z tą siecią i wykasować ją z sieci preferowanych, aby ponownie skonfigurować - nie, nie da się. Po chwili wpadłem na to że by ją na chama wpisać z poprawnym hasłem - pomogło. Żona zadowolona poszła z zabawką swoją, po chwili jednak zaraportowała że przestało działać skrolowanie na touchpadzie. Działało codzienni przez dwa lata bez zarzutu i oczywiście musiało się zjebać w mój wesoły poniedziałek. Sprawdzam w Panelu Sterowania - otóż za nic na świecie nie da się zaznaczyć opcji które to zarządzają tymi funkcjami. Po restarcie kompa nadal nie da się ich zaznaczyć, a na dodatek pracowicie naprawiona sieć bezprzewodowa znowu drze japę o certyfikat. Tutaj poczułem że muszę pójść się położyć bo za moment eksploduję. Nawet chwilę poleżałem, ale zachciało mi się pograć w Cannon Fodder.

Podniosłem więc pokrywę mojego laptopa i czekałem na wyjście ze stanu wstrzymania. Oczywiście nie wyszedł - skończyło się paroma brzydkimi słowami pod nosem i restartem. Odpalił, ja odpaliłem grę i liczyłem na to że się wreszcie uspokoję, a z racji że była już 22:00 prawie - iż nic się z komputerków już nie popsuje. Byłem oczywiście w błędzie. Ostatnim komputerem jaki tego dnia postanowił zrobić mi na złość był serwer domowy. Podczas operacji z wkładaniem mu dodatkowej karty sieciowej - wysunęła się karta TV. Niedużo, ale przestała kontaktować. Skutkiem oczywiście brak sygnału TV. Dojście do tego co jest przyczyną - kolejne 20 minut. Naprawa to już chwilka.

Stwierdziłem że się poddaję całkowicie. Zamknąłem laptopa, nie będę grał w nic - używanie komputera w ten poniedziałek jest ewidentnie niebezpieczne dla mojego zdrowia psychicznego.

poniedziałek, 5 października 2009

Wspomnień czar - Cannon Fodder

Po spędzeniu pewnego czasu przy Wormsach i Lemmingach przypomniałem sobie o jeszcze jednej klasycznej grze - Cannon Fodder. Tytuł nie jest szczególnie sympatyczny, zresztą wraz z innymi elementami tejże gry wywołał swego czasu spory skandal. Przedstawiono bowiem wojnę jako coś fajnego i sympatycznego, w czym każdy chciałby wziąć udział. Gra ukazała się w 1993 roku i spotkała się z dobrym przyjęciem ze strony graczy, oraz bardzo chłodnym ze strony środowisk kombatanckich. Ponieważ nie jestem kombatantem - skupię się na lepiej mi znanej grupie;-)



Cannon Fodder to pozornie prosta strzelanka. Całość obsługi zapewnia myszka z dwoma przyciskami. Nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. Zadania jakie dostajemy dzielą się na kilka rodzajów:
- zabić wszystkich
- zniszczyć wszystkie budynki wroga.
Aby nie było za łatwo - dostajemy zespół uderzeniowy w liczbie 2-6 żołnierzy i za pomocą karabinków i zdobycznych granatów i bazooki dokonujemy rzezi niewiniątek. Gra z poziomu na poziom jest coraz trudniejsza i wymaga niezłego kombinowania. Po każdej misji pokazuje się lista poległych, a potem cmentarz na wzgórzu i kolejka nowych rekrutów. Nagrobków przybywa w miarę jak tracimy żołnierzy - całość wygląda jak cmentarz w Arlington.



Co mi się najbardziej podoba? To że gra mieści się na trzech dyskietkach 880kB, jest starannie opracowana graficznie i ma bardzo przemyślane sterowanie. Skutkiem jest wessanie gracza na długie godziny w świat krwawych rozgrywek. Nie ma filmików, skomplikowanych misji i wieloklawiszowego sterowania. Nie trzeba zmieniać kilku płyt CD, albo czekać aż doczyta się z DVD kolejna misja. Prostota, grywalność i tzw. miodność stawiają Cannon Fodder wysoko na liście najlepszych gier świata.



Jak wspomniałem na początku - gra ukazała się w 1993 roku i osiągnęła olbrzymią popularność (jak inne słynne gry z Amigi), więc przeportowano ją na wszystkie ówczesne komputery. Niestety były to czasy przedinternetowe więc nie istnieje możliwość gry w sieci. Trochę szkoda - bo gra jest świetna i aż chciałoby się powalczyć z kolegami. Na fali popularności wydano też część drugą, jednak gracze narzekali że jest zbyt trudna. Grałem, powyższego zarzutu nie potwierdzam, gra się całkiem miło.


A tak to wygląda w grze;-)

Na zakończenie, dla przypomnienia - kilka podpowiedzi. Gra w wersji amigowej wymagała specjalnej dyskietki do zapisywania stanu rozgrywek - pamiętajcie aby ją w winUAE zrobić. Drużynę swoją można podzielić na kilka mniejszych - czasem warto z tego skorzystać. Uwaga na bagna - chodzenie po nich wciąga;-) Teraz życzę miłej rozgrywki...

piątek, 2 października 2009

Prawdziwy Twardziel

Jest rok 1996 - wiek dwudziesty zbliża się do swojego końca. W pewnym niedużym mieście, w pewnym domu z dwuspadowym dachem, siedzi młody człowiek przy swojej Amidze 600. Wie że gdzieś w Polsce znajduje się nieduża ciężarówka. Jedzie powoli w jego kierunku, przebijając się przez śnieżycę. Czuje jej bliskość i nie może doczekać się przyjazdu. Bowiem ciężarówka należy do firmy kurierskiej i wiezie Bardzo Ważną Paczkę!

Zakończenie historii - tak, dojechała, paczka dostarczona. W paczce nowiutka Amiga 1200 Tower w obudowie Micronika. W zestawie FDD HD, scandoubler, interfejs klawiatury PC, parę innych drobiazgów i ON - jego wysokość Dysk Twardy Seagate o pojemności 1,2GB  - jeden gigabajt, dwieście megabajtów. Wiem, w tym momencie każdy urodzony po 1990 roku leży i ryczy ze śmiechu. Wiem, dowolny pendrive za 40 zł ma większą pojemność. Ale w tamtych zamierzchłych czasach taki dysk to było coś. Większy na rynku był tylko 1,7GB - ale kosztował chyba około 1100 zł. Cała Amiga kosztowała z tymi wszystkimi dodatkami 3200 zł. Sam dysk - 800 zł. Tak to drzewiej bywało...

Rok 2009 - prawie dziesięć lat dwudziestego pierwszego wieku za nami. Duże miasto w centralnej Polsce (no dobra - Warszawa;-), nieduży blok w zielonej okolicy. W pokoju siedzi ten sam człowiek, przy laptopie. Włos przyprószony siwizną, ale błysk w oku ten sam;-) Robi zamówienie dla klienta. Wsród produktów jest dysk twardy o pojemności 1,5TB - jeden terabajt, pięćset gigabajtów. Cena tego cacka - 380 zł brutto.

