Poszukaj w Google...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2013

Trzy żydowskie sklepiki z obuwiem

W piątek musiałem pokręcić się po mieście, w okolicach Żelaznej. W miejscu gdzie Niemcy urządzili podczas ostatniej wojny getto. Niewiele tam pozostało z dawnej zabudowy, bo po stłumieniu powstania w getcie - zabudowania zostały wyburzone i teren wyrównany z ziemią. Ostały się nieliczne kamienice, które w tamtym czasie stały tuż przy terenach getta. 

Po wojnie odbudowano niektóre budynki, ale przeważa klasyczna powojenna, socjalistyczna zabudowa mieszkaniowa, poprzetykana współczesnymi apartamentowcami. Na parterach budynków rozmaite sklepy, a na piętrach biura lub mieszkania. Spacerując ulicą Ogrodową (krzyżówka dla Żelaznej) wypatrzyłem coś co uwieczniłem na poniższej fotce.


Z pozoru zwyczajna fotka, widać budynek, jakiś sklep papierniczy, zaparkowane auta. Przyjrzycie się jednak dobrze - to nie jest jakiś sklep - to są TRZY sklepy z tym samym! Zupełnie jak w starym, znakomitym dowcipie:

Trzej żydowscy handlarze postanowili otworzyć sklepy z obuwiem. Pech chciał że wszystkie trzy powstały w tej samej kamienicy, jeden przy drugim. Żaden z kupców nie był zadowolony z osiąganych zysków i myślał jak je zwiększyć. Pierwszy na pomysł wpadł ten co miał sklep po lewej. Zamówił duży szyld na witrynę - "Tylko u nas najnowsze wzory paryskie!". Jak zobaczył to ten co miał sklep po prawej - natychmiast zawiesił szyld - "U nas najniższe ceny!". Kiedy pomysły konkurentów dostrzegł ten co miał sklep pośrodku - zawiesił tablicę "GŁÓWNE WEJŚCIE".

Dodatkowa fotka, bo na górnej nie widać napisu
 DRUKI na drzwiach środkowego sklepu.

Nie wiem jak w sklepach ze zdjęcia sprzedają się tak reklamowane druki, ale duch poczucia humoru dawnych mieszkańców tej dzielnicy daje się wyczuć;-) Bardzo mi ta cała sytuacja poprawiła humor w piątkowy poranek. Na zakończenie dodam tylko że kawałek dalej są jeszcze dwa sklepy z drukami;-)

piątek, 1 lutego 2013

RNEG i aktualizacja bazy fotoradarów



W wielu autach możemy spotkać wbudowane nawigacje. Często do wielu różnych marek dostarcza je ten sam producent. Nie wiem jakie umowy podpisują między sobą wytwórcy aut i systemów nawigacyjnych, ale zazwyczaj to co trafia do aut nie jest najwyższych lotów, a do tego aktualizacje pojawiają się z rzadka i trzeba za nie słono zapłacić. Da się to przeżyć, choć z bólem, jednakże każdy pewnie chciałby mieć w miarę regularną aktualizację POI i map fotoradarów. Nawigacja montowana w Citroenach i Peugeotach - tzw. RNEG (MyWay) ma możliwość ostrzegania o fotograficznych atrakcjach, jednakże tutaj wracamy do punktu wyjścia - rzadkość aktualizacji i dostępność. Cała baza to raptem jeden plik, specjalnie spakowany. I tymże plikiem się na dzisiejszych zajęciach zajmiemy;-) 

Zacznę od podziękowań dla kolegów z Hiszpanii, Francji, Włoch i Niemiec, bowiem to na ich forach znalazłem niezbędną wiedzę i program. Pozostało tylko przetestować i podzielić się z resztą w ojczystym języku. Tym bardziej że władzuchna nasza kochana dała ITD nadzwyczajne uprawnienia, a ta z uporem i ochotą zajęła się zbójowaniem na drogach. Nowe fotoradary rosną jak grzyby po deszczu, ale co ciekawe - trochę ich znika. Wyparowały gołębniki z przebudowanego odcinka "gierkówki", a nawigacja nadal o nich ostrzega. Dlatego więc szczególnie zainteresowałem się tematem aktualizacji bazy radarowej. 

