Poszukaj w Google...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 czerwca 2011

Opakowania

Kiedyś już pisałem o oznakowywaniu opakowań - konkretnie chodziło mi o to że na ludzkich konserwach rysowane jest zwierzątko które będziemy spożywać, a na zwierzęcych - mordka zwierzaka dla którego jedzenie przeznaczono. To jest trochę mylące, ale można od biedy zapamiętać. Cała notka jest tutaj. Wspominam o tej sprawie dlatego, że znalazłem lukę poważną w oznakowaniu produktów kosmetycznych.

Jak większość mężczyzn nie stosuję żadnych wymyślnych kremów czy balsamów, stworzonych dla peda... ...eeee, metroseksualnych mężczyzn. Nie odczuwam takiej potrzeby, uważam że naturalne piękno mej osoby jest ponadczasowe i nie muszę go tłuszczami wzmacniać;-) Jednakże spaliłem sobie nieco nosek na słońcu - w czasie dużej imprezy. Tak mocno że skóra pękła niestety. Zapragnąłem więc posmarować go czymś i w tym celu udałem się do łazienki, przejrzeć zapas kremów wszelakich mojej szanownej małżonki. I tu pojawił się problem. Bowiem preparaty te są w niedużych opakowaniach, a na nich malutkimi literkami wypisano ich cudowne właściwości i przeznaczenie. Zeszło mi naprawdę długo zanim znalazłem krem do twarzy, do cery suchej i wrażliwej - czyli idealny na mój biedny kinol.

I tu pojawia się pewien pomysł. Oddaję go zupełnie za darmo, wszystkim marketingowcom medytującym nad tym jak sprzedać mężczyznom zbędne im kremy itp. Jak wiadomo faceci są wzrokowcami, zatem to bodźce wzrokowe ułatwiają im wręcz przeżycie. Dlaczego zatem nie produkujecie kremów w opakowaniach informujących o przeznaczeniu? Krem do twarzy? Opakowanie to gustowna mordka. Krem do stóp? Zamiast w tubce - zgrabna stopa, rozmiar 44. Krem do rąk? Opakowanie w kształcie pięści! Krem na hemoroidy mi nieco do koncepcji nie pasuje, ale już taki ujędrniający do biustu - zdecydowanie tak.

Widzę okiem wyobraźni te regały w marketach wypełnione piersiami, twarzami, dłońmi i dupskami. I facetów którzy rzucają okiem i wiedzą do czego dany krem jest. Bez czytania tasiemcowej ulotki napisanej mikroskopijnymi literkami. Krem do golenia? Opakowanie w kształcie głowy Rumcajsa - z solidną brodą;-) Żel pod prysznic? Wielka "słuchawka" prysznicowa. Żel intymny? ...

poniedziałek, 2 maja 2011

Czy Polacy to idioci?

Tak zapewne sądzi Tesco w Warszawie. Konkretnie to na Gocławiu. Nowe, rzekomo największe w Polsce. Byłem tam właśnie na zakupach. Kawał ze mnie buraka bo zakupy z listą, zero kupowania impulsowego, staranne sprawdzanie cen - bo nie lubię być jeleniem, dla miszczuf marketingu. Jednak na stoisku z napojami znalazłem prawdziwy paśnik dla jeleni:


Oto zajebista wręcz promocja. Kupujemy sześciopak dwulitrowych butelek CocaColi. Płacimy jednak tylko za cztery, dwie mamy gratis. Tak głosi zarówno napis na zgrzewce, jak i na starannie skonstruowanej etykiecie. Tylko cena coś nie teges. Wychodzi 4,83 za butelczynę. Idę do regału gdzie stoją pojedyncze butelki i co widzę?


Promocja trwa tyko do 4.05 - chcesz się poczuć jak prawdziwy idiota? Zasuwaj do Tesco na Gocławiu, zanim się skończy...