Tylko trzynaście lat dzieli te dwa wydarzenia, a jak wzrosła pojemność dysków?  Co prawda wraz ze wzrostem pojemności coraz szybciej się je zapełnia, co wymaga dalszej rozbudowy, ale takie są możliwości. W 1996 roku na Amidze największe programy zajmowały 3-4 dyskietki 880kB. Nie było filmów w AVI, nie było MP3, nie było zdjęć z wysokorozdzielczych matryc cyfrowych, zapisanych w JPG lub RAW. Dysk o pojemności 1,2GB był czymś wręcz kosmicznym. Nie do zapełnienia za życia człowieka! A teraz proszę - po szybkim remanencie w domu mam:
- dwa dyski 250GB - zasadniczo pełne
- dwa dyski 1TB - jeden pełny, jeden pusty
- kilka pomniejszych dysków po 60-160GB w komputerach i laptopach

Fakt że dopóki operowałem na małych ilościach danych - backupy robiłem na dyskietki magnetooptyczne, lub wcześniej na dyskietki ZIP. Dzisiaj to niemożliwe - więc stosuję zapis tego samego na kilku dyskach. Same zdjęcia z kilku cyfrówek to już ok. 200GB. Do tego dochodzą programy nagrane z telewizji i nagrania z kamery, oraz cała masa innych rzeczy. Ciekawe gdzie jest granica pojemności klasycznego dysku twardego?

Na zakończenie - zestawiałem dla klientów macierze o pojemnościach kilkunastu terabajtów. Takie np. Google dysponuje macierzami o pojemnościach wręcz niewyobrażalnych. Świat przyspiesza, a ten biedny twardy dysk nadal ma tą samą konstrukcję. Zmienia się co prawda w szczegółach, ale jest już wąskim gardłem w komputerze. Nie wyrabia z prędkością zapisu i odczytu. Na horyzoncie pojawiły się już dyski SSD, ale jeszcze potrwa zanim zagrożą Prawdziwemu Twardzielowi z talerzami...

czwartek, 1 października 2009

Urodzinowy

Tak, dzisiaj kolejne urodziny. Więc złożę sobie życzenia:

  • Życzę sobie świata bez wojen. Żadnych. Ani religijnych, ani o ropę, ani o kobietę, ani o psa. Życzę sobie spokoju i radości z tego że mogę pojechać gdzie zechcę i nie muszę bać się o siebie. 
  • Życzę sobie świata bez polityki. Żadnej. Aby ci z prawej i lewej, podeszli do tych ze środka i zaproponowali samorozwiązanie wszystkich parlamentów świata i wzięli się do uczciwej roboty. 
  • Życzę sobie świata bez rasizmu. Żadnego. Niech biały przytuli czarnego, czarny żółtego, niech się razem dobrze bawią i szanują. 
  • Życzę sobie świata bez religii. Żadnej. Niech ludzie cenią się i szanują nawzajem, zamiast mordować i prześladować w imię któregoś z Bogów.
  • Życzę sobie świata bez koncernów. Żadnych. Niech człowiek produkuje znowu rzeczy solidne a nie tandetne. Niech piwo odzyska swój smak.
  • Życzę sobie świata bez reklam. Żadnych. Niech człowiek sam decyduje czego potrzebuje, a nie ma to wtłaczane siłą. Niech dobry towar broni się sam. Zły niech zginie.
  • Życzę Wam Wszystkim abyście mogli czytać moje wypociny jeszcze jakiś czas;-)
 

środa, 30 września 2009

Minęło 20 lat...

Wczoraj minęło dwadzieścia lat od śmierci dwóch wspaniałych ludzi - Zdzisława Kamińskiego i Andrzeja Kurka. Tworzyli oni najwspanialszy program popularyzujący naukę jaki w życiu widziałem nie tylko ja - Sondę. Niewiele dzisiaj nadawanych seriali może poszczycić się taką oglądalnością jak ten program. O niewielu tez pamięta się 20 lat po zakończeniu emisji i głośno domaga się jej wznowienia.

Wczoraj postanowiłem obejrzeć jeden z losowo wybranych odcinków Sondy na YouTube - aby wspomnieć obu panów K i ich artyzm w prowadzeniu interesującego programu o technice. Wybór padł na materiał który nakręcili w Japonii, na dwa lata przed swoją śmiercią. Dotyczył  szybkich japońskich kolei - Shinkansen.


Część pierwsza

Rozpocząłem projekcję odcinka i gdzieś po drugiej minucie przypomniałem sobie, że oglądałem go w dniu emisji na żywo. Pamiętałem o czym będzie!!! Tymczasem na ekranie panowie stroili sobie lekko zawoalowane żarty z naszego narodowego przewoźnika! Tak, nabijali się z niego. Po chwili przypomniałem sobie że program ma 22 lata, rzecz dzieje się w schyłkowym PRL,  więc można kpić z czegoś co nie działa prawidłowo. Przecież teraz, po 20 latach transformacji i potężnych inwestycji PKP są wspaniałym przewoźnikiem, na miarę XXI wieku...


Część druga

Oj, coś jednak nie. Chyba przedawkowałem masełko i skleroza zaczyna zbierać żniwo. Przecież odbierałem niedawno teściową z dworca i widziałem na własne oczy tą żenadę narodową - nie chcę tego opisywać a tym bardziej pamiętać. Horror i każdy kto korzystał z usług PKP to wie. Tym bardziej boleśnie ogląda się ten odcinek Sondy - bo Kamiński i Kurek mówią o czymś nadal kompletnie abstrakcyjnym dla nas. DWADZIEŚCIA DWA LATA TEMU !!! Boję się pomyśleć, co będą wspominać goście na Euro 2012, po zapoznaniu się z naszymi wspaniałymi dokonaniami w dziedzinie transportu szynowego.

Sam materiał filmowy - wspaniały. Bez wielokrotnych powtórzeń jak to ma w zwyczaju współczesne Discovery, operator nie ma ataku padaczki i nie miota się z kamerą a lektor mówi spokojnie i starannie, nie szukając sensacji tam gdzie jej nie ma. Dostajemy komplet informacji w idealnie wyważonej porcji. Tego nie potrafi nikt obecnie - nawet Animal Planet - tam mamy sensacyjne odcinki o życiu surykatek, albo wspaniałe akcje Policji dla Zwierząt w Miami. Niewątpliwie potrzebne, ale nie ta forma!


