Poszukaj w Google...

środa, 2 lipca 2014

Planowe postarzanie produktów

Jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu o spisku żarówkowym to serdecznie polecam. Najlepiej zrobić teraz przerwę, obejrzeć go i wrócić do lektury tej notki. Pokażę bowiem przykład takiego działania, wraz z opisem jak się nie dać wydymać. Wydymać, bo inne słowo nie pasuje. 

Ci co mnie znają wiedzą że lubię auta francuskie. Są solidne, trwałe i niezawodne - ale tylko tam gdzie to istotne ze względu na bezpieczeństwo. Tam gdzie można sobie zaoszczędzić - tam francuska motoryzacja wyje i piszczy (bez względu na markę konkretną). Aktualnie ujeżdżam Citroena C4 Grand Picasso, pisałem zresztą na blogu o nim kilka miesięcy temu, kiedy raczyła się popsuć klamka tylnej klapy. Myślałem że temat został przeze mnie definitywnie zamknięty, ale byłem w błędzie. 


Jechałem do klienta i miałem w ręku pewne rzeczy, które chciałem do bagażnika schować. Zazwyczaj są to przedmioty wrażliwe na ciecze, stąd nieco mi się spieszyło. Jakież było moje zdziwienie kiedy w ręku została mi cała listwa ozdobna. Po prostu z cichym trzaskiem pękło sześć mocowań śrub które toto trzymają i dwie spinki. Ot tak sobie, przy lekkim pociągnięciu do góry, co robiłem do tej pory tysiące razy otwierając bagażnik. No pięknie...




Tak jak widać na fotkach - jakiś kompletny bęcwał zaprojektował "wsporniczki" na których osadzone są śruby, z minimalnym punktem styku. Element wykonany jest z ABS które jest dość kruche. Wystarczyło by zrobić te wsporniki nieco grubsze, bardziej masywne z większą powierzchnią kontaktu i problemu by nie było. Z tego co wiem - nie jestem pierwszy, ani jedyny, któremu listwa owa została w rękach. Teraz będzie najlepsze. Usiądźcie wygodnie, oprzyjcie się, bo pod kolejnym zdjęciem  znajdziecie ceny.


Gotowi? Nowa listwa, tak samo kiepsko wykonana, kosztuje 514 zł brutto i jest elementem do lakierowania! Jako że to plastik - wymaga specjalnego podkładu i dorobienia koloru. W sumie najmarniej ze 250 zł za malowanie tego kawałka. Suma robi się imponująca. Dla porównania - dwa resory do Żuka z tulejami i strzemionami kosztują 414 zł i ważą tyle co grzechy młodości - czuć w reku kawał stalowego mela. Jak można kurwa żądać za plasticzek, fabrycznie spierdolony takich pieniędzy?!?!


Nie byłbym sobą gdybym im zapłacił. Naprawdę nudzi mnie poprawianie fabryki i to że ciągle muszę to robić. Nie ma jednak wyjścia, trzeba naprawić. Pierwsza koncepcja to mata szklana i żywica epoksydowa. Wiem o jednym C4 z takim rozwiązaniem i wiem że się sprawdziło. Porozmawiałem jednak z moim mechanikiem, który własnie kleił tak listwę i zeznał że to bardzo upierdliwa i czasochłonna robota. Pojawiła się więc koncepcja z klejem do szyb. Za 39 zł w sumie kupiłem klej Wurth i specjalny podkład który go aktywuje i poprawia przyczepność. 


Najpierw starannie wodą z mydłem, za pomocą pędzelka umyłem całą listwę od środka. Po wysuszeniu - odtłuściłem benzyną ekstrakcyjną. Później delikatnie za pomocą lutownicy zamocowałem wyrwane wsporniki na miejscach - tak aby się trzymały na chwilę. Następnie specjalny ów podkład i jakieś 10 minut czekania. Na koniec klej do szyb. Wyciskałem go z tuby i szeroko nanosiłem aby solidnie zamocować owe wsporniki na jak największej powierzchni. Na koniec zaś uważnie obejrzałem klamkę z elektroswitchem i odkryłem że ona dlatego luźno lata, bo dawno temu pękły jej ograniczniki przy osi obrotu. Jako że klej do szyb jest odrobinę elastyczny, a "obrót" klamki to raptem może jeden stopień - za pomocą kleju pacnąłem dwie kropki przy klamce. Nie powinna już latać na wszystkie strony.


Na koniec rękawiczka chirurgiczna i pracowita palcóweczka aby ładnie klej wyglądał. Czas wiązania to kilka godzin, potem nie ma siły która była by w stanie oderwać jedno od drugiego;-) Mam nadzieję że ta metoda okaże się długotrwale skuteczna i przyda się jeszcze komuś kto chce naprawić urwaną listwę w swoim C4...

piątek, 27 czerwca 2014

Fort du Hackenberg

O zwiedzeniu Linii Maginota marzyłem od dawna. Pierwsza szansa pojawiła się jakieś 7 lat temu, ale z racji ulewnego totalnie deszczu - przepadła. Druga nadarzyła się dopiero teraz, podczas wizyty w Thionville we Francji. Dla tych którzy nie wiedzą - Francuzi wybudowali linię umocnień i fortyfikacji, będącą najpotężniejszym tak spójnym systemem bojowym na świecie. Nie wiedzieli wtedy jeszcze że była to dopiero pierwsza wojna, ale faktem jest że stracili na niej ogromną liczbę mężczyzn. Zbudowali więc linię aby zmniejszyć dysproporcje sił z wojowniczym, niemieckim sąsiadem. Francuzów było bowiem tylko 39 milionów, a Niemców 70. Dobrze zbudowane umocnienia pozwalały niewielkiej armii skutecznie odpierać i wiązać walką siły wielokrotnie liczebniejszego przeciwnika, do czasu zorganizowania mobilizacji. 

Ktoś może powiedzieć że to tylko teoria, a linia okazała się wielką przegraną II wojny światowej i niemieckiego rajdu pancernego. Oznaczać to jednak będzie że osobnik taki jest niedouczony;-) Francuzi nie mogli bowiem zbudować linii w pełnej krasie na granicy z Belgią, aby nie zadrażniać stosunków z tym krajem, nie mogli też przewidzieć że Niemcy zastosują Blitzkrieg i zdobędą Belgię bez większego problemu (o cenie 9 milionów ówczesnych franków za kilometr linii nie wspominam). Sama jednak Linia Maginota doskonale sprawdziła się na alpejskim odcinku. Tam Duce Mussolini musiał obejść się smakiem - jego 450 tysięcy doborowych żołnierzy nie było w stanie pokonać ok. 20 tysięcy ukrytych w blokach bojowych Francuzów. Niemcy mimo manewru z wejściem przez Belgię, też nie mieli łatwo i dopiero kapitulacja Francji wyłączyła Linię Maginota z czynnej walki. Po wojnie rola linii była mocno umniejszana i określano ją jako zbędną i niewykorzystaną w pełni. Biorąc pod uwagę że przydała się też Niemcom - wcale taka zbędna nie była;-)

Niedaleko Thionville, w wiosce o nazwie VECKRING (kod pocztowy dla nawigacji - 57920) znajduje się droga dojazdowa do Ouvrage du Hackenberg, czyli Fortu du Hackenberg. Droga jest wąska, jednokierunkowa i kręta. Przed samym fortem znajduje się duży parking, bez kłopotu da się zaparkować. Zwiedzanie dostępne w kilku językach, niestety bez polskiego, nie są też dostępne audiodeskryptory (przynajmniej w 2014 roku). Jeśli więc nie władacie francuskim/angielskim/niemieckim - będzie dużo trudniej. 

Link do strony fortu - http://maginot-hackenberg.com/. Są na niej informacje o cenach i terminach zwiedzania.


Samo zwiedzanie wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze trzeba przybyć na miejsce około 14:00 (w sezonie letnim) i przygotować 10 Euro i ciepły polar. W środku panuje stała temperatura około 12 st. C i jest dość wilgotno. Nie są potrzebne latarki, ale jeśli ktoś chce fotografować (wolno fotografować i filmować bez ograniczeń) to warto zaopatrzyć się w dobrą lampę błyskową. Fotki z komórki szału nie robią - sam fotografowałem Samsungiem Note 3 - efekty widać (nie chciało się lustra targać;-). Można też przyjechać nieco wcześniej i pieszo obejść stanowiska bojowe poszczególnych bloków, ale trasa nie jest zbyt dobrze oznaczona. Warto zabrać ręczną nawigację na taki spacer i przygotować się na ból nóg;-)

Podczas zwiedzania wnętrz najpierw przejdziemy przez różne pomieszczenia użytkowe - szpital, agregatownia, wentylatornia, kuchnia, a następnie można zapoznać się z dużą wystawą broni i wyposażenia żołnierzy wszystkich niemal stron konfliktu. Następnie czeka nas przejażdżka podziemną kolejką, na dystansie ok. 3-4 km. Mocno wieje i bardzo hałasuje;-) Kolejka dowozi nas do bloku bojowego gdzie  wspinamy się po schodach 30 metrów w górę i zapoznajemy się z wyposażeniem taktycznym - jest działająca wysuwana wieża bojowa z haubicą 135 mm! Krótki spacer po powierzchni do drugiego bloku bojowego i powrót tą samą kolejką. Tak wygląda zwiedzanie tego obiektu w pigułce;-)

Fort du Hackenberg jest największym zespołem bojowym w całej Linii Maginota i składa się z 19 bloków. Wszystko to ukryte jest w systemie pagórków (górek) obecnie obficie porośniętych lasem. Zasadniczo nic nie widać z zewnątrz. Wszystkie bloki połączone są podziemnymi korytarzami po których kursuje kolejka elektryczna. Teraz najważniejsza informacja - to wszystko działa i jest w pełni sprawne. Nie zostało zniszczone/wysadzone/przerobione. Linia nadal należy do francuskiej armii i jest udostępniona stowarzyszeniu które oprowadza turystów i dba o utrzymanie obiektów. Niczego nie trzeba sobie wewnątrz wyobrażać - wszystko pokazuje przewodnik i demonstruje działanie. Widać jak wysuwa i obraca się głowica bojowa, działa system wydawania rozkazów, sprawna jest kolejka podziemna.