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Motorola przeprasza użytkowników

Nie, nie - nie Motorola cała, a tylko polski oddział. Wiedzą bowiem że mają stado ciężko wkurwionych klientów - których dzięki uprzejmości amerykańskiej centrali nabili w buteleczkę jak złoto. Pisałem pół roku temu tą notkę. Od pół roku NIC się nie zmieniło. Aktualizacji do 2.2 dla Milestone nadal nie ma, bootloader nadal jest zablokowany. Telefon z potężnym potencjałem stoi w miejscu, bo najpierw były debaty czy dać klientom 2.2, a jak uradzono że dać - to pojawił się problem terminu. Mowa była o III kwartale 2010, potem o IV, teraz stoi na I kwartale 2011. Bardzo precyzyjne określenie czasu jak na firmę pracującą w elektronice i telekomunikacji. Użytkownicy są rozpaleni do białości, bo wielu kupowało ten telefon kierując się jakością wykonania i świadomością że bez problemu udźwignie on update, który Motorola obiecywała dość mętnie.

Sytuacja stała się całkiem zabawna, kiedy to Motorola na początku 2011 roku przeprosiła fanów na Facebooku. Jak wspomniałem na początku - zrobił to polski oddział. Użytkownicy nie pozostawili suchej nitki na Motoroli w komentarzach. Na ponad 80 wpisów może kilka jest neutralnych. Reszta to obietnice pt. "nigdy więcej Motoroli" - czyli to co ja sam napisałem pół roku temu na tym blogu.

piątek, 19 marca 2010

Pisuar z przesłaniem

Poszedłem z rodziną wczoraj do kina. Czasem trzeba oderwać się od klawiatury i wyleźć zza firewalla. No ile można z jutuba korzystać? ;-) Wybraliśmy się na Alicję w wersji cyfrowej i do tego z polskim dubbingiem. Oczywiście za takie rozpasanie jak cyfrowa projekcja trzeba dopłacić, ale niech tam. Aby seansu sobie nie zepsuć - udałem się do toalety gdzie skorzystać chciałem z pisuaru. Było ich nawet sześć a na każdym naklejka jak poniżej:



poniedziałek, 25 stycznia 2010

Dziewięć milionów...

Dzisiejsza prasa doniosła o potwornym i bestialskim ukaraniu kilku firm przez państwo nasze. Firmy bowiem kłamały w swoich reklamach. Kłamczuszki jedne... Więc Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów pogroził im najpierw, a potem zebrał z kopa. Dziewięć melonów - ładna sumka. I co się z nią stanie? Ano trafi ona do budżetu państwa, czyli w czarną dziurę. UOKiK może w przyszłym roku cząstkę z tego zobaczy na swoim koncie. Czyli na wprowadzających w błąd reklamach - zamiast konsumenci - zyskał skarb państwa. Czy to słuszne? Otóż nie...

wtorek, 12 stycznia 2010

Wspomnień czar - Super Mario Bros

Pierwszy w tym roku wspomnieniowy odcinek filmowy. Tym razem na tapetę trafił film z 1993 roku - Super Mario Brothers. Oczywiście hollywoodzka produkcja, nawet zaryzykowałbym  określenie superprodukcja. Jak na taki niepozorny temat (bo co to za temat - prosta gra komputerowa przeniesiona na ekran kina?) użyto całkiem sporych sił i środków, realizując przezabawną i piękną bajkę dla całej rodziny. Spokojnie nadaje się na niedzielne wczesne popołudnie. Po raz pierwszy obejrzałem ten film w 1995 roku i wczoraj po raz kolejny. To co mnie zaskoczyło najbardziej - uniwersalny humor i fabuła, oraz wyśmienity sposób realizacji. Nie trąci myszką, nie nudzi, jest dynamicznie i czadowo. Film ma dobry rytm a szybkie ujęcia, dobra praca kamery i znakomity montaż, powodują że nie czuje się upływu czasu podczas oglądania. Duży plus dla reżysera za tak udany film, nie każdy dzisiaj może się pochwalić "zjadliwością" dla współczesnego widza.

czwartek, 31 grudnia 2009

Czy to już dno?

Będąc ostatnio w kinie na Avatarze, zostałem zaatakowany obowiązkowym zestawem reklam przedfilmowych. Uważni czytelnicy mojego "słitaśnego blogaska" wiedzą jak bardzo nie znoszę reklam. Oczywiście to że zapłaciłem za bilet 28 zł nie ma dla kina znaczenia. A ja bym zapłacił nawet 40 zł - byle by bez reklam. Jednak nie o tym drobiazgu chciałem napisać. Bowiem zaciekawiło mnie coś innego. W kinie byliśmy większą ekipą, wśród niej zaś kolega żyjący z reklamy. Bezpośrednio się nią nie zajmuje, ale dochody uzyskuje dzięki istnieniu tego elementu gospodarki. Po filmie wywiązała się ciekawa dyskusja na temat jednej z reklam. Zapraszam więc do jej obejrzenia.