Część trzecia

Łza mi się w oku zakręciła. Tak wspaniali ludzie i tak wspaniała spuścizna - dlaczego cholerna TVP pod wodzą kolejnych prezesów w różnych barwach politycznych nie skorzysta z tego? Jeśli bardzo nie chce - niech pozwoli zdigitalizować wszystkie istniejące odcinki i wypuści je do internetu - w końcu powstały za państwowe, socjalistyczne, a więc nasze pieniądze...

Na zakończenie wspomnieć trzeba o wielkim niedocenionym - Tomaszu Pyciu. Wieloletni współpracownik panów K., po ich śmierci tworzył stronę internetową poświęconą Sondzie i walczył o uwolnienie programu. Zmarł w zeszłym roku, niedługo pierwsza rocznica jego śmierci.

Obejrzyjcie program który podłączyłem, wspomnijcie zespół Sondy i róbcie tak co roku, zamiast zapalać głupie, wirtualne świeczki z apostrofów na forach...

wtorek, 29 września 2009

Wspomnień czar - Konwój

Postanowiłem rozszerzyć serial wspomnieniowy o filmy które kiedyś zrobiły na mnie wrażenie, a nierzadko robią je do dzisiaj:-) Jako pierwszy na warsztat trafia film Sama Peckinpaha z 1978 roku - Konwój (Convoy).



Zapewne wszyscy pamiętają wielkie ciężarówki mknące przez Amerykę Północną, kierowców w podkoszulkach rozmawiających przez CB i piękną Ali MacGraw w kabinie z Krisem Kristoffersonem. Film niesamowicie podbudował ego polskich kierowców ciężarówek, a pamiętać trzeba że pojawił się w czasach kiedy w Polsce truckerzy jeździli Liazami, Starami, Jelczami i z rzadka trafiało się jakieś Volvo. Do tego CB radio było surowo zakazane przez socjalistyczne władze, a komórki jeszcze nie istniały;-). Na takim tle film budził ogromne emocje. W Polsce pojawił się chyba w połowie lat 80-tych, a więc z lekkim poślizgiem. Do kin waliły tłumy. Nie wiem jak reagowały na niego kobiety, ale faceci zawsze lubili czuć moc w kołach, a co jest fajniejszego na świecie od wielkiej ciężarówki? Chyba tylko wielki tankowiec;-) W Polskich realiach, po obejrzeniu Konwoju - chciało się natychmiast zostać kierowcą takiego potwora.




Konwój powstał jako klasyczny film drogi, modny w latach 70-tych XX w. Przedstawia ciężką pracę ludzi odpowiedzialnych za zaopatrzenie nas, maluczkich w niezbędne dobra. Oczywiście nie pokazuje nudy związanej z wielogodzinnym prowadzeniem ciągnika siodłowego po gładkiej jak stół drodze. Temat pozornie niezbyt ciekawy, w filmie został przedstawiony interesująco. Wykorzystano proste chwyty aby zaprezentować ciekawą i uniwersalną historię. Fabuła jest bardzo prosta - krótkie spięcie na drodze z władzą, która czystych rąk nie ma, a do tego sama szuka guza. Kierowcy najpierw zaczynają po prostu świetnie się bawić ucieczką przed odpowiedzialnością, aż odkrywają ilu ich jest. Tutaj już do akcji wkracza telewizja i chwilę potem polityka - bo skoro ich tylu - to pewnie czegoś chcą. Przesłanie Konwoju się nie zestarzało. Nadal ważne jest współdziałanie, solidarność, zaufanie, a politycy nadal chcą się wspiąć po naszych grzbietach do władzy i splendoru.




Film ten ma nieco inną wymowę w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. W USA to przedłużenie etosu kowboja, szlachetnego, niosącego pomoc człowieka, który przemierza na swym wierzchowcu bezkresne amerykańskie prerie. Czasem przy tym współpracuje z innymi kowbojami (oczywiście powinno być westman a nie kowboj, ale amerykańskie westerny zmieniły znaczenie słowa kowboj). No i oczywiście zawsze w słusznej sprawie. Polski odbiorca widział raczej jednostki solidarnie walczące z systemem. Złym, totalitarnym, nie kochającym człowieka systemem.



A co byłoby dzisiaj? Gdyby chcieć ponownie nakręcić ten film w Polce? Niestety - NIE DA SIĘ! Kierowcy zatrudnieni w różnych firmach na etatach - nie są wolnymi strzelcami i posiadaczami ciężarówek jak w oryginale. Auta mają GPS - więc wiadomo gdzie są w danym momencie. Tachografy zapisują dane o pokonanej trasie i czasie pracy. Inspekcja Transportu Drogowego czyha za zakrętem i ukarałaby uczestników konwoju za przekroczenie czasu, przeładowanie naczepy i inne niedoskonałości pojazdów.



Oczywiście zawsze można odepchnąć na bok rozważania pseudointelektualne i po prostu zagłębić się w nurt filmu. Chłonąć z rozdziawionymi ustami sceny z wielkimi ciężarówkami, tak jak robiliśmy to jako dzieci prawie 30 lat temu w kinie. Niestety - dziś Konwój nie budzi w nas już takich emocji, ale nadal daje się z przyjemnością obejrzeć, do czego gorąco zachęcam...

niedziela, 27 września 2009

Moje 33 grosze w temacie płyt

Oczywiście nie chodzi o płyty chodnikowe;-) Przez media przetoczyła się ostatnio poważna dyskusja o tym jak to biednego Kazika wzięli i zgwałcili internauci. On cztery lata nie jadł i nie pił, tylko komponował, darł to co napisał, znowu komponował, rwał włos z głowy, znowu darł i znowu komponował. I wreszcie jest!!! CAŁE 12 CENTYMETRÓW DOSKONAŁOŚCI - NOWA PŁYTA!!! Klękajcie narody - jest gotowa, zaraz będzie w sklepach!!! A tymczasem jakaś mała gnida toto wypuszcza w net. Kazik dostaje piany i dokonuje aktu samospalenia nazywając wszystkich kurwami. Zapomina przy tym że wielu z tych co ściągnęło płytkę - kupiłoby ją zaraz po premierze, albo i w jej dniu. Wiedzą o tym więksi od Kazika artyści - jak np. Radiohead. Część fanów pokazuje Kazikowi wielkiego wała - nie kupimy Twojej płyty bo jesteś zły i niedobry...

Nie piszę jednak tego co wyżej po to żeby dokopać Kazikowi - ani mnie on grzeje ani ziębi. Artysta jak artysta, parę jego kawałków nawet lubię. Napisałem o nim dlatego aby wykazać jak ciekawym dinozaurem jest model dystrybucji muzyki poprzez płyty i koncerny wydawnicze. Co tak naprawdę najbardziej boli koncerny? To że ludzie przestają kupować muzykę na nośnikach typu CD. Od wielu lat istnieje taki uroczy zwyczaj że artysta muzyk przemawia do maluczkich za pomocą płyty. Jest ona zamkniętą doskonałością, gdzie każdy utwór ma swoje miejsce. Tak jest to dzieło opisywane odbiorcom - jako zamknięta całość.