Sama linia w momencie powstawania była bardzo nowoczesnym obiektem. Miała toalety i prysznice (to nie był standard we francuskich domach wtedy) z bieżącą wodą, elektryczne ogrzewanie, nawet elektryczną obieraczkę do ziemniaków. Prąd pobierany był z zewnętrznej sieci a w momencie przejścia w tryb bojowy - generowały go cztery potężne diesle instalowane normalnie na okrętach podwodnych. Co ciekawe - służba w forcie nie różniła się wiele od tej na okręcie podwodnym - załoga nie widziała słońca przez 4 tygodnie - do kolejnej zmiany. Aby żołnierze nie popadali w depresję - mieli solarium ze specjalnymi lampami. Spanie było rotacyjne - też jak na okręcie podwodnym - czyli jedno łóżko służyło trzem żołnierzom. Zawsze któryś na nim spał. Do tego "wypasu" doliczyć trzeba pełną obsługę medyczną i stomatologiczną. Był nawet aparat Roentgena!

Jednocześnie służbę w Forcie du Hackenberg pełniło 1200 żołnierzy. Każdy z nich dostawał codziennie wyżywienie dobrej jakości (co ciekawe oficerowie płacili za jedzenie), oraz pół litra piwa. Na terenie fortu znajdował się nieduży browar - wydawał on codziennie w sumie 600 litrów piwa. W podziemiach znajdowały się olbrzymie magazyny z zapasami pożywienia, wody, ropy i amunicji. Miały wystarczyć na trzy miesiące walki, bo na tyle obliczono utrzymanie Linii Maginota. Miała ona po prostu wiązać siły przeciwnika i dać czas na mobilizację armii. Podczas walki, kiedy wszystkie bloki bojowe otwierały ogień do wyznaczonych celów - na minutę zużywano cztery tony amunicji! Niesamowity jest ogrom, rozmach i logistyka tego obiektu.

Gorąco polecam osobiste zwiedzenie tych umocnień - robią wrażenie nie mniejsze niż egipskie piramidy. Rozmach i niesamowite wykonanie zapierają po prostu dech w piersiach. A kiedy nasycicie oczy i inne zmysły - niedaleko jest Verdun - miejsce słynnej długiej bitwy z I wojny światowej...

Na zakończenie dzisiejszej notki - zestaw fotek z telefonu;-) Wystarczy kliknąć, a poniżej kilka fotek na zachętę;-)












środa, 11 czerwca 2014

Windows Vista/7/8 i Centrum Sieci i Udostępniania

W starym dobrym XP jeśli dostępna była jakaś sieć bezprzewodowa to internet po prostu działał. Jednak Microsoft lubi pomóc ułomnym userom i zintegrował obsługę sieci z firewallem - konkretnie pozwolił na przypisanie danej sieci do typu - firmowa, domowa lub publiczna. Skutkuje to gustownym Centrum Sieci i Udostępniania, gdzie komputer bada naszą sieć i pyta do jakiej grupy ją przypisać. Jeśli to działa - to wszystko jest ok i mamy internet. Jednak czasem komp się uprze i w nieskończoność TRWA IDENTYFIKOWANIE. Oszaleć można, bo robota czeka, a ten sobie identyfikuje sieć, którą zna i która ma przypisany typ, ale Windows ma akurat swoją wizję świata. 

Kiedy "trwa identyfikowanie" - internet i sieć lokalna nie działają. Czasem pomaga restart kompa, czasem restar karty sieciowej, czasem zaś ipconfig flushdns/release/renew. Czasem zaś nie pomoże nic, samo przechodzi. Reguły nie znalazłem. Za to znalazłem rozwiązanie na skróty, które po prostu ubija ten cholerny system przypisywania typu sieci - trzeba po prostu utłuc usługę która za to odpowiada. 

Klikamy Start (albo naciskamy klawisz Windows) i piszemy:

msconfig

Otworzy się okienko, w którym klikamy zakładkę Usługi, potem sortujemy je alfabetycznie i szukamy:

Usługa listy sieci

Zdejmujemy jej ptaka, komp zażąda restartu, zezwalamy. Po restarcie sieć działa jak w klasycznym XP, bez przypisywania idiotycznych typów i innego barachła. Jest jakieś wifi w zasięgu? To ma działać i już, bez identyfikowania typu sieci. 

Mam nadzieję że byłem pomocny;-)

wtorek, 18 marca 2014

Bareja był prorokiem

Niestety tytuł nie jest żartem. Do tej pory uważałem Stanisława Bareję za genialnego obserwatora rzeczywistości, który cudnie pokazywał absurdy życia codziennego. Ze zdziwieniem odkryłem że był również wizjonerem i zaraz to niedowiarkom udowodnię.

Nie oglądam telewizji bo do obłędu doprowadza mnie jej żenujący poziom. Te wielokrotnie powtarzane fragmenty w filmach na Discovery, uproszczone do granic absurdu programy niby to popularno-naukowe, oraz kompletnie denne programy robiące show z niczego. Ten dramatyzm w ukazywaniu idioty kupującego opuszczoną komórkę, albo wielka rewelacja z cygańskiego wesela, rozpacz dziewczyny z ryjem jak koń i takie tam. Skąd wiem o istnieniu tej sieczki? No czasem niechcący coś bokiem oka załapę, poza tym moja rezygnacja z TV też dłuższą chwilę trwała i widziałem jak powoli programy telewizyjne dobijały do dna. Ostatnio zaś miałem okazję usłyszeć pukanie od spodu...

Pewnego dnia miałem pecha i zobaczyłem na ekranie telewizora polski program, rzekomo rozrywkowy. Dwóch prowadzących, kilkunastu uczestników. Polegał o na na przebraniu się za jakąś gwiazdę z jej teledysku i wykonanie tegoż utworu własnym głosem. Oczy mało mi nie eksplodowały, o uszach nie mówiąc. Koszmar, totalny koszmar. Program totalnie o niczym, dla widza spragnionego byle czego, bez żadnych oczekiwań, byle ekran migotał kolorowo. Rzyg, paw tęczowy, ohyda kosmiczna. Prowadzący (skądinąd nie najgorszy aktor) bredzi smętne żarty, uczestnicy to jakieś mutanty popromienne bez cienia klasy, o głosie i umiejętnościach nie wspominając. To jest XXI wiek telewizji z misją. I oni chcą abonamentu...

I kiedy po kilku minutach udało mi się doprowadzić do wyłączenia tego gwałcącego rozum widowiska - przypomniałem sobie że ja już to kiedyś widziałem. Ktoś przewidział że w telewizji będzie takie gówno i wynalazł je kilkadziesiąt lat temu. Taki właśnie show zrobiony z niczego, lub z czegoś, co się do robienia show nie nadaje. Popatrzcie sami na dwa fragmenty jednego z wiekopomnych dzieł Stanisława Barei - "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?".


Jesli osadzony kod nie zadziała poprawnie to tu jest link bezpośredni:
http://youtu.be/Sw9mcKFLRxw?t=1h1m16s




Jesli osadzony kod nie zadziała poprawnie to tu jest link bezpośredni:
http://youtu.be/Sw9mcKFLRxw?t=1h4m53s


Mamy prześliczny przykład totalnie głupiego teleturnieju. Tak głupiego jak to tylko możliwe. I nie jest to żart z ówczesnego poziomu teleturniejów, czy też ogólnej kondycji telewizji, bo produkcje miały poziom bardzo wysoki, czego przykładem "Wielka Gra", czy tez takie programy jak "Sonda", "Laboratorium", czy też Teatr Telewizji z choćby "Kobrą". Owszem, chłam w stylu Dziennika Telewizyjnego był obecny, ale tutaj wyraźnie mamy kpiny z rozrywkowej części telewizji. Nie wiem dlaczego Bareja zakpił z telewizji w ten sposób, niechcący stał się jednak wieszczem. Wywróżył nam gówno lejące się z telewizora. Niestety...

czwartek, 30 stycznia 2014

Głupia awaria

W moim Citroenie C4 Grand Picasso popsuł się dynks otwierający bagażnik. Naciska się specjalny klawisz, który dotyka mikrowyłącznika, który odryglowuje elektrycznie zamek. No trudno, trzeba naprawić. Niby nic wielkiego, ale jednak problem, bo jest zima i jest zimno i sorry, ale taki mamy klimat. Zaś aby dobrać się do mechanizmu - trzeba ni mniej ni więcej, tylko zdjąć całe poszycie drzwi bagażnika. A tam pełno plastikowych spinek które na mrozie strzelą jak zapałki. 

Moje szczęście że mój mechanik ma ciepły warsztat i miałem możliwość wstawienia maszyny aby się ogrzała. Zatem już po 24h mogłem przystąpić do naprawy. Pierwszy problem to otwarcie bagażnika. Specjalny śrubokręcik, specjalny ruch nim i już - klapa poszła w górę. Zdjęcie poszycia - banał. Prawdziwe problemy zaczęły się przy dostawaniu do włącznika. Trzeba odkręcić sześć śrub mocujących listwę nad tablicą rejestracyjną, wyjąć lampki podświetlenia tejże i delikatnie odpiąć dwa zaczepy plastikowe. Wówczas listwa  zejdzie z klapy i mamy dostęp do "klamki bagażnika". To kawałek plastiku w którym ten element którego dotykamy chcąc otworzyć bagażnik - lata na wszystkie strony. Z konstrukcji jasno wynika że prędzej czy później ta latająca klamka musi uszkodzić mikrostyk, bo tak to jest celowo zaprojektowane. 