środa, 25 listopada 2009

Genialna ściema marketingowa

Sprawę, którą chcę opisać tym razem, zauważyłem już kilka lat temu. Jeśli dobrze pamiętam to w Castoramie. Od tamtej pory rozpełzła się ona po wszystkich chyba marketach. Człowiek który wymyślił ten patent - zasługuje na wieeeelką nagrodę. O co chodzi? O wielkie napisy przy kasach:
"Gwarancja najniższej ceny! Jeśli w innym sklepie kupisz taniej porównywalny produkt, zwrócimy Ci różnicę w cenie."
Napis podlega lekkim różnicom w zależności od sieci handlowej, ale ogólny sens jest taki jak wyżej. Co ciekawe - sklepy internetowe też nie są od tego dowcipu wolne.

piątek, 21 sierpnia 2009

Reklama w radiu

Obiecałem że napiszę o pozbywaniu się reklam z różnych mediów i teraz pora na radio. Nie ma się co oszukiwać - nie da się online w prosty sposób reklamy pominąć. Ale za pomocą paru magicznych sztuczek - można słuchać nieprzerwanie tego co nam się podoba. Zwykłe małe radio, jakie stoi w każdym domu ma jedną podstawową wadę - odbiera tylko UKF ;-) A tam czycha zło pod postacią RMF, Zetki i innych stacji nadających muzyczną konfekcję - czyli dźwiękową sieczkę. Poprzeplataną jinglami "Radio Zet i już", reklamami i głupawym paplaniem prowadzących. Normalny człowiek nie jest w stanie tego słuchać. Polski eter niestety wypełniają takie badziewia, wyjątkami w miarę chlubnymi są Trójka, chiliZet (już powoli zaczyna przypominać starsze rodzeństwo), RMF Classic. Nie każdemu jednak ten rodzaj muzyki pasować musi. Tymczasem internet pełen jest stacji nadających muzykę do wyboru i koloru, bez zbędnego gadania i reklam.
Osoby pracujące przy komputerze mogą bez problemu słuchać stacji z internetu, o ile mają głośniki - o co w firmie nie zawsze łatwo;-) Najprostszym rozwiązaniem jest słuchanie wprost ze strony internetowej - większość stacji ma specjalny dynks na swoim sajcie. Dla kogoś kto lubi zmieniać stacje często - lepszy będzie program z bazą stacji i odtwarzaczem strumienia audio. Potrafi to Winamp, iTunes i jeszcze dziesiąt innych programów do znalezienia w google w 3 minuty. Tyle że admin sieci firmowej może nie zgodzić się na ich instalację. Może też nie zgodzić się na słuchanie radia internetowego (pożeranie łącza), ale to już Twój problem jak go przekonać.

Ja zaproponuję rozwiązania przy założeniu że masz kawałek wolnego łącza i nie chcesz słuchać muzyki przez kompa. Bo wkońcu to jest radio, a że internetowe... Niewiele osób wie o tym że na rynku dostępne są urządzenia potrafiące odtwarzać stacje internetowe bez komputera. Oczywiście w Polsce nie są łatwo dostępne w każdym sklepie nie dla ułomnych umysłowo. Tam znajdziecie tylko zestawy Philipsa w chorej cenie. Tak, Philips montuje kawałek chipa, z kawałkiem kodu i winszuje sobie za taką funkcjonalność niemałe pieniądze (z pół roku temu ponad 2 tys.zł).

Kupiłem pół roku temu pudełeczko o nazwie Revo iBlik WiFi. Wygląda toto jak radiobudzik. I radiobudzikiem przy okazji jest (ma nawet ze 3 alarmy;-), aczkolwiek do budzenia od lat używam komórki, więc tej funkcjonalności nie testowałem.