Tymczasem konsument ma w dupie wizję twórcy płyty. On słyszy powiedzmy 11 kawałków, każdy inny, lub podobne w brzmieniu. Trzy, cztery mu się podobają, pozostałe nie. Bo każdy ma prawo do własnego gustu. Koncernom to się nie podoba - masz kupić całą płytę. A ja nie chcę. Wolę mieć te kilka utworów które mi leżą muzycznie. I za te chętnie zapłacę. A w dobie cyfrowych nośników - nie potrzebuję płyty, pudełka, okładki, książeczki - wszystkie informacje o płycie mam w internecie. Apple odkryło to jakieś 10 lat temu uruchamiając iTunes. Zarobiło gigantyczne pieniądze. Wytwórnie współpracujące z nim - też. Mimo to nikt nie wykonał dalszego kroku. Nie powstał większy sklep, skupiający wszystko co człowiek wytworzył w postaci dźwięków, dostępne za kilka centów - dzięki czemu zarabia się na obrocie. Bo cena przeciętnej płyty uznanego wykonawcy, na poziomie 40-50 zł to po prostu zdzierstwo.

Jak działa wielkie wydawnictwo i dlaczego płyta w sklepie jest droga, nawet jeśli od jej wydania minęło 15 lat? To bardzo proste. Wydawnictwo to duża firma. Ma mnóstwo zatrudnionych specjalistów. Każdy z nich zarabia konkretną kasę. Sama zaś płyta artysty - jako przedmiot - jest przezabawnie tania - sam nośnik to nie więcej niż 2 zł. Artysta dostaje w ramach praw określoną kwotę od egzemplarza, resztę pochłania wydawnictwo. Jakie to są pieniądze? Nie wiem. Wiem jednak że pensja pracownika w wysokości 3 tys. zł. to w rzeczywistości koszt dla firmy na poziomie 5 tys. zł. Do tego stanowisko tego pracownika musi być rentowne, czyli musi on wypracować jakiś zysk. Resztę każdy sobie może sam policzyć. W cenie płyty jest wynagrodzenie armii ludzi (dźwiękowcy, graficy, marketingowcy, spece od sprzedaży itd.), mnóstwo podatków (ZUS, podatek dochodowy wszystkich tych osób), oraz zysk wydawnictwa. No i nie zapomnijmy o innych kosztach - najem biura, auta służbowe, komórki, sprzęt biurowy. Przy sprzedaży powiedzmy nawet 50 tys. płyt - ciężko na tym zarobić. I dlatego artyści zarabiają na koncertach. Bo muszą. Czasy zarabiania na płytach odeszły bezpowrotnie. Polscy artyści nie sprzedają już wielkich kilkusettysięcznych nakładów. Pojęcia "złota płyta" i "platynowa płyta" zostały mocno zdewaluowane - polecam artykuł w wikipedi. Czyli trzeba grać koncerty - innego wyjścia nie ma.

Otóż to - płyta plus koncert, oraz opcjonalny skandalik to zespół naczyń połączonych. Wzajemne napędzanie się. Ale na koncercie okazuje się, że zespół nie odgrywa kawałek po kawałku swojej najnowszej płyty - która przecież była SKOŃCZONYM ARCYDZIEŁEM. Grają mix swoich starszych przebojów z nowymi - aby zachęcić do kupna nowej płyty. Zazwyczaj wcale nie grają wielu kiepskich utworów, które były zwykłymi zapchajdziurami na poprzednich płytach.

Jak świetnie widać - płyta jako taka nie jest żadnym dziełem. Malarz malujący miniaturę, albo olbrzymi tryptyk, czy nawet sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej ma wybór co do formatu w którym chce się wyrazić. Muzyk ma 12 centymetrów płyty CD. Każdy. I ma się w tym zmieścić. Nie da się wizji artystycznej, w powtarzalny sposób wciskać na ten sam nośnik. To tak jakby każdy malarz miał do dyspozycji wyłącznie blejtram o wymiarach określonych przez Związek Mecenasów Malarstwa. Bzdura. I dlatego właśnie płyta jest przeżytkiem. Sztywnym ograniczeniem wynikającym z zasady działania dawnych odtwarzaczy dźwięku. Z niczego więcej. Gdyby playery mp3 o pojemności powiedzmy 2GB wyprzedziły gramofon - to jak wyglądałaby dystrybucja muzyki dzisiaj? Gramofon był jednak pierwszy, zaś CD jest tylko rozwinięciem jego idei. Teraz pora na nowe rozwiązania.

W dobie internetu artysta może sam sprzedawać swoją muzykę. Wprost końcowemu odbiorcy. Za rozsądne pieniądze, które końcowy odbiorca bez ruinowania swojego budżetu zapłaci. A artysta dostanie pieniądze bez pośrednika. Odprowadzi należny podatek. Zarobi na swojej twórczości zarówno sprzedając muzykę, jak i grając ją na koncertach. Artysta takiego formatu jak Kazik może to zrobić spokojnie sam. Jest silną marką. Artyści mniejszego kalibru mają do dyspozycji wyspecjalizowane strony internetowe gdzie można kupować muzykę i promować artystów. Wszystko legalnie i wszystko tanio. Więc po co przepłacać za płytę w sklepie z której artysta ma niewiele lub zgoła nic? Dla wydawnictwa. Ono musi sprzedać płytę żeby przetrwać. Inaczej jego racja bytu znika. Przy sprzedaży bezpośredniej staje się zbędne.

Model sprzedaży musi się zmienić. Wielkie koncerny zajmujące się muzyką muszą wypracować model dystrybucji przystający do czasów - albo umrzeć. To samo dotyczy wydawnictw książek - ich też czeka duże zdziwienie, ale to temat na osobną notkę.

piątek, 25 września 2009

Era umie się zachować

To już chyba ostatnia notka o przygodzie pt. "Przenoszenie Numeru z Orange do Ery". Dzisiaj przyszła poczta a w niej rachunek z Ery, rachunek z Orange, korekty z Ery, oraz odpowiedź na reklamację z Ery. Otwieram po kolei:
1. Orange - tym razem prawidłowo zakończyli umowę - czyli nie doliczyli abonamentu za wygaszony już numer - co potrafili zrobić kiedy wygaszałem 2 lata temu inny.
2. Reklamacja z Ery - owszem, nie mogą uwzględnić mojego żądania w wysokości 2x85 zł które musiałem zapłacić Orange, bo rzekomo winnym opóźnienia jest Orange, ale w drodze wyjątku i w trosce o klienta dają mi korekty na dwie faktury w kwocie 2x85 zł. Czyli moje roszczenie jest w pełni zaspokojone. Duże brawa.
3. Korekty zawierają to co powinny;-)
4. Rachunek z Ery informuje o konieczności zapłacenia 85 zł - ale w odpowiedzi na reklamację miałem wyjaśnienie że system nie uwzględnia od razu korekt i żebym się tym nie stresował.