Po prawej stronie jest uszkodzony microswitch, a po lewej nowy. Widzicie różnicę? Jest ona w pomarańczowym kapturku z którego wystaje plastikowy pizdryczek. Ma on grubość niewiele większą od szpilki. Latająca luźno klamka - musi go prędzej czy później złamać. Można by powiedzieć - pal to diabli, kosztuje pewnie grosze to się wymieni. Otóż niestety kosztuje to 110 zł w starej wersji i 138 zł w nowej wersji. Do tego ten przeklęty dostęp, wymagający rozbiórki klapy bagażnika. Kto to zaprojektował?



Wiem, trzeba tak projektować żeby się psuło. Ale to mnie naprawdę wkurwia. Tym razem wydałem 110 zeta za stary model tego przełącznika, przerobiłem wtyczkę żeby pasowała. Następnym razem po prostu zrobię to po swojemu - teraz znam już konstrukcję tego barachła i wstawię tam niezniszczalny, pancerny mikrostyk. Nudzi mnie to poprawianie fabryki... Tym bardziej że ostatnio za 110 zł kupiłem całe pudełko części do Żuka - tak, pudełko! A nie jeden wyłącznik...

Tyle lat do otwierania bagażnika służyła klamka, albo przycisk mechaniczny. To teraz jest elektrycznie - co jest bez sensu, bo klapa dalej nie otwiera się sama. Elektryczny zamek ma sens tylko w połączeniu z automatycznym otwieraniem drzwi. O elektrycznym hamulcu ręcznym nie wspominam bo mi się wrzody obudzą...

Tym niemniej drodzy posiadacze C4, C3, Peugeota 307 i innych aut z elektrycznym przyciskiem klapy bagażnika - nie dajcie się naciągnąć. To nie jest po prostu warte nawet 10 zł. Można samodzielnie wymyśleć rozwiązanie. I tym optymistycznym akcentem kończę. 


poniedziałek, 13 stycznia 2014

Prawie koniec...

W tym roku zawieszam tego bloga na kołku. Nie zamykam go, bo może czasem coś będę chciał napisać ogólnego, ale nie liczcie na regularne produkcje. Biorę się za realizację pewnych marzeń i wyzwań. Specjalnie do tego celu odpaliłem nowego bloga, dedykowanego do największego wyzwania na ten rok. Będzie mnie to kosztowało mnóstwo pracy i czasu, ale czuję że będzie to naprawdę wspaniała przygoda - start w Złombolu 2014!

Tutaj - http://lezuk.pl/ znajdziecie informacje o przygotowaniach i planach związanych z taką wyprawą. Zapraszam do obserwacji i komentowania.





środa, 6 listopada 2013

Upierdliwy Facebook

Facebook to zło, ale ponieważ miliony much mają tam swoje konta - to i mnie nie ominęło. Sporo znajomych kontaktuje się ze mną przez to medium, przy czym ja wolę używać chata Facebookowego w postaci wtyczki do Mirandy, niż mieć ciągle otwarte okno Facebooka w przeglądarce. Tym niemniej sporo korzystam z systemu IM w mobilnej wersji Facebooka. Od kilkunastu dni jednak Facebook upierdliwie próbował namówić mnie do zainstalowania osobnej aplikacji Facebook Messenger. Waży toto 11,5MB i ma nędzne opinie, a poza tym na człona mi osobna aplikacja do tego.

Dzisiaj rano przegięli pałę. Przy próbie wejścia do wiadomości od znajomych w aplikacji mobilnej - dostałem komunikat że moje wiadomości zostały przeniesione do Messengera i muszę go zainstalować. No to się zaraz okaże czy muszę! Parę minut zabawy i oto recepta:


  • Wywalić Facebooka z telefonu - całkowicie.
  • Pobrać Facebooka w wersji 3.5 - np. stąd - http://www61.zippyshare.com/v/8068864/file.html
  • Włożyć go na kartę pamięci telefonu
  • W Ustawieniach dopuścić instalację z nieznanych źródeł
  • Managerem plików dowolnym wleźć na kartę tam gdzie wpakowaliśmy pliczek i odpalić go
  • Zatwierdzić instalację
  • Wyłączyć dla bezpieczeństwa prawo instalacji z nieznanych źródeł
  • Odpalić Sklep Play i odszukać w nim zainstalowanego Facebooka (można użyć opcji szukaj) i nacisnąć przycisk Menu i odznaczyć autoaktualizację

I to wszystko. Wiadomości nadal są otwierane w aplikacji Facebook, a nie w dodatkowy, kobylastym i paskudnym Messengerze.

wtorek, 5 listopada 2013

Zdalny pulpit dla profesjonalistów

W życiu liczy się czas. Czas który zaoszczędzimy na niepotrzebnych czynnościach, aby móc go spokojnie wytracić na kanapie, z kontrolerem XBOXa w łapkach, albo z książką, lub tabletem. Albo nawet ordynarnie przespany - to tyko nasz wybór jak uczciwie zmarnować zaoszczędzony uprzednio czas;-) Chcąc oszczędzać czas zużywany na dojazdy do klientów, na szukanie miejsca parkingowego i mniej męczyć auto - postanowiłem znaleźć wygodny soft do zdalnego pulpitu. 

Wielu zakrzyknie - VNC, RDP albo Team Viewer. Odpowiem - spadajcie. Wszystkie są do niczego z kilku powodów. RDP jest najlepszy bo szybki i stworzony przez sam Microsoft, dostępny wprost w systemie. Ma jednak kilka problemów - nie działa w wersjach Home systemów, oraz wymaga wyroutowania portu na zewnątrz, a na deser nie pozwala na podgląd tego co robi user na swojej stacji. A taka funkcjonalność jest przy zdalnej pomocy  i szkoleniach niezbędna - jeden obraz starcza za tysiąc słów. RDP jest wyśmienity do zdalnego zarządzania serwerami, ale nie do typowego helpa dla użytkowników.

Podobna bolączka trawi VNC - trzeba zainstalować serwer i wyroutować port. Upierdliwe, męczące, ale pozwala podglądać pulpit usera. W stale obsługiwanych sieciach zdarzało mi się konfigurować VNC, jednak w przypadku serwisu z doskoku, lub dla maszyny będącej poza siedzibą firmy - nie sprawdzało się. Na koniec Team Viewer - ma dwie główne wady. Jest płatny dla użytku komercyjnego i to słono, a do tego dorocznie. I mimo tego że za niego zapłacimy - jeśli firma upadnie - możemy sobie licencją wytrzeć zad, bo cała transmisja idzie przez serwery Team Viewera.



Uparłem się ze znajdę coś w rozsądnej cenie, a do tego płatne jednorazowo. Przejrzałem wszelkie polecane programy na różnych stronach, w tym nieprzyzwoicie wręcz drogiego LogMeIn. Kupa, kupa i raz jeszcze kupa za sporą kasę. I wreszcie trafiłem na coś, co od lat nazywam "perełką programistyczną", czyli program nieduży objętościowo, robiący dużo dla użytkownika i za rozsądną kasę. Zwycięzcą okazał się brytyjski Simple Help.



Urzekło mnie w nim kilkanaście wręcz opcji i możliwości. Żeby łatwo się czytało - zrobię to w punktach:

  1. Płatność raz, dożywotnio, za kanał. Kanałów kupujemy ile nam potrzeba. Każdy kanał daje jedną sesję zdalnego pulpitu. Jeśli chcemy dokupić kolejny kanał - dopłacamy tylko różnicę w cenie do kolejnego kanału, a nie płacimy ciągle pełnej stawki za pierwszy.
  2. Kupując licencję - dostajemy tak naprawdę pełną instalkę własnego serwera Simple Help. Nawet jeśli firma matka padnie - nasz serwer będzie działać (w ramach ilości zakupionych kanałów), bo instalujemy go na swojej maszynie podpiętej do netu. Jedyne ryzyko to brak możliwości dokupienia kanałów w przypadku bankructwa firmy Simple Help. Jak padnie Team Viewer to nic nam nie zostanie.
  3. Możemy w banalnie prosty sposób wstawić przycisk pobierania Simple Help na swoją stronę internetową i jeszcze to spersonalizować.
  4. Możemy mieć tylko jeden kanał, ale zainstalować konsolę techniczną na niezliczonej ilości komputerów i stworzyć równie niezliczoną liczbę kont techników. Po prostu w danym momencie pracować może tylu ile jest licencji na kanały.
  5. Klient dostępny jest na Windows, Linuxa i OSX.
  6. Można bez problemu zainstalować usługę systemową umożliwiającą podłączenie się do danej maszyny kiedy tylko jest to nam potrzebne. Całość sprowadza się do 3 kliknięć. Dostęp ten może być dodatkowo zabezpieczony hasłem. Dzięki takiemu rozwiązaniu - buduje się automatycznie lista udostępnionych maszyn. Potem wystarczy dwuklik na wybranej, aby się połączyć.
  7. Można bez problemu sprawdzić parametry zdalnej maszyny, za pomocą specjalnego managera wgrać/zgrać wybrane pliki, przejrzeć rejestr systemowy, uruchomione procesy, itp., bez potrzeby wyszukiwania tych informacji w samym zdalnym pulpicie.
  8. Można przesłać zaproszenie do sesji zdalnej pomocy np. emailem.
  9. Wygodny, wbudowany chat przydatny podczas udzielania pomocy.
  10. Konfigurowalne parametry transmisji zdalnego pulpitu, w tym możliwość np. otrzymywania go w odcieniach szarości, z rzadszym odświeżaniem, co poprawia komfort pracy na wolnych łączach.
  11. Skalowalne okienko z podglądem, dzięki czemu nawet jeśli pracujemy na maszynie z mniejszą natywną rozdzielczością niż pulpit maszyny zdalnej - da się wygodnie pracować.
  12. Szeroka możliwość lokalizacji i personalizacji programu i jego strony internetowej.