Zgrabne pudełko potrafi bowiem oprócz budzenia - podłączyć się za pomocą WiFi (lub kabelka) do internetu i odtwarzać jakies skromne 12 tysięcy stacji radiowych. Przy takim wyborze dla porządku tylko wspomnę że UKF też ma;-) Oprócz tego potrafi odtwarzać muzykę z udziałów w sieci lokalnej. Wskazujemy gdzie w domu i na jakim kompie mamy muzę, a dalej już sobie iBlik poradzi. Port dla iPoda i iPhone (sprawdzone, iPhone z tym działa), port dla dowolnego innego źródła dźwięku (jack 3,5mm), wyjście RCA i słuchawkowe.
Konfigurację stacji radiowych przeprowadza się na stronie internetowej - tam można wybrać stacje, dodać do ulubionych i łatwo później włączyć w iBlik'u. Prostsze to niż wyklikiwać to na jego klawiaturze;-)
Wady są, a jakże. Po pierwsze uzależnia od radia bez reklam, po drugie ma tylko jeden głośnik (jak klasyczny radiobudzik), ale bez problemu można go podłączyć do wieży (sygnał jest oczywiście w stereo), lub wypasionych głośników komputerowych. U  mnie działa to w sypialni, z komputerowymi głośnikami z subwooferem i służy do podawania przez 24h muzyki spokojnej i wspomagającej sen. Kolejną wadą jest niezbyt wygodny pilot i cena. Niższa niż za Philipsa, ale i tak 600zł z kawałkiem trzeba wydać. Jednak iBlik nie jest jedyny, firma Revo ma jeszcze kilka modeli w różnych cenach - polecam wizytę na stronie polskiego (tak to nie pomyłka) dystrybutora www.mojerevo.pl  Jest tam m.in. wersja bez głośnika, dedykowana do zestawów wieżowych, wersja pyło i kroploszczelna, z własnym akumulatorem - na budowy i pod prysznic;-)

UPDATE - polski dystrybutor się zwinął - trzeba znowu ściągać zabawki z innego kraju - namiar na producenta revo - http://revo.co.uk/ 

No dobra, było drogo, teraz coś budżetowego. Dla posiadaczy komóreczki ze stajni Nokii, a konkretnie E51, E71 i inne symbianowe, na które jest aplikacja pt. Radio Internetowe. Konfigurujemy punkt dostępu do WiFi, podpinamy do Nokii głośniki i już. Pozostaje wybrać stację radiową i słuchać. Nawet jeśli w firmie jest wredny admin - trochę czasu mu zajmie zanim znajdzie sprawcę słuchania radia netowego;-) Jeżeli jednak nie mamy Nokii z radiem internetowym - nic straconego.

W domu zawsze można sobie nagrać stację internetową, wypalić na płycie i słuchać w pracy. To jest legalne, dopóki muzykę macie na płytce CD. Macie prawo nagrać muzykę z internetu. Jest ona bowiem transmitowana strumieniowo, czyli rozpowszechniana, jak w zwykłym radiu, gdzie można nagrać np. na kasetę (pamiętacie kasety? ;-). I tutaj mógłbym wywód zakończyć, ale spotkałem się z oskarżeniem że nie podaję przepisów for dummies. No to będzie taki teraz. Potrzebny jest program do nagrywania strumienia. Oczywiście fraza do google to np. recording stream, ale niech tam - tu jest program za darmochę http://streamripper.sourceforge.net/ Pobieramy tylko Streamripper, w wersji stabilnej i do tego np. SimpleRipper - czyli nakładkę graficzną. Jeżeli ktoś używa Winampa - to sam Streamripper ma wtyczkę do niego.
Teraz instalujemy Streamripper i wyciągamy z paczki GUI - czyli SimpleRipper. Uruchamiamy to drugie i z pierwszego menu wybieramy rodzaj muzyki, z drugiego katalog w którym będziemy szukać i klikamy na Find. Po chwili w przeglądarce pojawi sie lista. Odszukujemy link do strumienia i kopiujemy go do schowka. Potem klikamy w Clipboard Paste, podajemy ścieżkę do zapisu i klikamy w guzik Let's Go! (Nie znoszę pisać instrukcji dla ułomnych;-)