Mój numer 501 od północy 18.09 w pełni jest w Erze. Przychodzą nań wszystkie sms/mms i rozmowy. Siemens ze starą kartą Orange przestał się logować do sieci. Operacja została zakończona. Ponad 10 lat z Orange - zakończone na głównym numerze. Pozostałe dwa numery też spotka egzekucja - jeden do wyłączenia, drugi do przeniesienia...

Muszę naprawdę pochwalić Erę. Początek naszej współpracy nie był udany, błędy w naliczeniu kosztów usług, problemy z odkręceniem i korektami, do tego problem z przeniesieniem numeru. W sumie jako klient miałem prawo dostać piany. Piany podwójnej bo po raz pierwszy korzystałem z usług tego operatora, więc taka wtopa na starcie to nie jest nic fajnego. Na pochwałę zasługują pracownicy BOK - za szybkie i sprawne działanie. Pochwała też dla samego operatora za indywidualne podejście do klienta i wybrnięcie z sytuacji. Może niezbyt szybkie, ale z twarzą. Zobaczymy jak się będzie układać nasza dalsza współpraca...

czwartek, 24 września 2009

Polskie Ghost Town - umiera...

Niestety nie ma już polskiego Ghost Town. Rzecz w USA dość popularna i znana, w Polsce niestety unikalna. Na początku lat 90-tych XXw. Rosjanie opuścili wiele baz na terytorium Polski. Pozostawili całe miasteczka, zazwyczaj były to dzielnice większych miast - jak na przykład Legnica. Czasem jednak małe pipidówki - Borne-Sulinowo, czy właśnie Kłomino.


Nieszczęsne resztki miasta

 To ostatnie miasto (miasteczko) jest bohaterem dzisiejszej notki. Mieści się (właściwie to mieściło) kilkanaście kilometrów od Bornego. Rosjanie zostawili je w 1992 roku na pastwę losu. Polacy nie znaleźli pomysłu na jego zagospodarowanie, mimo że leży tuż obok używanego do tej pory poligonu w Nadarzycach. Miasteczko zostało więc rozszabrowane niemal do zera - wszystkie metalowe elementy wycięto i wyrwano ze ścian. Tylko jeden blok mieszkalny ma niemal komplet szyb w oknach - ale jest na nim wyraźny napis iż to własność prywatna i do tego pilnowana.


Burzenie w toku 

Kłomino powstało w latach 30-tych XXw jako niemieckie miasteczko. Zabudowano je typową dla tamtych czasów  architekturą koszarową. Standardowe pudełka z czterospadowym dachem, przypominające nieco śląskie familoki. Stacjonowały tam oddziały niemieckiej Służby Pracy. Od 1939 roku zorganizowano w Kłominie obóz jeniecki, w którym przetrzymywano niemal 10 tys. polskich żołnierzy i cywilów. W 1940 roku utworzono na terenie Kłomina regularny Oflag (obóz jeniecki dla oficerów). Po 1945 historia zachichotała - czyli Rosjanie urządzili obóz dla jeńców niemieckich. Rosjanie też wybudowali całą infrastrukturę typowo miejską - budynki mieszkalne, koszarowce, świetlice, sklepy, itp. To było ich miasto.


Klatka schodowa rosyjskiego koszarowca 

Nadeszły lata kapitalizmu - jak wspomniałem na początku Kłomino podupadło i właściwie zniknęło. Dojazd na miejsce to niezłe wyzwanie - gdyby nie G1 z Google Maps to miałbym spore problemy. Technika komputerowa to coś cudownego;-) Do miasteczka prowadzi przepiękna droga z granitowej kostki. Idealnie równa. Widać że ułożyły ją ręce doskonałych, precyzyjnych, niemieckich brukarzy i aż dziw że ząb czasu nie nadgryzł. Jest gładka jak stół. Szok po prostu. Przy samym Kłominie niestety kostka ma kilka wyraźnych uszkodzeń, a potem zalana jest popękanym asfaltem.


Wypatroszone wnętrze koszarowca 

A co u celu? Właściwie już nic. Jeśli ktoś planował wyprawę - radzę odpuścić. Kłomina już nie ma. Na koniec września 2009 zostały 4 bloki mieszkalne i jeden poniemiecki koszarowiec. Resztę już zburzono. Tylko przy blokach mieszkalnych daje się odczuć magię opuszczonego miasta. Kompletnie zarośnięte alejki, wejścia do klatek zasypane ziemią, zarwane schody, wyrwane wszystko co nadawało się do sprzedania. Mieszkania kompletnie puste i zdewastowane. A mimo to ktoś tam całkiem niedawno mieszkał. Ludzie żyli, kochali się, żenili, wychowywali dzieci, umierali. Dziś pustka i wiatr wiejący jak zawsze. Niesamowite uczucie...


Ja, przed blokiem mieszkalnym 

Trochę liczyłem na coś w stylu ukraińskiej Prypeci, porzuconej po katastrofie czernobylskiej, ale Kłomino to dużo mniejszy kaliber. Chyba muszę skoczyć na Ukrainę...

wtorek, 22 września 2009

Jak tu pięknie...

Zostałem zaproszony na wesele. Termin wrześniowy, loco Świnoujście. W życiu nie byłem tak daleko w Polsce;-) Ponieważ znajomi którzy zapraszali to przesympatyczni ludzie - wręcz nie wypadało odmówić, a że daleko - to trzeba połączyć przyjemne z pożytecznym i przy okazji zaliczyć mały urlop nad Bałtykiem.

Długo się jechało - w sumie coś z dziewięć godzin. Droga jak to w PL - nudna, wąska, kręta, na szczęście unia dała kasę na nowy asfalt. Do wyboru jest wariant południowy - przez Poznań (33zł za Kulczykbahn), lub północny przez Piłę. Wybraliśmy z żoną południowy i już wiemy że wrócimy północnym (a tak, piszę tą notkę jeszcze ze Świnoujścia;-). Dojechać jednak do celu nam się udało. Urokliwy ślub w małym neogotyckim kościółku, potem huczne weselisko i żyli długo i szczęśliwie....


 Przykład ładnej architektury współczesnej

Nadszedł poniedziałek, pora pozwiedzać. Co można obejrzeć w Świnoujściu? Przede wszystkim piękne wille, wybudowane w dawniejszych czasach. W większości odnowione, zadbane, czekają na chętnych wczasowiczów i pensjonariuszy sanatoryjnych - bo jest to też uzdrowisko. Całość obrazu psuje kilka domów wczasowych, zapewne produkcji Ś.P. Funduszu Wczasów Pracowniczych. Koszmarne zjawiska architektoniczne, do tego pomalowane w kolory absolutnie niedobrane do bryły i otoczenia. Gwałt na moim poczuciu smaku i harmonii. Biorąc pod uwagę ilość tych "dzieł" - jest to gwałt zbiorowy... Na szczęście w dzielnicy nadmorskiej powstają apartamentowce cudnie wkomponowane w otoczenie, o starannie zaprojektowanych elewacjach. Miło popatrzeć.