Te dwanaście punktów nie wyczerpuje wszystkich możliwości programu. Jest ich naprawdę mnóstwo i znacząco upraszczają proces wsparcia dla użytkowników systemów rozmaitych. Ja sam, w mojej firmie, w ciągu niespełna miesiąca zaoszczędziłem ok. 450 zł dzięki użyciu Simple Help. Zamiast jechać - szybko i sprawnie udzieliłem pomocy, jak również przeprowadziłem szkolenia z wdrażanego systemu. Oszczędziłem czas i kasę. Wiem że dzisiejszy wpis brzmi jak laurka dla firmy która stworzyła Simple Help, ale najlepiej samemu się przekonać o jakości tego produktu. I tutaj kolejny szacun dla twórców - na stronie jest w pełni funkcjonalne demo, ograniczone do 30 dni. Działa bez problemu, bez żadnych pułapek. Sprawdźcie sami - a obstawiam że kupicie go bez zrzędzenia. I na koniec ostatnia zaleta - jako że producent jest w UK - mając euroNIP - bez problemu kupujemy program bez płacenia VAT.



poniedziałek, 21 października 2013

Play - czas klienta mamy w dupie...

Od półtora roku prowadzę firmę. Swoją, na własnej piersi hodowaną. Mam telefon w Play, takoż i internet. Na jakość usługi nie narzekam, działa. Firmę niestety musiałem przeprowadzić na nowy adres fizyczny. To całkiem poważne wyzwanie - ilość firm i urzędów które o zmianie powiadomić trzeba - całkiem spora. W przeważającej większości wystarczył mail o treści:

Szanowni Państwo

Z dniem 1.10.2013 siedzibą firmy Auxilo jest:

Al. Stanów Zjednoczonych 51/111A
04-028 Warszawa

Proszę o dokonanie zmian w systemach księgowych. 

I to zaspokajało jakieś 90% zainteresowanych. Dostawałem maile z odpowiedzią - Ok, dzięki za info, zmieniamy. Bo zmieniła się tylko ulica i kod pocztowy. Dwie firmy poprosiły o aktualny wpis do CEiDG. Wystarczyło wysłanie linka leniuszkom - w końcu spis jest online i za darmo, NIP mieli, ale szukać się nie chciało.  Całkowicie nową jakość zaprezentował Play.

Jadąc autem postanowiłem zadzwonić do BOK Play i poprosić o zmianę. W końcu nie takie rzeczy się telefonicznie z nowoczesną firmą, jaką jest operator telekomunikacyjny załatwiało. I tutaj nastąpiło moje totalne zdziwienie. NIE DA SIĘ!!!

Pani odpowiedziała mi że wystarczy ze skoczę do najbliższego salonu z wydrukiem z CEiDG i oni to zmienią. Od ręki nawet. Zapytałem czemu nie może sama na podstawie mojego NIP (który ma w swoim systemie) sprawdzić wpisu w CEiDG? Odpowiedź miażdżąca - nie mają internetu w BOK. Nosz kurwa - XXI wiek i nie można ludziom w BOK dać wjazdu na kilka odfiltrowanych stron? Żeby sprawdzili wpis i dokonali prostej zmiany? Zajęło by to 3 minuty. Mi zajęło to ponad godzinę - najpierw musiałem gdzieś wydrukować ten wpis (akurat w swoim biurze nie byłem) - kolejna zmarnowana kartka białego papieru, a potem pojechać do salonu i odstać swoje w kolejce.

Drogi Play'u - takie działanie to tandeciarstwo i cofanie się w rozwoju. Ja rozumiem że do cesji trzeba się zjawić w salonie, ale tu była tylko debilnie prosta zmiana adresu firmy. Nic poza tym. Zmarnowaliście mój czas zupełnie bez sensu i nic Was nie tłumaczy. Nawet powiedzenie "takie mamy procedury"- bo to znaczy że projektował je jakiś baran po tajnych kompletach i najwyższy czas przejrzeć i zmienić.

Nie będę się odgrażał że pójdę do innego opa, bo reszta jest wcale nie lepsza. Jedyne co mogę zrobić - to napisać to co napisałem i liczyć że przeczyta to jakiś myślący pracownik...

niedziela, 11 sierpnia 2013

Trzy żydowskie sklepiki z obuwiem

W piątek musiałem pokręcić się po mieście, w okolicach Żelaznej. W miejscu gdzie Niemcy urządzili podczas ostatniej wojny getto. Niewiele tam pozostało z dawnej zabudowy, bo po stłumieniu powstania w getcie - zabudowania zostały wyburzone i teren wyrównany z ziemią. Ostały się nieliczne kamienice, które w tamtym czasie stały tuż przy terenach getta. 

Po wojnie odbudowano niektóre budynki, ale przeważa klasyczna powojenna, socjalistyczna zabudowa mieszkaniowa, poprzetykana współczesnymi apartamentowcami. Na parterach budynków rozmaite sklepy, a na piętrach biura lub mieszkania. Spacerując ulicą Ogrodową (krzyżówka dla Żelaznej) wypatrzyłem coś co uwieczniłem na poniższej fotce.


Z pozoru zwyczajna fotka, widać budynek, jakiś sklep papierniczy, zaparkowane auta. Przyjrzycie się jednak dobrze - to nie jest jakiś sklep - to są TRZY sklepy z tym samym! Zupełnie jak w starym, znakomitym dowcipie:

Trzej żydowscy handlarze postanowili otworzyć sklepy z obuwiem. Pech chciał że wszystkie trzy powstały w tej samej kamienicy, jeden przy drugim. Żaden z kupców nie był zadowolony z osiąganych zysków i myślał jak je zwiększyć. Pierwszy na pomysł wpadł ten co miał sklep po lewej. Zamówił duży szyld na witrynę - "Tylko u nas najnowsze wzory paryskie!". Jak zobaczył to ten co miał sklep po prawej - natychmiast zawiesił szyld - "U nas najniższe ceny!". Kiedy pomysły konkurentów dostrzegł ten co miał sklep pośrodku - zawiesił tablicę "GŁÓWNE WEJŚCIE".

Dodatkowa fotka, bo na górnej nie widać napisu
 DRUKI na drzwiach środkowego sklepu.

Nie wiem jak w sklepach ze zdjęcia sprzedają się tak reklamowane druki, ale duch poczucia humoru dawnych mieszkańców tej dzielnicy daje się wyczuć;-) Bardzo mi ta cała sytuacja poprawiła humor w piątkowy poranek. Na zakończenie dodam tylko że kawałek dalej są jeszcze dwa sklepy z drukami;-)

sobota, 20 lipca 2013

Serwis trzybiegowej piasty rowerowej

Jako dziecko namiętnie rozkładałem i serwisowałem swojego składaka. Nauczył mnie tego mój dziadek, który rozwinął moje umiejętności mechaniczne. Składak nie miał dla mnie tajemnic - umiałem zrobić z nim wszystko. Do dzisiaj sam serwisuję swoje rowery, mimo że są bardziej skomplikowane niż stare Wigry 5 na którym się uczyłem. 

Kupiłem dla żony używanego holendra, z 3-biegową przerzutką w piaście. Rower trzeba było rozebrać do zera, rama poszła do malowania proszkowego, a ja musiałem wykonać mycie i smarowanie wszystkich łożysk. To co zobaczyłem w suporcie i sterach było dość straszne - czarny, częściowo zestalony smar. Ciężko się zmywał, a mnie czekała jeszcze piasta przedniego koła. Wcale lepiej tam nie było. Lekkim przerażeniem napawała mnie tylna piasta. Nigdy nie rozbierałem takiej przekładni, nie wiedziałem nawet od której strony to zrobić. W internecie pisali że to delikates konstrukcja i wymaga umiejętności jak do serwisu promów kosmicznych, lub zegarków szwajcarskich. Planowałem nawet oddanie tej piasty do serwisu na taki profi przegląd.

No ale jak to - ja nie dam rady? Poddać się bez walki? Wigry 5 serwisowałem, a i jakieś MiGi-29, czy Su-22 też się zdarzało. Kwalifikacje mam jak drut, trzeba tylko chwycić byka za rogi. No to chwyciłem...

Piastę rozbiera się od strony blokady hamulca. Odkręcamy nakrętkę z kontrą i zdejmujemy dekielek (1). Pod nim siedzi łożysko (2). Następnym elementem jest metalowy pierścień (3). Wykręcamy element (4) i na tym etapie kończymy rozkładanie piasty od tej strony. Wysuwamy piastę z obudowy i odkładamy koło na bok. Ważne aby nie pomylić od której strony wyjęliśmy piastę! Za pomocą klucza płaskiego blokujemy oś od strony zdjętego hamulca i odkręcamy nakrętkę (9), zdejmujemy nypel (10) i podkładkę sprężyny (11) - należy zapamiętać w którą stronę ta podkładka jest zakładana. Sprężyna (12) też zostaje zdjęta


Teraz zsuwamy z osi element z zębatką (14), zdejmujemy z niego dużą sprężynę (15), łożysko (13) i duże łożysko którego nie oznaczyłem numerem, ale ładnie jest widoczne na zdjęciu. Pozostaje nam w ręku oś z obudową przekładni. Za pomocą płaskiego wkrętaka zdejmujemy pierścień Segera (5) i podkładkę z pod niego (6). Po ich zdjęciu - możemy z przekładni wyjąć element (7). Ostatnim etapem jest wypchnięcie rygielka (16) za pomocą małego szpikulca. Trzeba odpowiednio ustawić obudowę przekładni (17) na osi (18), tak aby rygielek dało się wypchnąć. 

Cała przekładnia jest już nagusieńka i marzy o kąpieli w benzynie ekstrakcyjnej. Nie żałujemy czasu, pędzla i benzyny. Umyte starannie elementy suszymy i składamy po kolei, smarując je zwykłym smarem do łożysk tocznych, dostępnym w każdej Castoramie za kilka złotych za kilogram. Szkoda kasy na wynalazki - polski ŁT-43 jest znakomitym smarem.

Specjalnie dla tych co lubią popatrzeć jak to się robi - przygotowałem film. Nie pokazuje on jak się piastę wyciąga z obudowy - to musicie wywnioskować z opisu, ale widać jak składa się ją w całość i rozkłada ponownie. Piasta jest czysta, ale nie nasmarowana jeszcze.