Program zapisuje nam śliczne pliczki (każdy utwór osobno, z podaniem nazwy wykonawcy i tytułem). Możemy nagrywać jednocześnie kilka stacj iradiowych, o ile tylko łącze nam wydoli;-) Po zakończeniu operacji nagrywania - wypalamy materiał na CD. Takiej płytki można użyć w samochodzie, pracy, czy na rybach;-) Pliki nagrane można też wrzucić na kartę w telefonie, albo innym iPodzie. Słuchać gdziekolwiek jesteśmy. Ja tak właśnie robię. Tyle że jako informatyk kocham gadżety - więc w samochodzie mam radio Sony z Bluetooth które obsługuje stream po tym łączu w standardzie A2DP. Przykład dla jasności - moja Nokia E51 może odbierać radio internetowe po WiFi, lub sieci operatora i wysyłać po Bluetooth do radia w samochodzie, celem słuchania na głośnikach;-) Do tego z poziomu telefonu mogę sterować radiem i na odwrót. O funkcjonalności zestawu głośnomówiącego do komórki to nawet nie warto wspominać;-)

Podsumowując dzisiejsze zajęcia - nie da się usunąć reklam z radia online, ale za pomocą lekkiej zmiany przyzwyczajeń - można się delektować radiem bez reklam. Tak, wymaga to nakładów sił, czasem i środków pieniężnych. Jak ktoś chce za darmo - to ma w eterze z reklamami;-)

środa, 19 sierpnia 2009

Usuwanie reklamy internetowej

Na dzisiejszych zajęciach zajmiemy się reklamą internetową;-) Podzielić ją można na dwie grupy - reklamy emailowe (czyli klasyczny spam) i przeglądarkowe, czyli każde badziewie jakie wyświetla się na stronie. W przypadku spamu sprawa jest dość prosta - potrzebujemy konta z dobrym filtrem antyspamowym. Tutaj doskonały jest google mail czyli gmail.com - zakładamy tamże konto i używamy. Jeżeli ktoś ma jednak swój adres z którego korzysta od lat - można go podpiąć do konta gmail i nadal używać własnego adresu - całość do zrobienia jest w kilkanaście minut klikając w konfiguracji gmaila. Gazeta Wyborcza swego czasu przeszła na poczte gmail i oferuje tą samą funkcjonalność, ale niestety namiętnie sama wysyła reklamy. Oczywiście odpowiednia reguła po stronie serwera pozwala od razu je kasować bez czytania;-)

Inna metodą walki ze spamem jest użycie odpowiedniego klienta pocztowego. Osobiście polecam  The Bat - wyposażony w odpowiednią wtyczkę antyspamową załatwia problem spamów. Jednak nie rozwiązuje problemu ich pobierania przez nasz komputer, co szczególnie ważne jeśli mamy niezbyt szybkie łącze, lub płacimy za przetransferowane dane. Spam bowiem jest odbierany z serwera i dopiero w kliencie pocztowym kasowany. Dlatego metoda pierwsza jest zdecydowanie lepsza. Można też zastosować połączenie obu sposobów. I to właściwie wszystko co można o spamie i walce z nim powiedzieć. Za jego rozpoznawanie odpowiadają specjalne algorytmy i naszą rolą jest właśnie zaprzężenie ich do pracy, a nie samodzielne ich pisanie;-) 

Co z reklamą w przeglądarce? Mamy dwa główne sposoby. Albo serwer będący routerem załatwi większość reklam, albo jeśli nie mamy takiego serwera - to nasza przeglądarka. Zaczniemy od serwera. W przypadku linuxa, bądź BSD - sprawa prosta. Instalujemy zespół apache+squid+bannerfilter. Konfigurujemy squida jako transparentny proxy. Konfigurujemy bannerfilter do współpracy ze squidem. Jak to działa? 

Komp żąda strony, ale jego żądanie przechodzi przez nasz serwer z transparentnym squidem. Jeżeli pobrane ma być coś czego nazwa jest zabroniona - squid podmienia ten element na obrazek z napisem Blocked - który serwuje lokalny apache. Ot i cała tajemnica. Sercem tego mechanizmu jest plik banners.data i banners.local.data

Oto fragment pliku z zakazami:

.ads.
.adv.
.adnet.