Koszmarek z dawnych lat

Dla osób lubiących doznania ekstremalne - bazar dla gości z Niemiec. Absolutna masakra;-) Krasnoludki i inna zwierzyna (krety, psy, koty...), oraz holenderskie wiatraki - wszystko do przyozdobienia ogródka. Do tego ubrania, jakich Polak raczej by nie założył. Jedzenie, papierosy, muzyka, filmy - folklor nieziemski. Co ciekawe - Polacy na ten bazar nie chodzą - widać to wyraźnie, bo idąc przezeń byliśmy zachęcani do zakupów wyłącznie po niemiecku.


Widok z wieży kościoła, tuż przy morzu nowe 
budynki apartamentowe (te z pierwszej fotki;-)

Aby zrównoważyć szok - pora wyskoczyć kilkadziesiąt metrów w górę - wchodzimy na wieżę kościoła garnizonowego. Styl neogotycki, kościół po wojnie rozebrano, a wieżę stosunkowo niedawno odrestaurowano i udostępniono zwiedzającym. Trochę razi z daleka brakiem zwieńczenia, ale widoki wspaniałe. Wyraźnie widać że całe Świnoujście to zieleń i zieleń... Drugim punktem widokowym jest najwyższa w Europie latarnia morska. Wystarczy wdrapać się po 300 stopniach i można popatrzeć na świat z wysoka (68m). Na oba punkty radzę zabrać jakieś wdzianko - wieje dość mocno.


Świnoujska latarnia 

Dla miłośników militariów i fortyfikacji - Fort Zachodni, Fort Anioła i Fort Wschodni. Oddane do zwiedzania stosunkowo niedawno, przyciągają rozmiarami i ciekawą architekturą. W Forcie Zachodnim funkcjonuje też smaczna restauracja - warto zajrzeć.


Cieśnina Świna - widok z latarni

Niewątpliwą atrakcją jest też prom, przewożący mieszkańców i turystów przez Świnę. Mieszkańcy od lat marzą o stałej przeprawie, ale biorąc pod uwagę typowo polską prędkość działania - to Świnoujście się prędko nie doczeka. Bo nie ma pieniędzy. I nieważne że państwo co roku wykłada około 20 milionów złotych na bieżącą eksploatację promów. Obstawiam że prędzej powstanie Muzeum Starań o Most lub Tunel, niż rzeczywista budowla. I jeszcze konserwator zabytków ten niewybudowany obiekt obejmie opieką konserwatorską - bo starania trwają od 1946 roku, kiedy to kra zniszczyła ostatni most nad Świną...

Dużo w Świnoujściu jest kostki brukowej. Tej prawdziwej, granitowej, a nie betonowego badziewia. Widać po niej upływ czasu, ale jest zasadniczo równa. Ulice czyste, ruch kołowy płynny i dobrze zorganizowany. Jeździ się z przyjemnością. Nie wiem jak w sezonie, kiedy to stonka turystyczna opanowuje miasto - ja zawsze morze widzę po sezonie;-) Zresztą sezon to tylko 2-3 miesiące, więc można się przemęczyć i zarobić na turystach;-) Świnoujście na szczęście nie jest miasteczkiem umierającym we wrześniu - jak wiele nadmorskich miejscowości. Restauracje działają, pokoje można wynająć, miasto żyje również poza sezonem.

Świnoujście to bardzo ładny kawałek Polski. Wart odwiedzin i zwiedzania. Ja osobiście polecam zdecydowanie poza sezonem;-)

czwartek, 17 września 2009

Przeniesienie numeru - chyba finał

Zaczęło się dzisiaj nad ranem. Nie można się do mnie dodzwonić. Postanowiłem więc przetestować rozmaite kombinacje. Użyłem trzech telefonów:
- G1 z kartą Ery i numerem tymczasowym zaczynającym się od 795 który to miał umrzeć i zostać zastąpiony docelowym 501
- Siemens M75 z kartą Orange i numerem 501, kóry miał być przeniesiony do Ery
- Nokia E51 z kartą Orange i numerem 502, która to jest służbowa i służyła do testowania.

Nie wiem o której rozpoczęli procedurę przeniesienia, ale o 9 rano wyglądało to tak:
- dzwoniąc z Nokii na 501 - dodzwaniam się na Siemensa (501)
- dzwoniąc z Nokii na 795 - krótki, przerywany sygnał.
- dzwoniąc z Siemensa na Nokię (502) - dodzwaniam się i identyfikuję jako 501
- dzwoniąc z Siemensa na G1 (795)- krótki, przerywany sygnał
- dzwoniąc z G1 na Siemensa (501) - pani mówi że nie ma takiego numeru
- dzwoniąc z G1 na Nokię (502) - identyfikacja jako 501

Teraz pora na sms - tutaj jeszcze zabawniej:
- sms z Siemensa (501) na 501 - wrócił do Siemensa
- sms z Siemensa (501) na Nokię (502) - dociera do Nokii jako 501
- sms z G1 (795) na Siemensa (501) - dociera do G1, mimo że dodzwonić się nań nie można

Dalsze testy SMS sobie darowałem, bo zacząłem się gubić. Dwa telefony, z obu można normalnie dzwonić, oba identyfikują się tym samym numerem, na jeden można się dodzwonić, drugi żyje sam dla siebie. Era zeznaje że numer co go przenieśli i przypisali do karty SIM którą wydali prawie 4 miesiące temu - nie istnieje. Zobaczę jak się sytuacja będzie rozwijała w ciągu dnia, wówczas uzupełnię notkę dopiskiem.

Żeby zaś oddać pełnię dowcipu - moja umowa z Orange kończy się wraz z okresem rozliczeniowym - czyli 18.09 o północy. Dzisiaj jest 17.09 - czyli obaj operatorzy pozbawili mnie możliwości dwustronnej komunikacji. Chyba złożę reklamację...

Aktualizacja na godzinę 10:10 

Na www Ery wpisując numer 501 uzyskuję informację że numer jest w Erze. Na www Orange - info że numer należy do Ery. Dzwoniąc na numer 501 - nadal dodzwaniam się do Orange. Ciekawe jak długo to potrwa?

Aktualizacja na godzinę 11:30

Jes, jes jes (jak mawiał pewien premier;-) !!! Era dała radę - można się już dodzwonić, ale sms nadal trafiają do czarnej dziury telekomunikacyjnej...