Na koniec kilka uwag:
  1. Skręcając piastę - nakrętkę (9) dokręcamy do końca gwintu, regulacji luzu łożyskowego całej piasty dokonamy nakrętką od strony hamulca.
  2. Pilnujemy się aby nie włożyć piasty odwrotnie w obudowę. Nie będzie działać.
  3. Smar nakładamy z wyczuciem, nie ładujemy go do pełna
  4. Wszystko robimy na swoją odpowiedzialność. Ja nie odpowiadam za Wasze błędy, lub fakt że macie inną piastę.
Miłej zabawy.


czwartek, 18 lipca 2013

Przewożenie ulocka na rowerze.

Lubię swój rower i chcę go mieć. W społeczeństwie mamy jednak sporo osób żyjących z owoców cudzej pracy. Dlatego trzeba inwestować w solidne rozwiązania antykradzieżowe. Z oczywistych względów nie przypinam roweru żadną linką, jej przecięcie to kilka sekund. Kiedyś używałem pancernego łańcucha rowerowego, ale miał on zasadniczą wadę - brzęczał podczas jazdy. Irytowało mnie to bardzo, aczkolwiek łańcuch wyśmienicie spełniał swoją rolę - rower mam nadal ten sam.

Dokonałem w tym sezonie zakupu ulocka. Pancerny wyrób z pręta o przekroju kwadratu, praktycznie nie do przecięcia w warunkach polowych. Wszystko super, ale nie ma gdzie tego ulocka wozić. Kombinowałem na różne sposoby, najlepszym okazało się wożenie go w sakwie.  Jednak nie zawsze chcę jechać z sakwą, poza tym czasem potrzebuję miejsca które ulock w niej zajmował. 

Jako osobnik techniczny obejrzałem starannie rower i zacząłem móżdżyć. Koncepcja pojawiła się po kilku minutach. Szybka wycieczka do sklepu z metalowymi kształtownikami - tam za 3,60 zł kupiłem dwa kawałki aluminiowego ceownika. Następnie wycinanie i dopasowanie kształtu, oraz poszukiwania spawacza któren umie aluminium spawać i zrobi mi to od ręki. Tu już nie było tak różowo.



Znalezienie spawacza aluminium któremu się chce, nie ma terminów na "za 3 miesiące" i nie zedrze skóry - prostym nie jest. Znalazłem przypadkiem jadąc zawieźć ramę od innego roweru do malowania. I pan mi pospawał tak jak sobie wymarzyłem - za 40 zł (są tacy co za spawanie rurki potrafią zawołać 100 zł). Ulock ma swoje miejsce w rowerze, skąd nie wypadnie. Prowadnice wykleiłem miękką częścią rzepa dzięki czemu wchodzi ciasno i nie brzęczy. Opaska z klamrą fastex zabezpiecza go przed wypadnięciem. Mogę bez problemu założyć dwie sakwy tylne, ulock zajmuje bowiem przestrzeń do tej pory niewykorzystywaną.


Spawy niestety są jakie są - spawał człowiek a nie robot w fabryce. Jak będę się któregoś dnia nudził to je opiłuję i może dam bagażnik do nałożenia świeżej powłoki galwanicznej. A może tak to po prostu pozostawię, bo poza doznaniami estetycznymi - nie przeszkadza jakoś bardzo - aluminium to nie stal, ruda go nie zeżre w tydzień. 

A na koniec, dla miłośników linek rowerowych i wrogów ulocków - w youtube jest sporo filmów z przecinaniem linek, łańcuchów rowerowych i ulocków. Wnioski wyciągnijcie sobie sami;-)



niedziela, 30 czerwca 2013

Zasilanie komórki w terenie

Parę miesięcy milczenia, zajęty różnymi projektami nie rozpieszczałem Was swoją twórczością. Pora nadrobić zatem drobne zaległości. Dzisiaj będzie o rozwiązaniu problemu który nurtuje wielu -  szybko padające akumulatory w telefonie. Nowoczesne smartfony oferują mnóstwo fajnych funkcji, wspieranych przez czujniki przyspieszenia, gps i inne cuda - wszystko to jednak wymaga energii do zasilania. Standardowa bateria w telefonie rzadko ma ponad 2000mAh (czyli 2Ah) - więc jeśli chcemy np. za pomocą Endomondo śledzić swój wyczyn na rowerze, lub bieganie po lesie, a do tego używać nawigacji - to po sześciu godzinach mamy koniec zabawy. 

Jako że własnie ponownie dostałem ataku cyklozy i ostro męczę rower - postanowiłem podzielić się z Wami rozwiązaniem problemu zasilania komórki. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie użycia rozwiązania w innym sporcie - wszystko kwestią kreatywnego podejścia do tematu. 

Na początek napiszę jedno ważne zdanie - wybijcie sobie z głowy ładowarki słoneczne. One w Polsce nie działają. Owszem, porządna, duża ładowarka być może zadziała, ale jest wielka i droga. Tandeta dostępna na Allegro - nie działa. Może podładować nieco akumulator, ale tylko odrobinę - do użytku turystycznego nie da rady. Co najwyżej wezwiecie pomoc przez telefon, ale GPS czy nawigacja wymaga ciągłego podawania sporej dawki prądu.

Drugą możliwością która każdemu rowerującemu przychodzi do głowy to dynamo rowerowe. Owszem, pozornie słuszna koncepcja, zawiera jednak pewne pułapki. Tanie dopinane dynamo stawia duży opór, hałasuje, generuje zaś prąd przemienny. Trzeba go wyprostować i ustabilizować. Dynamo w piaście przedniego koła jest sporo lepsze, ale też wymaga przeróbki instalacji w rowerze. Jako że nie mam przedniego dynama, temat ten pozostawiam nie przeanalizowany, a zainteresowanych odsyłam na forum elektroda.pl i na fora rowerowe. Pamiętać trzeba też o koszcie takiego dynama i jego wpleceniu w koło.

Skoro wyeliminowałem ładowarki słoneczne, oraz dynamo którego nie mam - pozostały mi rozwiązania które można określić zbiorczo hasłem "powerbank". Są to produkty zawierające solidny akumulator o pojemności nawet 7Ah, od razu z wyjściem USB. Można je kupić w sklepach z elektroniką użytkową, ale raczej nie szukajcie ich w wielkich marketach elektronicznych. To są sklepy z masówką dla idiotów;-)

Fabryczne rozwiązanie Just Mobile

Za porządnie zrobione urządzenie, które będzie trzymać parametry - wydamy ok. 250 zł. Drogo? Jasne ze drogo. Tym bardziej że oczywiście możemy sobie to zrobić sami, szczególnie jeśli paramy się hobby w którym używa się akumulatorów LiPo;-) Jeden z moich kolegów zaprojektował i wykonał układ pozwalający na ładowanie akumulatora telefonu z dowolnego akumulatora modelarskiego (używanych też w ASG). Poniżej fotka - widać na niej wszystko jasno i wyraźnie.

Do testów podłączony jest akumulator NiMh.

Przełącznik na płytce pozwala wybrać czy złącze USB ma udawać port w komputerze i podawać tylko max. 500mAh, czy też ma stać się ładowarką sieciową i karmić telefon prądem 1A. Płytka w wersji prototypowej, nie zoptymalizowana, stad duże rozmiary. Za to układ ma tak dobrą sprawność, że używając jako źródła akumulatora o napięciu 11V - możemy jego pojemność liczyć podwójnie - czyli standardowy akumulator od karabinka o pojemności 2000mAh - pozwoli dwa razy naładować komórkę do pełna.

Jest jeszcze jedno fajne rozwiązanie, nie wymagające kolegi elektronika, a jedynie lutownicy, minimalnej wiedzy i chwili cierpliwości. Na stronie HobbyKing kupujemy układ UBEC. Link do tego konkretnego układu. Kosztuje dosłownie grosze i warto kupić ich kilka - przydać się mogą np.  w samochodzie - do zrobienia sobie porządnego zasilania różnych urządzeń, bez wielkiego wtyku w gniazdo zapalniczki i kilometrów pętających się kabli.



To małe urządzonko z jednej strony przyjmuje dowolny akumulator o napięciu od 6 do 23V, a z drugiej oddaje stabilne 5V o natężeniu do max. 3A. Lutujemy więc złączkę do baterii oraz port USB z obciętego kabla (czerwony i czarny kabelek, pozostałe ignorujemy) i mamy gotową zabawkę. Można ładować komórę z czegokolwiek - w tym z czterech paluszków, o ile kupimy sobie koszyczek na nie (to jednak kosztowne na dłuższą metę rozwiązanie).

Do samodzielnego rozwiązania pozostawiam problem zamocowania telefonu w okolicy kierownicy, oraz upchania gdzieś akumulatora i układu. Można zastosować np. taką torbę na ramę jak na poniższym zdjęciu.


Torba jest wygodna, mieści sporo rzeczy pod telefonem i w niektórych wersjach ma od razu wyprowadzone na zewnątrz złącze słuchawek. Wierzę w waszą inwencję w zakresie dopasowania rozwiązania do własnych potrzeb.

W przypadku używania baterii LiPo - koniecznie zastosujcie układ LiPo Guard - zabezpieczający przed zbytnim rozładowaniem akumulatora - co jest dla niego zabójcze.

P.S. Proszę nie nabijać się z pomarańczowego ręczniczka - to zabezpieczenie stołu warsztatowego;-) Czasem używam w tym celu biało-niebieskiego;-)

wtorek, 19 marca 2013

Idea Bank - jest śmiesznie...

Pisałem niecały rok temu o tym jak to banki podchodzą do małego biznesu. Dla tych co nie czytali - tutaj link. Minął prawie rok mojej działalności gospodarczej, konto w Idea Banku nadal posiadam, używam go wyłącznie do płacenia zeń  ZUS i podatków. Kasa pojawia się na nim na chwilę przed koniecznością jej przelania do właściwego urzędu. Robię tak za karę, bo obiecałem Idea Bankowi że moimi pieniędzmi obracał nie będzie. Podpadli mi dwa razy, wystarczy. 