Te trzy specyficzne słówka ubijają większość reklam - które zazwyczaj są z takich subdomen wywoływane.

banner

To słowo morduje większość bannerów - które wyciągane są z katalogu o nazwie banner;-)

nasza-klasa
rapidshare

Tutaj mamy wyłączenie konkretnych stron - zamiast nich pojawi się ładne BLOCKED - na cały ekran przeglądarki. Można też podać adres w pełnej postaci czyli np. www.nasza-klasa.pl 

Perfidia działania bannerfiltera polega na tym, że jeżeli zabronimy oglądania stron pornograficznych i pracowicie wpiszemy słowa seks, sex, dupa, cipa, dupczenie, ruchanie itd... do pliku banners.data to nie da się nie tylko zobaczyć stron które mają takie słowa w adresie, ale również nie da się ich szukać w wyszukiwarkach. Bowiem słowo wyszukiwane, trafia jako parametr do adresu strony z wynikami. A ta zostanie zablokowana bo adres zawiera zabronione słowo:-) 

Tworząc własny plik, powoli dopracowujemy to co chcemy blokować. Plik dostarczony wraz z bannerfilterem nie jest dostosowany do polskich potrzeb, ale uniwersalne reklamy załatwia. Sieć w której pracuje kilkadziesiąt komputerów z niezbyt szybkim łączem do internetu - odetchnie po zastosowaniu bannerfiltera. A i admin będzie miał spokój - jednym narzędziem tnie reklamy i zabronione strony. 

W przypadku kiedy router pracuje pod Windows i daje łącze reszcie maszyn - podobny efekt można uzyskać poprzez ręczną edycję pliku hosts. Zresztą to samo może zrobić użytkownik domowy, nie posiadający serwera, na swojej lokalnej maszynie. Plik hosts znajduje się tutaj:

C:\WINDOWS\system32\drivers\etc

Aby go ujrzeć trzeba wykonać dwuklik i z listy wybrać Notatnik jako narzędzie do jego otwarcia. Plik hosts nie ma bowiem rozszerzenia nazwy i Windows nie wie co ma z nim zrobić;-) Zawartość pliku hosts:

127.0.0.1 localhost

Jest tylko jeden wpis i informuje on system o tzw. pętli lokalnej. Ten wpis musi pozostać, ale niżej możemy dokonać własnych. Plik hosts jest najprostszym serwerm DNS i co ważne - przy żądaniu strony Windows najpierw w nim sprawdza czy ma adres IP, a jeśli nie - dopiero odwołuje się do zewnętrznego DNS. Skutkiem tego możemy zrobić tak:

127.0.0.1 localhost
127.0.0.1 kuaiche.com
127.0.0.1 nasza-klasa.pl
127.0.0.1 ads.gazeta.pl

Wadą jest brak możliwości użycia tylko części nazw, jak w bannerfilerze. Musi być podany dokładnie cały adres. W powyższych przykładach zablokowana jest cała NK i reklamy z GW. Plik hosts można dowolnie edytować, można też przekierować konkretną stronę na inną. Przykładowo -  jeżeli jako rodzic chcemy aby nasze dziecko nie czytało np. Pudelka - stosujemy wpis:

216.239.59.104 pudelek.pl

Dzięki temu każda próba wejścia na pudelka skończy się stroną główną google. Praktycznie nie ma szansy obejścia, jak również odkrycia dlaczego tak się dzieje. Jeżeli jednak dzieciak na to wpadnie - należy pochwalić i zainwestować w naukę;-) Dla zwiększenia stopnia trudności plikowi hosts można nadać atrybut Read Only. 

Rozwiązania kompleksowe, oparte o serwery nie są oczywiście jedynymi możliwymi. Opisałem te które stosuję w praktyce, w zależności od potrzeb. Dla użytkownika domowego są one trudne do wdrożenia (z wyjątkiem tego z plikem hosts), dlatego częściej stosuje się blokady z poziomu przeglądarki. W chwili obecnej są dwie przeglądarki które bardzo skutecznie załatwiają sprawę reklam - Opera i Firefox. Różnice są kosmetyczne - Opera ma blokadę reklam wbudowaną, do Firefoxa potrzebna jest wtyczka AdBlock i AdScript. Opera ma jednak całkiem wygodny system ręcznego wskazywania co reklamą jest. Wystarczy na stronie kliknąć prawym klawiszem myszy w jej pustym miejscu i wybrać opcję Zablokuj zawartość. Po czym kliknąć w to co jest reklamą i zastosować. Opera swoim działaniem przypomina nieco bannerfilter - dopisuje do listy zabronionych coś takiego:

http://*.adnet.pl
http://*banner*

To oczywiście krótki przykład, lista jest o wiele bogatsza, ale widać że można blokować konkretne subdomeny i słowa w adresie. 