Aktualizacja na godzinę 13:10

Sukces - pierwszy sms z Play dzielnie przedarł się na zmigrowany numer. Sms wysłane z innych sieci nadal są w drodze, za to te z Ery dochodzą już bez problemu. Nadal też mogę zalogować się na stronę Orange i zobaczyć ile to minut mi pozostało do wykorzystania. Strona i-boa Ery właśnie leży, więc nie mogę sprawdzić z jakim numerem mnie tam wpuści.No i Era przysłała mi sms że mam nowy login do ichniego serwisu WLAN - loginem jest mój przeniesiony numer z Orange, a nie tymczasowy Ery. Brawo.

Aktualizacja na godzinę 15:30

Zalogowałem się do i-boa Ery. Już z przeniesionym numerem, numer tymczasowy Era zdeaktywowała wszędzie. Nadal mogę zalogować się do systemu Orange;-) Co ciekawe - sms z Ery i Play poprawnie docierają na zmigrowany numer, zaś z innych sieci, w tym zagranicznych - na starą kartę, która nadal jest aktywna w Orange. Jest ciekawie...

Aktualizacja na godzinę 20:00

Sms-y z  Orange i sieci zagranicznych nadal lądują na simie Orange - ciągle jest aktywny. Sms-y z Ery i Play dochodzą już na nowego sima Ery. Nadal mogę dzwonić z Orange identyfikując się tym samym numerem co w Erze. Cuda na kiju...

 Dzień następny - aktualizacja na godzinę 8:00

Sms-y z Orange dochodzą już na kartę Ery. Sukces. Nadal jednak mogę dzwonić z sima Orange - identyfikując się nadal numerem który do Orange już nie należy. Dzieje się tak zapewne dlatego iż umowa w Orange wygasa dopiero dzisiaj o północy. Chyba to ostatni już dopisek w sprawie przeniesienia numeru. Boję się podsumować dokonania obu operatorów i ich rozkład w czasie. Trzy i pół miesiąca...

środa, 16 września 2009

Wspomnień czar - Worms

Kolejny odcinek cyklu o starych grach z Amigi. Na tapetę weźmy dzisiaj Worms w "wersji reżyserskiej" czyli Directors Cut. To chyba najfajniejsza i najbardziej grywalna wersja tej gry. Wyposażono ją w bardzo szeroki wachlarz ustawień zachowań broni i robaków. Ale od początku...



Worms to gra która podbiła świat. Robaki stworzyła firma Team 17 i pierwsza ich odsłona pojawiła się w 1994 roku. Gra ukazała się w wielu wersjach, na chyba każdy system operacyjny. Wydano ją również na konsole Sony, XBox, a nawet iPhone. Twórcy Worms stworzyli też wersję 3D, ale nie odnosiła ona takich sukcesów jak klasyczna 2D, co zresztą widać po stosunku ilości wersji 2D i 3D. Klasyka obroniła się wyśmienicie;-)



O co w tym chodzi? Mamy drużynę robaczków, uzbrojonych po zęby. Mamy drużynę (lub więcej) przeciwników. Mamy wiatr w oczy lub w plecy, księżycowy krajobraz i proste pozornie zadanie - przeżyć i wyeliminować przeciwnika. Rozgrywka odbywa się turami, naprzemiennie. Do dyspozycji mamy bazooke, granaty zwykłe i rozpryskowe, shotguna, ciosy karate, miny, dynamit, nalot dywanowy i kilka innych przyjemnych narzędzi. Co jakiś czas pojawia się zrzut medyczny, albo bojowy. W tym drugim można znaleźć takie dziwaczne bronie jak bomba bananowa, stara wybuchająca kobieta, szalony gołąb i owca. Rozgrywka jest naprawdę fascynująca, przy jednym komputerze mogą grać maksymalnie cztery osoby - co w czasach raczkującego w Polsce internetu było bardzo wygodne;-)

Wersja Directors Cut daje bardzo duże pole do manewru jeśli chodzi o konfigurację gry. Mamy wpływ na każdą broń. Możemy regulować jej siłę, można zastrzec która broń dostępna jest od jakiego momentu pojedynku, ustalić ilość amunicji. Regulujemy też potęgę intelektu przeciwników obsługiwanych przez komputer.

W dzisiejszych czasach gra nie rzuca na kolana grafiką, ale kiedy sie ukazała po raz pierwszy - Windows 95 dopiero szykował się do trafienia na półki w sklepach, a najszybszym procesorem w PC było Pentium 75MHz. No i nie było monitorów LCD;-) Amiga już wtedy oferowała prawdziwy system operacyjny i wyśmienite gry. Które zresztą później portowano na Windows. Tak jak właśnie Worms. Robaczki w wersji Amigowej są zupełnie miniaturowe, ale fantastycznie zanimowane. Wersja windowsowa jest bardziej cukierkowa, wersja zaś 3D aż  ocieka lukrem. Podobnie jak w przypadku Lemmings o którym pisałem poprzednio - zdecydowanie wolę tą prostą wersję z Amigi. Najbardziej niewiarygodny jest fakt że cała gra mieściła się na trzech dyskietkach 880kB. Tak - osiemset osiemdziesiąt kilobajtów - inaczej mówiąc - mniej niż trzy megabajty! Dzisiaj prawie dałoby się przesłać ją w kilku MMS...



Na zakończenie filmik z wersji chyba na Sony PlayStation - bowiem PS jako pierwsze dysponowało czytnikiem CD, dzięki czemu do gier można było dołączyć takie miłe i zabawne przerywniki. Życzę wszystkim miłego grania w klasyka...

poniedziałek, 14 września 2009

Antena do CB w Renault Clio

Otrzymałem Renault Clio jako auto służbowe kilka miesięcy temu. Jako człowiek przyzwyczajony do jazdy z CB czułem się trochę źle bez niego, ale nie mogłem się zmobilizować do montażu;-) Dzisiaj jednak zebrałem się w sobie i zaatakowałem sprawę z flanki. Kupiłem niezbędne utensylia, przygotowałem kilka narzędzi, umyłem rączki i do dzieła.