Dzisiaj znowu napiszę o tym przezabawnym banku, bo ich system informatyczny jest jakąś niesamowita parodią tego jak powinna działać bankowość elektroniczna i nie mogę po prostu przejść obok bez zwrócenia na to uwagi. Moje konto składa się w sumie z trzech - firmowe, osobiste i oszczędnościowe. Nie zwracałem na nie większej uwagi bo raptem ze dwa razy miałem konieczność przelania czegoś między nimi, ale ostatnio robiłem kilka bardziej zaawansowanych rzeczy i zauważyłem jak bardzo partyzancki jest system obsługi. 

Sytuacja nr 1 - przelew między rachunkami jednego konta. Puszczam przelew z oszczędnościowego na firmowe. Czas operacji - ok. 20 minut. Nie da się szybciej. Co ciekawe - nie odświeżają się poprawnie salda rachunków. Nie pomaga odświeżanie strony, dopiero przelogowanie na koncie załatwia sprawę. Przelew przeszedł.

Sytuacja nr 2 - przelew między rachunkami dwóch podmiotów. Całe 5 zł. Odpalam w jednej przeglądarce jedno konto, a w innej drugie konto. Puszczam przelew. Na liście pojawia się on ze statusem iż jest w realizacji, ale stan dostępnych środków się nie zmienia. Mija 25 minut - bez zmian. Nie pomaga odświeżanie strony ani na koncie wysyłającym, ani na koncie które ma odebrać kasę. Zatem wylogowanie z konta wysyłającego i ponowne logowanie - nadal bez zmian. Odświeżenie strony - BINGO! - kasa zeszła, przelew ma status zrealizowanego. Zaglądam na konto odbierające - a tam nadal pustką wieje. Odświeżenie strony - nic, przelogowanie - nic, znowu odświeżenie - jest kasa. 

Sądzić można by, że to jednostkowy przypadek, jakiś tam błąd, albo obciążenie systemu - otóż nie. Na Facebooku, w profilu Idea Banku wpisów o takim działaniu systemu jest całe mnóstwo. Klienci wylewają swoje żale na ten nibybank wiadrami. Ludzie używają kalkulatorów podczas robienia serii przelewów żeby kontrolować ile im zostało na rachunku, bo strona tego poprawnie nie wyświetla. 

Bank ma jeszcze jeden fajny dowcip w zanadrzu - jest nim domyślna blokada nowego konta. W każdym banku jak zakładamy konto i dostajemy dane do zalogowania się - to konto jest już w pełni aktywne. Można wysyłać szmal, ale co ważniejsze - najpierw trzeba go przyjąć. I każdy bank to od razu umożliwia, bo to dla niego zysk. W Idea Banku mają swoją wizję. Dostajesz dane logowania do konta które jest nieaktywne - przelewy przychodzące są odbijane. To jakiś arcygeniusz wymyślił. Można by pomyśleć że przecież bank chce moich pieniędzy. Przyjmie je, wrzuci sobie na nocną lokatę czy inne atrakcje uczyni, ale kasa na koncie się pojawi. Jednak nie w Idea Banku - oni są honorowi i kasy nie chcą. I gówno ich obchodzi że Tobie jest potrzebna. A aktywacja konta sama się nie wydarza raczej - trzeba zadzwonić do banku i tego zażądać. Miałem tak ze swoim kontem, miała obecnie znajoma. Ona to nawet usłyszała że jej konta nie aktywują przed terminem uruchomienia działalności gospodarczej. Bo tak. Dopiero mały gwałt na pracownikach tej instytucji spowodował że ktoś palnął się w łeb i konto aktywowali.

Kolega Samcik regularnie opisuje na swoim blogu finansowym jakie pułapki czekają na chcących korzystać z usług Idea Banku - polecam lekturę. Mnie osobiście zastanawia jakim cudem ten bank pozyskuje klientów? I do tego wszechobecne reklamy jacy to są zajebiści dla small byznesu. Nóż się w kieszeni otwiera...

czwartek, 7 marca 2013

I jak ma być dobrze?

Całkiem niedawno ukradli mi kołpaki. Z samochodu stojącego na parkingu zamkniętym, ale nie strzeżonym - zatem wedle prawa mogę sobie pokrzyczeć dla uspokojenia. Skutkiem tego mam obrzydliwe czarne felgi, czego nie znoszę. Nowych nie kupię, muszę się przyzwyczaić. Po prostu nie mogę znieść myśli że znowu jakaś menda dotknie mojej własności i wolę ich nie mieć. Oczywistym jest że jedyną satysfakcjonującą mnie formą kary byłoby ucięcie obu łap publicznie i to jest ta humanitarna wersja. 

Dzisiaj jednak nie będę pisał o złodzieju ciężko pracującym w nocy, a o złodziejach i wyłudzaczach w białych rękawiczkach. Mam bowiem niezwykłą przyjemność obserwować rodzący się biznes (działalność gospodarcza), który to zasypywany jest rozmaitymi cudownymi ofertami. Sam zakładając swój biznes rok temu - nie miałem aż takich atrakcji, poza tym byłem zaprzątnięty innymi sprawami. Teraz patrząc z boku - mam znakomity materiał do pisania i to właśnie czynię. 

Istnieje coś takiego jak CEIDG - czyli Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej. Rejestr ten jest państwowy, darmowy i zastąpił gminne ewidencje. Założenie firmy jest banalne, podobnie jak zmiana jej profilu - wszystko możemy na owej stronie zrobić sami. To bardzo wygodne dla kogoś kto chce szybko i sprawnie załatwić swoje sprawy. Okazuje się że jest to też niewyczerpane źródło wiedzy dla rozmaitych wyłudzaczy podszywających się pod różne arcyważne rejestry. Oto dwa skany:

W ciągu pięciu dni istnienia firmy to jest druga tak atrakcyjna propozycja. Niezły wynik. Pierwsza opiewała na 250 zeta z hakiem, ta jak widać sporo taniej. Podejrzewam że nie jest to ostatnia tak fantastyczna oferta od kolejnego sprytnego wyłudzacza i oszusta. Strona CEIDG umożliwia wyszukiwanie firm po dacie rozpoczęcia działalności i ślicznie zwraca bogatą listę potencjalnych ofiar. Żyć nie umierać.

Zajmijmy się analizą owego ciekawego pisemka. Klasycznie udaje ono urzędowy druk (ale tak nienachalnie) i twórca tegoż kwitu liczy na naiwniaków, którzy bez szemrania zapłacą, tym bardziej że powołał się w nim na paragrafik z Kodeksu Cywilnego, który dotyczy jednak tylko kwestii zawarcia umowy a nie jakiegokolwiek obowiązku płatniczego na rzecz kogokolwiek. Otóż Pan Prezes Tomasz Zabilski chce za drobne 195 zł  umieścić firmę w swoim fantastycznym rejestrze i przyśle nam certyfikat potwierdzający że nadaje nam prestiżowy tytuł Solidnego Przedsiębiorcy. Tytuł ten umieści też w swojej bazie i na swoje stronie www. Zajrzyjmy więc na nią - www.krfidg.pl - mamy tam wyszukiwarkę firm które były tak głupie i dały się na to złapać. Bez wpisywania czegokolwiek w pole szukania - klikamy Szukaj. Dostajemy kompletną listę wyników z bazy. Liczy ona 22 rekordy. Marnie się coś biznes wyłudzaczy kręci, albo lista tak prestiżowa, że nie każdy na nią trafia. A koszty niemałe - bowiem druk zrobiony na stałoatramentowym Xeroxie - komplet kostek do tego to jakieś 1500 zł netto najmarniej. O innych kosztach nie wspomnę (dyplomik też pewnie na tym drukują, ciekawe czy w ramce przysyłają). Swoją drogą taka drukarka nie należy do najtańszych - czyżby zakup dofinansowany w ramach jakiegoś programu pomocy dla nowych firm?

Na uwagę zasługuje też zacna pieczęć. Koniecznie czerwona, ale ten napis ADMINISTRACJA mnie urzeka. Równie dobrze mogłaby to być pieczęć babci klozetowej, albo innego opiekuna bramy wjazdowej na posesję. Ale liczy się że pieczęć jest, zatem bumaga urzędowa i ważna. 

CEIDG służy jako źródło wiedzy dla takich firemek, ale to broń obosieczna - sprawdźmy zatem co ma wpisane szacowny Krajowy Rejestr Firm w CEIDG. Tutaj link do ich wpisu. Wynika z niego jasno że to mała, zapewne jednoosobowa firma, umieszczona w kamienicy nad kinem Femina w Warszawie. Jako główny rodzaj działalności podaje - Pośrednictwo w sprzedaży miejsca na cele reklamowe w mediach elektronicznych (Internet). Wszystko się zatem zgadza - prowadzi reklamowy rejestr przedsiębiorców i próbuje nieczysto zdobyć reklmodawców - bo tak trzeba naciągnięte firmy nazwać. Najlepsza jest data rozpoczęcia działaności Pana Prezesa - 2012-11-19. Czyli sam jest młodą firmą, naciągającą inne młode firmy. A fe, nieładnie...

Takich rejestrów funkcjonuje całkiem sporo, kiedyś były bezczelniejsze, używały godła państwowego w nagłówkach, pisma były najeżone paragrafami itp. Tutaj mamy formę łagodniejszą, ale i tak nieczystą moralnie. Wziąłby się Pan, Panie Prezesie do roboty uczciwej, bo ten sposób prowadzenia biznesu dziwnie kojarzy mi się z tymi którzy kołpaki moje pozyskali nocą. 

A na zakończenie - ja też mam fajny paragrafik - konkretnie Art. 286. § 1 Kodeksu Karnego:
Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

I tym optymistycznym akcentem kończę na dzisiaj...