Ale się napisałem dzisiaj;-) Pora odpocząć. Moja notka nie wyczerpuje zagadnienia, jest raczej wskazaniem drogi, niż analizą możliwości i rozwiązań. Zalecam jak zawsze samodzielne myślenie i działanie na chwałę internetu bez reklam;-) W komentarzach proszę o ewentualne pytania.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Reklama i walka z nią.

Nienawidzę reklam. Wszystkich. Walczę z nimi jak się da i odnoszę w tej walce sukcesy. Postanowiłem podzielić się w serii notek swoimi doświadczeniami w walce z reklamą. Ale zanim to zrobię - odrobina teorii;-)
Reklamę można podzielić na kilka rodzajów. Prasowa, radiowa, telewizyjna, zewnetrzna, internetowa. Oczywiscie w ramach zewnętrznej mamy zarówno ulotki jak i billboardy.  Bez większego problemu da się skutecznie zwalczyć reklamę prasową, internetową, radiową i telewizyjną. Problemem są billboardy. Nie ma jak ich zasłonić, jedynie można nauczyć się niedostrzegania. Lub ignorancji na treść. Jakaś część treści i tak pozostanie w nas, ale zasadniczo się da. Przykład - zazwyczaj kupowałem dżinsy Big Star. Odkąd ich "twarzą" została Doda - powiedziałem NIE! Ustaliłem roczne embargo na zakupy w sklepach Big Stara. Skończy się za rok w sierpniu. Zamiast zyskać - stracili. Akurat bowiem kupowałem sporo ubrań, które normalnie kupiłbym tamże.
Reklama internetowa - pozbycie się jej jest najprostsze. Mamy dwie metody - blokada na poziomie serwera, lub przeglądarki. Można połączyć oba rozwiązania. Skuteczność - 100%. Internet działa szybciej i wydajniej. Nie marnujemy łącza na pobieranie reklam, są one pomijane już podczas pobierania. W przypadku sieci firmowych - wskazane jest blokowanie na poziomie routera - dzięki temu kilkadziesiąt kompów firmowych całkiem sporo łącza zaoszczędzi;-)
Reklama radiowa - tu jest trudno. Jeżeli ktoś jest uzależniony od wiadomości - to raczej bez szans. Jeżeli zależy nam na słuchaniu ulubionej muzyki (mowa o gatunku a nie konkretnych utworach) - jest sporo stacji internetowych, które można po prostu nagrać do formatu mp3 i odtwarzać w samochodzie. Jak to zobić - opiszę w osobnej notce wkrótce.
Reklama prasowa - pomijanie wzrokiem. Ale z drugiej strony - po co gazeta na papierze komuś kto korzysta z kompa? A w kompie wycinamy reklamy i po sprawie. W dobie tanich netbooków i smartfonów - papierowa prasa nie ma racji bytu.
Reklama telewizyjna - możnaby pomyśleć że to mission impossible. Otóż nie. Najłatwiej wyciąć reklamy z internetu, a zaraz potem właśnie z telewizji;-) Wszystko dzięki małej zmianie przyzywczajeń. Trzeba przestać oglądać jak leci. Przestać być niewolnikiem telewizora. Włączać go tylko wtedy kiedy naprawdę chcemy coś obejrzeć. A pod telewizorem mamy komputer klasy PC z odpowiednim oprogramowaniem. Banalnie prosto programujemy nagrywanie, system sam obrabia nagranie, wycinając reklamy, które swietnie wykrywa. Co musi być w takim kompie? Karta telewizyjna;-) A jak będą dwie - to jednocześnie będzie umiał nagrywać z dwóch kanałów. Skutek? Dysk pełen programów które banalnie prosto zaprogramowaliśmy do nagrywania, z wyciętymi już reklamami. Oglądamy kiedy chcemy. Żeby była pełna jasność - raczej wskazane dla posiadaczy kablówki, aczkolwiek są karty do PC obsługujące TV satelitarną, ale nie ćwiczyłem tego tematu. Czego i jak użyć - będzie w osobnej notce. Coming soon!!!