Antena magnesowa przegrała w przedbiegach - zbyt łatwo ja ukraść, a każdorazowe stawianie jej na dachu przed podróżą mnie nie podnieca. Ponieważ auto nowe, więc zasadniczo odpadało wykonanie odwiertu w nadwoziu. W ostateczności wywierciłbym dziurę, ale w Clio nie bardzo jest gdzie. Z braku relingów odpadło też mocowanie do nich. Jedynym sposobem okazał się montaż do tylnej klapy. Miejsce jest wręcz stworzone do tego celu:

 
Czego użyłem? Anteny Sirio Omega 27, oraz uchwytu Alan SPS ze stali nierdzewnej (INOX). Antena niedroga, bo około 105 zł, za to uchwyt kosztowniejszy - połowa ceny anteny. Warto go kupić ze względu na duży zakres regulacji kąta w różnych płaszczyznach. Poniżej fotka zestawu montażowego:


Montaż banalny - za pomocą spirytusu wycieramy krawędź klapy bagażnika i naklejamy gąbkę dostarczoną wraz z uchwytem. Wkręcamy delikatnie cztery śrubki mocujące uchwyt. Zakładamy go na krawędź klapy i dokręcamy śruby mocno, ale z wyczuciem. Ich zadaniem jest trzymać uchwyt i naruszyć lakier tak aby zapewnić kontakt elektryczny. Dlatego jak ktoś ma jakieś obawy o korozję - wziąć małą tubkę silikonu i posmarować śrubki po ich wkręceniu, tak aby pokryć ich gwint i lakier klapy. Teraz mocujemy główkę anteny do uchwytu - klucz nr 16. Kluczem nr 10 regulujemy kąt uchwytu. Przykręcamy antenę do główki (tzw. dzwonek) - Sirio którą kupiłem ma zamiast motylka taką fajną śrubkę z dwoma otworami. Trochę to utrudnia złodziejom życie. Pozostaje powlec kabel przez auto, co zawsze jest czynnością mało przyjemną.


Gotową i zamontowaną antenę widać na fotce. Miejsce montażu jest idealne - po dobrym ustawieniu anteny nie wali ona w dach przy otwieraniu bagażnika - z małym zastrzeżeniem - moja Sirio ma niecały metr wysokości i jest dość sztywna. Typowe długie druciaki są bardziej elastyczne i może być z nimi problem - dlatego radzę się dobrze zastanowić przed kupnem. Innego miejsca do wygodnego zamontowania anteny w Clio nie znalazłem. No chyba że ktoś ma ochotę wydać sporo więcej na antenę zintegrowaną i wstawić ją w miejsce tej od radia.


Na zakończenie przypomnę tylko że po zainstalowaniu nowej anteny należy się udać do człowieka dysponującego tzw. SWR-miarką na zestrojenie anteny z radiem. Zaniedbanie tej prostej czynności skutkuje następującymi konsekwencjami:
- siejemy w eterze skrośnymi (zakłócanie innych kanałów)
- nasza transmisja jest zniekształcona, skutkiem brak odpowiedzi innych, bo nikt nic nie rozumie
- w skrajnym przypadku możemy spalić sobie końcówkę mocy w radiu.

A teraz życzę wszystkim mobilkom szerokiej drogi i proszę o nie przeklinanie w eterze, oraz o wzajemną uprzejmość na drodze...

niedziela, 13 września 2009

Wspomnień czar - Lemmingi

Jak wspominałem niedawno - córka moja osobista wygrała Sony PSP w jednym z konkursów. Kupiłem jej NFS i obiecałem Lemmingi. Poczta dostarczyła je trzy dni temu i przypomniały mi się czasy mojego komputerowego "dzieciństwa". Wspomniałem moje piękne Amigi, na których Lemmingi po prostu śmigały. Port tej gry na PSP nie jest zły, gra się całkiem miło, tylko jest to zbyt ładne. Brakuje tych cudnych kilkupixelowych postaci, zasuwających po ekranie. Hmmm, co zrobić aby zagrać w oryginał? A od czego jest internet? ;-)



Od wielu lat dostępny jest emulator Amigi - WinUAE (są też porty na inne systemy). Istniał już w czasach kiedy pecety nie były w stanie w pełni emulować Amigi (zbyt mała moc), ale teraz radzi sobie świetnie. Do działania wymaga zawartości czegoś co pececiarz nazwałby BIOS'em Amigi, a w rzeczywistości była to część systemu operacyjnego - kość o nazwie Kickstart. Generalnie zawartość tego chipa jest nadal chroniona prawem. Tylko posiadacze Amigi mogli w pełni legalnie korzystać z jej emulatora. Na szczęście mam jeszcze Amigę na szafie;-) Oczywiście znalezienie w internecie elektronicznej zawartości kickstartu jest banalne. Najlepiej szukać całego packa - bo było kilka różnych wersji, w zależności od modelu Amigi. Można też znaleźć paczkę z WinUAE, z dodanymi chipami, grami i systemem operacyjnym. Instalacja, wybranie profilu konkretnej Amigi, wskazanie z jakiej dyskietki (w postaci tzw. obrazu dysku) ma się odpalić i już - mamy stację gier;-) Pięknych, grywalnych, wciągających gier. Konfiguracja WinUAE wymaga znajomości systemu Amigi, ale w zestawach są gotowe profile do wgrania, dla osób nie mających pojęcia o tym komputerze. Jeśli będzie zapotrzebowanie społeczne - mogę zrobić tutorial konfiguracji WinUAE...



Dzisiaj postanowiłem opowiedzieć w kilku notkach o grach, które porywały lata temu mą dusze na długie godziny. Na pierwszy ogień zapowiedziane w tytule Lemmingi.


Amiga była pierwszym komputerem który trafił pod strzechy i wyposażony był w specjalizowane chipsety do obróbki obrazu i dźwięku. Dzięki temu okazał się wyśmienitą maszyną do gier, a programiści chętnie nań tworzyli. Lemmingi ukazały się na początku lat 90-tych XXw. Cel gry jest prosty - doprowadzić stworzonka do portalu wyjściowego, pokonując rozmaite przeszkody i pamiętając że nasi podopieczni są dość ograniczeni umysłowo;-) Za pomocą serii różnych umiejętności - wyznaczamy leminga do wykonania konkretnego zadania. Są to np. kopanie pionowo, poziomo, lub ukośnie w dół. Dzięki temu tworzymy drogę dla pozostałych.



I to właściwie wszystko co o grze powiedzieć się da. Cała jej siła kryje się w tej właśnie pozornej prostocie. Jest to bowiem momentami potworna łamigłówka - jak przeprowadzić 10 żywych lemingów do celu, dysponując bardzo ograniczonymi możliwościami, a do tego te głupie zwierzaki rozłażą się gdzie się da? ;-) Gra świetnie uczyła logicznego myślenia i przewidywania wydarzeń. Solidna, dobrze zrobiona i wymagająca główkowania aż parowało z czupryny.



Firma która ją wydała - DMA Design, nie spodziewała się że gra osiągnie taką popularność. Wydano ją na wszystkie ówczesne platformy (Macintosh, IBM PC, Amiga), wyszła też wersja pod Windows, a w 2005 roku na Sony PSP. Pojawiały się rozmaite mutacje gry wydawane przez jej twórców (np. wersja ze św. Mikołajami, czyli lemingi w czerwonych czapeczkach), jak i przez fanów (wersja na systemy linuxowe z pingwinami zamiast lemingów). Podobnie jak inną klasyczną grę z Amigi - Worms, próbowano wydać wersję 3D, ale nie odniosła ona aż takiego sukcesu jak stara, dobra 2D. Do dzisiaj istnieje w necie strona fanów Lemmings Universe, a na niej wszystkie chyba informacje o zielonowłosych stworzonkach;-) Polecam...