środa, 6 marca 2013

Home.pl i serwer NNTP

Nieliczne już dinozaury pamiętają co to Gopher, Fidonet i inne dawno wymarłe usługi internetowe. Kolejną umierającą usługą jest NNTP. Popularnie zwana news. Usługa gdzie ludzie mogli wymieniać się wiadomościami na określone tematy (podzielone na grupy). Wymagało to posiadania odpowiedniego programu - tzw. czytnika i adresu serwera news. Serwery news wymieniały między sobą wiadomości, synchronizując je w regularnych odstępach czasu, dlatego nie miało znaczenia z jakiego serwera korzystamy, o ile był on sprzęgnięty z ogólnodostępnym systemem newsserwerów. W dużym uproszczeniu przypominało to otrzymywaniem emailem wiadomości od wielu różnych osób, dyskutujących o pewnym zagadnieniu  i odpowiadając na taką wiadomość - odpisywaliśmy jednocześnie wszystkim. 

Powstanie forów internetowych przyspieszyło upadek NNTP - spadła liczba aktywnych użytkowników, tym bardziej że trzeba było mieć pewną wiedzę na temat konfiguracji czytnika i wiedzieć który serwer dopuści nas do korzystania. A z tym było różnie - serwery sprawdzały IP usera, jego wpisy revDNS i inne cuda, aby dopuścić tylko uprawnionych. Niektóre zaś serwery wymagały posiadania konta użytkownika i nie zwracały uwagi na to z jakiej sieci użytkownik pisze, byle się poprawnie zalogował. Taki serwer miała gazeta.pl, oraz home.pl. Gazeta ubiła swoją maszynę jakoś z rok temu, a teraz to samo zrobiło home.pl. Z dniem 5.03.2013 wyłączyli newsserwer news.home.net.pl. Pozostawiając na lodzie użytkowników.

Można by powiedzieć - ich prawo. Otóż nie. Gazeta dawała wstęp na swój serwer za darmo - wystarczyło mieć pocztę w ich domenie. Home dawało dostęp do serwera swoim płacącym za ich usługi klientom, jako wartość dodaną. Wyłączając serwer - zachowało się jak operator kablówki który do woli regularnie wyłącza i włącza kanały tv. Płaciliśmy za to i to całkiem niemało. Zostaliśmy lakonicznym komunikatem poinformowani że za 6 dni Home wyłączy serwer. No to trochę krótki czas, nie dało się zorganizować sensownego protestu, ale wielu z nas napisało do home.pl z żądaniem niewyłączania serwera news. Dostaliśmy standardowe odpowiedzi że możemy turlać beret bo decyzja podjęta, a jak bardzo chcemy - to tu jest link do listy innych newsserwerów. Link ze stanem na 2009 rok, więc baaaaardzo przydatny. 

Żaden marketingowy i księgowy łeb w Home nie wpadł na to że serwer który identyfikuje usera po loginie i haśle, a nie IP jest w dzisiejszych czasach bezcenny. Bo komputery stały się przenośne i korzystają z różnych sieci i chcemy mieć dostęp do NNTP bez oglądania się na to jakie mamy revDNS. Mamy naprawdę w dupie to że Wy, Drodzy Marketingowcy nie umiecie zmarketoidować (fajne mi słowo wyszło) tej płaszczyzny internetu. News jest wolne od spamu reklamowego i bannerów i innego gówna którego pełno w sieci. Ma swoich wiernych fanów, mimo że jest usługą już bardzo niszową. Nie ma w nim takiego zalewu kretynów jak na ogólnych forach - np. Onetu. Onetowe fora to jest klasa sama dla siebie - niedługo będą wykorzystywane w onkologii - pacjenci już po godzinie czytania tychże forów zaczynają się cieszyć z tego że mają raka. News to jest ostoja spokoju, merytorycznych dyskusji, zaufania i wzajemnego szacunku. Może nie na wszystkich grupach, ale na większości tak właśnie się dzieje.

Chcemy mieć dobrze działający serwer news i taki mieliśmy. Jednakże ktoś wyjął wtyczkę z gniazdka. Bo serwer zużywał prąd. Posłuchaj odpowiedzialny za to człowieku - PŁACIŁEM ZA TEN SERWER UTRZYMUJĄC SWOJE DOMENY I HOSTINGI W WASZEJ FIRMIE!!! Zaoszczędziliście prąd, a straciliście sporo na wizerunku. Krecha w poprzek. W dobie wirtualizacji - wystarczyło tą maszynę tak właśnie przełączyć. Nawet byście nie zauważyli że istnieje...

A teraz skoro tego nie zrozumieliście - to zrozumiecie brak moich pieniędzy. Przenoszę swoich skromnych kilka domen, oraz kilkanaście domen moich klientów gdzie indziej. Hostingi też zabieram. Cieszcie się dalej swoim 15-to leciem i nową szatą graficzną strony. Długiego życia Wam nie wróżę z takim podejściem do potrzeb klientów. 

Wasz wkurwiony, były już klient...

piątek, 1 lutego 2013

RNEG i aktualizacja bazy fotoradarów



W wielu autach możemy spotkać wbudowane nawigacje. Często do wielu różnych marek dostarcza je ten sam producent. Nie wiem jakie umowy podpisują między sobą wytwórcy aut i systemów nawigacyjnych, ale zazwyczaj to co trafia do aut nie jest najwyższych lotów, a do tego aktualizacje pojawiają się z rzadka i trzeba za nie słono zapłacić. Da się to przeżyć, choć z bólem, jednakże każdy pewnie chciałby mieć w miarę regularną aktualizację POI i map fotoradarów. Nawigacja montowana w Citroenach i Peugeotach - tzw. RNEG (MyWay) ma możliwość ostrzegania o fotograficznych atrakcjach, jednakże tutaj wracamy do punktu wyjścia - rzadkość aktualizacji i dostępność. Cała baza to raptem jeden plik, specjalnie spakowany. I tymże plikiem się na dzisiejszych zajęciach zajmiemy;-) 

Zacznę od podziękowań dla kolegów z Hiszpanii, Francji, Włoch i Niemiec, bowiem to na ich forach znalazłem niezbędną wiedzę i program. Pozostało tylko przetestować i podzielić się z resztą w ojczystym języku. Tym bardziej że władzuchna nasza kochana dała ITD nadzwyczajne uprawnienia, a ta z uporem i ochotą zajęła się zbójowaniem na drogach. Nowe fotoradary rosną jak grzyby po deszczu, ale co ciekawe - trochę ich znika. Wyparowały gołębniki z przebudowanego odcinka "gierkówki", a nawigacja nadal o nich ostrzega. Dlatego więc szczególnie zainteresowałem się tematem aktualizacji bazy radarowej. 

Zaczynamy. Na początek potrzebujemy specjalny program i kartę pamięci z mapami. Rozpakowujemy program i do jego katalogu wkładamy dwa pliki z naszej oryginalnej karty pamięci: 

hazardareas.lwd - to jest baza z radarami
versionhazard.txt - plik z datą bazy

Odpalamy plik 1_wypakuj.bat i czekamy aż skończy. Pojawi się katalog hazardareas.lwd_speedlimits. Zaglądamy do niego i klikamy dwukrotnie w plik limits.csv - plik jest tekstowy i można go edytować nawet w notatniku. Struktura pliku wygląda tak (fragment):

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14
48.22038,16.39511111,240,1,50,13,14
48.223611,16.40083333,60,1,50,13,14
48.223611,16.40083333,240,1,50,13,14
48.224997,16.40361111,234,1,50,13,14
48.224547,16.40651389,135,1,50,13,14
48.224547,16.40651389,315,1,50,13,14
48.235383,16.407375,141,1,80,13,14
48.235473,16.4075,321,1,80,13,14
48.219876,16.41272222,129,1,80,13,14

Widać lokalizacje i określenia typów kilkunastu przykładowych fotoradarów. Przeanalizujemy pierwszy z podanych:

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14 

Odpalamy przeglądarkę i wchodzimy na https://mapy.google.pl/ - tam wklejamy współrzędne z przykładu:

48.22038,16.39511111 

i widzimy że jest to fotoradar w austriackim Wiedniu, przy ulicy Lassallestraße 2. Fotka:


Zielona strzałka wskazuje lokalizację atrakcji fotograficznej. Niestety street view nie jest dostępne w tej lokalizacji, ale jakoś to zniesiemy;-) Przyjrzyjmy się za to kilku następnym parametrom z linijki opisującej fotoradar:

60,1,50,13,14

Pierwsza liczba to kierunek w którym fotoradar jest wycelowany - 60 stopni. Jak to obliczamy? Prosto - nałóżcie sobie w wyobraźni tarczę analogowego zegarka na powyższe zdjęcie. Na godzinie 12 jest zero stopni, na szóstej - 180. Logicznie zatem na trzeciej mamy 90 stopni. Jak widać ulica Lassallestraße przebiega od godziny powiedzmy drugiej do ósmej - czyli fotoradar łapie tylko tych jadących od strony godziny drugiej - stąd właśnie owo 60 stopni. Wartość ta nie musi być super dokładna, gdyby wpisać tam kilka stopni w jedną czy drugą stronę - też zadziała. Ponieważ ten fotoradar może działać w obie strony - wpis w bazie jest zdublowany i zawiera dwa kierunki. Widać to ładnie jak spojrzymy na dwie pierwsze linie podanego fragmentu pliku:

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14 
48.22038,16.39511111,240,1,50,13,14 

Widać że w drugiej linijce zmienia się parametr 60 na 240. Czyli właśnie kąt w stopniach. Godzina ósma to właśnie około 240 stopni. Informacja dla mających problem z przeliczaniem kąta:

godzina kąt
1 - 30
2 - 60
3 - 90
4 - 120
5 - 150
6 - 180
7 - 210
8 - 240
9 - 270
10 - 300
11 - 330
12 - 0/360

W przypadku kiedy fotoradar robi fotki z czterech kierunków - wpisy będą cztery z różnymi kątami. Istnieje też specjalny parametr -1 (minus jeden) - określa on że fotoradar może pstrykać zdjęcia w dowolną stronę (lub jest często przestawiany i nie znamy dokładnego jego położenia). Po co takie zamieszanie? Jeśli bowiem określimy kierunek patrzenia fotoradaru - nie będziemy ostrzegani o jego istnieniu kiedy nadjeżdżamy z drugiej strony. Jako że w Polsce ITD sporo fotoradarów obróciła do robienia zdjęć od tyłu - w pliku trzeba podać odwróconą wartość kąta patrzenia, lub wpisać -1. 

Opcja podawania dokładnego kąta ma też swoje dodatkowe uzasadnienie. W Warszawie stoi na skrzyżowaniu Sobieskiego i Sikorskiego tzw. superradar. Fotografuje przelot na żółtym/czerwonym i mierzy prędkość. Dowcip polega na tym że na Sobieskiego wolno jechać 50, a na Sikorskiego 60 km/h. Stąd opisany jest czterema linijkami w bazie, z podaniem kąta, ale różnymi prędkościami dozwolonymi.

Wracamy do analizy naszej linijki. Po określeniu kąta znajduje się typ fotoradaru. Wartość ta wynosi 0 lub 1. Parametr 0 występuje tylko na autostradach, wszystkie inne mają oznaczenie 1. Proponuję nie kombinować, wpisujemy wszędzie 1, bo i tak na autostradach stały fotoradar to póki co rzadkość. 

Następny element to dopuszczalna prędkość na którą ustawiony jest fotoradar. Nie wymaga to specjalnego omówienia, poza tym że mieścić się musi w zakresie 0-150km/h i być wielokrotnością 10. 

Za prędkością znajdują się parametry określające typ ograniczenia. Zero oznacza stałe ograniczenie prędkości, jeden to ograniczenie zależne od pogody lub pory dnia. Zakres 4-15 określa długość miejsca z ograniczeniem z mnożnikiem 100 - czyli wpisanie liczby 10 - oznacza że pierwsze ostrzeżenie powinno być nadane z dystansu jednego kilometra przed fotoradarem. Nie zauważyłem aby ten parametr działał całkiem poprawnie. Być może uzależniony on jest od prędkości pojazdu - im szybciej jedziemy, tym wcześniej ostrzega. W bazie przeważająca większość fotoradarów ma ten parametr ustawiony na 13 i proponuję tak opisywać nowe. 

Ostatnia liczba jest numerem sekcji i ma charakter porządkowy. 

A jak dopisać nowy fotoradar? 

Najłatwiej uczyć się na przykładach, zatem dopiszemy fotoradar znajdujący się na rogu Ostrobramskiej i Fieldorfa w Warszawie. To nowe urządzenie, robiące fotki w czterech kierunkach.

Fotka poglądowa:


Linie opisujące atrakcję mają postać:

52.234798,21.097548,10,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,100,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,190,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,280,1,50,13,27 

Proponuję samodzielną analizę kątów itp. Sekcja określona jest na 27 - to ostatnia sekcja, bowiem dopisałem ten fotoradar na końcu pliku. 

Kiedy zakończymy prace nad bazą - odpalamy plik 1_spakuj.bat i czekamy na stworzenie nowego pliku z bazą. W pliku versionhazard.txt wpisujemy datę wygenerowania bazy. Nie wiem czy to konieczne, ale prościej to zrobić i podmienić oba pliki na karcie pamięci niż latać w tę i z powrotem do auta;-) 

Na koniec kilka uwag. Komendy do rozpakowania i spakowania bazy najlepiej wydawać z linii poleceń, wówczas okno nie zamyka się samo i widać wynik budowania bazy. Zwracajcie uwagę na ilość fotoradarów zaimportowanych do bazy. Powinna być taka sama jak ilość linii w pliku limits.csv. 

Usuwanie fotoradarów jest niestety lekko upierdliwe. Trzeba w przybliżeniu określić jego współrzędne w Google Maps i później mozolnie odszukać je w bazie. Upewnić się że to te właściwe (wklejając oczywiście do google maps;-) i usunąć linię.

Nie kasujcie rozpakowanej bazy. Nowe fotoradary i wszelkie zmiany nanoście w tym pliku i z niego generujcie nową bazę do wrzucenia na kartę pamięci. W przypadku rozpakowywania ponownie bazy - te wpisy których dokonaliśmy na końcu pliku zostają utracone. Wynika to zapewne z tego że nie zostały one umieszczone we właściwych liniach ze względu na współrzędne. Z racji lenistwa nie chce mi się jednak mozolnie wyszukiwać właściwej linii, aby precyzyjnie umieścić fotoradar, być może ktoś znajdzie rozwiązanie tego problemu, aby łatwo móc to zrobić. Poproszę o wpis w komentarzach;-) Nie ma natomiast problemu jeśli odszukamy jakiś fotoradar i poprawimy jego dane tam gdzie był umieszczony, lub dopiszemy poniżej dodatkowe kierunki fotografowania - taki wpis nie zniknie przy powtórnym rozpakowaniu bazy. Jednakże zaletą dopisywania nowych fotoradarów na końcu pliku jest to, że jeśli zakupimy aktualizację bazy w ASO - to łatwo dokleimy do niej nasze dopiski, bo będą w jednym miejscu. 

Warto nowo dopisane dane skopiować sobie do innego pliku tekstowego i zaopatrzyć tam w komentarze - łatwiej będzie później odnaleźć fotoradar do poprawek. Przyda się też taki plik w razie utraty dopisanych danych - będzie z czego odtworzyć.

Do celów nauki - dodajcie sobie niedaleko domu kilka sztucznych fotoradarów i potrenujcie konfigurację ostrzegania. Współrzędne bierzemy z Google Maps - klikamy na ulicy prawym klawiszem myszki i wybieramy opcję Co tu jest? Wynikiem są precyzyjne współrzędne, gotowe do wklejenia do pliku.

Jeśli program zwraca błędy - zwróćcie uwagę o której linii mówi - zazwyczaj problemem jest przeoczony typ fotoradaru (brakuje jedynki między kątem, a ograniczeniem prędkości). 

I standardowo - wszystko robicie na własną odpowiedzialność. Ja tylko wskazuję kierunki działań, resztę robią Wasze ręce i oczy. 

wtorek, 8 stycznia 2013

Kryzys? Jaki kryzys?

Wszędzie jęki że kryzys. Naród oszczędza i nie kupuje, albo nie kupuje bo nie ma za co. Dziennikarze co raz to trąbią że koniec kryzysu, albo jego środek, albo jednak zielona wyspa. Pranie mózgu na okrągło. Zapragnąłem wspomóc gospodarkę i wydać nieco pieniędzy. Tak naprawdę to żonie chciałem ulżyć i po 15 latach opierania się - kupić zmywarkę;-) Kuchnia przystosowana, raptem kranik wstawić i gotowe. No to kupujemy.

Generalnie nie lubię sklepów internetowych. Irytuje mnie brak możliwości obejrzenia, pomacania, oraz to wieczne czekanie na dostawę. No ale zmywarka to w końcu jest mebelek z blachy, głaskać nie trzeba. Zmierzyłem ile mam miejsca i wybrałem Amicę ZWV 624W. Produkt polski (a właściwie to polskimi rękoma wykonany, bo część marki do Samsunga należy), pora zatem kupić go w polskim sklepie. 

Chciałem mieć towar szybko, znalazłem więc sklep internetowy w Warszawie. Towar był na stanie. Była niedziela, godzina 15:00. Seria kliknięć, wybór sprzętu, adres dostawy, forma płatności. Miałem strzelić przelew, albo od razu kartą zapłacić, ale coś mnie tknęło i wybrałem gotówkę przy odbiorze. Mogłem sam po zmywarkę pojechać, bo mam swój wygodny wózek, duże auto i windę do domu. Zdecydowałem się jednak na dostawę przez sklep bo było niedrogo i miało być szybko. Dostawa sprzętu w godzinach 16-21.

Poniedziałek - godzina 16:00 - ze strony sklepu cisza. Nie zadzwonili z pytaniem czy czekam drżący i gotowy na dostawę. Zadzwoniłem więc sam. Pan odebrał po dłuuuuugim oczekiwaniu i po podaniu numeru zamówienia obiecał że w ciągu 30 minut oddzwoni z informacją. 

Po półtorej godzinie sam zadzwoniłem ponownie, bowiem jak się domyślacie Pan zapewne zmarł i nie zdążył nikomu przekazać numeru zamówienia. Odebrał inny Pan i powiedział mi po chwili (podałem numer zamówienia) że niestety zmywarka będzie dopiero po siedemnastym stycznia. W ciągu sekundy osiągnąłem stan wrzenia i zdjąłem krawat. Oczywiście Pan zwalił wszystko na system, bo zmywarka owszem była, ale już sprzedana, ale system jej nie zdjął ze stanu. Odpowiedziałem że mam to w poważaniu i niech sobie zmienią firmę która im system robi, bo partaczy robotę. Specjalnie wybrałem ten sklep bo informował że ma sprzęt na stanie i miał szybką dostawę. Zmarnowali mi dzień, bo wiedziałem gdzie interesująca mnie zmywarka na pewno stoi i czeka - mogłem sobie po nią już w poniedziałek rano pojechać. Kazałem skasować zamówienie i pocałować się w dupę z taką obsługą i poszanowaniem klienta.  

Wsiadłem w samochód, pojechałem do Euro (polski sklep) i tam bez łaski kupiłem od razu to co chciałem. Zapłaciłem, zapakowałem w samochód i przywiozłem do domu. Chwilę później podłączyłem i zmywaaaaaa.

Jakby ktoś chciał wiedzieć jakiego sklepu internetowego unikać  - to służę - www.agdhome.pl. Dziś, tj. 8.01.2013 - sprzęt nadal figuruje jako dostępny. Brawo! Walczcie tak z kryzysem dalej, a na pewno padniecie...