Zaczynamy. Na początek potrzebujemy specjalny program i kartę pamięci z mapami. Rozpakowujemy program i do jego katalogu wkładamy dwa pliki z naszej oryginalnej karty pamięci: 

hazardareas.lwd - to jest baza z radarami
versionhazard.txt - plik z datą bazy

Odpalamy plik 1_wypakuj.bat i czekamy aż skończy. Pojawi się katalog hazardareas.lwd_speedlimits. Zaglądamy do niego i klikamy dwukrotnie w plik limits.csv - plik jest tekstowy i można go edytować nawet w notatniku. Struktura pliku wygląda tak (fragment):

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14
48.22038,16.39511111,240,1,50,13,14
48.223611,16.40083333,60,1,50,13,14
48.223611,16.40083333,240,1,50,13,14
48.224997,16.40361111,234,1,50,13,14
48.224547,16.40651389,135,1,50,13,14
48.224547,16.40651389,315,1,50,13,14
48.235383,16.407375,141,1,80,13,14
48.235473,16.4075,321,1,80,13,14
48.219876,16.41272222,129,1,80,13,14

Widać lokalizacje i określenia typów kilkunastu przykładowych fotoradarów. Przeanalizujemy pierwszy z podanych:

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14 

Odpalamy przeglądarkę i wchodzimy na https://mapy.google.pl/ - tam wklejamy współrzędne z przykładu:

48.22038,16.39511111 

i widzimy że jest to fotoradar w austriackim Wiedniu, przy ulicy Lassallestraße 2. Fotka:


Zielona strzałka wskazuje lokalizację atrakcji fotograficznej. Niestety street view nie jest dostępne w tej lokalizacji, ale jakoś to zniesiemy;-) Przyjrzyjmy się za to kilku następnym parametrom z linijki opisującej fotoradar:

60,1,50,13,14

Pierwsza liczba to kierunek w którym fotoradar jest wycelowany - 60 stopni. Jak to obliczamy? Prosto - nałóżcie sobie w wyobraźni tarczę analogowego zegarka na powyższe zdjęcie. Na godzinie 12 jest zero stopni, na szóstej - 180. Logicznie zatem na trzeciej mamy 90 stopni. Jak widać ulica Lassallestraße przebiega od godziny powiedzmy drugiej do ósmej - czyli fotoradar łapie tylko tych jadących od strony godziny drugiej - stąd właśnie owo 60 stopni. Wartość ta nie musi być super dokładna, gdyby wpisać tam kilka stopni w jedną czy drugą stronę - też zadziała. Ponieważ ten fotoradar może działać w obie strony - wpis w bazie jest zdublowany i zawiera dwa kierunki. Widać to ładnie jak spojrzymy na dwie pierwsze linie podanego fragmentu pliku:

48.22038,16.39511111,60,1,50,13,14 
48.22038,16.39511111,240,1,50,13,14 

Widać że w drugiej linijce zmienia się parametr 60 na 240. Czyli właśnie kąt w stopniach. Godzina ósma to właśnie około 240 stopni. Informacja dla mających problem z przeliczaniem kąta:

godzina kąt
1 - 30
2 - 60
3 - 90
4 - 120
5 - 150
6 - 180
7 - 210
8 - 240
9 - 270
10 - 300
11 - 330
12 - 0/360

W przypadku kiedy fotoradar robi fotki z czterech kierunków - wpisy będą cztery z różnymi kątami. Istnieje też specjalny parametr -1 (minus jeden) - określa on że fotoradar może pstrykać zdjęcia w dowolną stronę (lub jest często przestawiany i nie znamy dokładnego jego położenia). Po co takie zamieszanie? Jeśli bowiem określimy kierunek patrzenia fotoradaru - nie będziemy ostrzegani o jego istnieniu kiedy nadjeżdżamy z drugiej strony. Jako że w Polsce ITD sporo fotoradarów obróciła do robienia zdjęć od tyłu - w pliku trzeba podać odwróconą wartość kąta patrzenia, lub wpisać -1. 

Opcja podawania dokładnego kąta ma też swoje dodatkowe uzasadnienie. W Warszawie stoi na skrzyżowaniu Sobieskiego i Sikorskiego tzw. superradar. Fotografuje przelot na żółtym/czerwonym i mierzy prędkość. Dowcip polega na tym że na Sobieskiego wolno jechać 50, a na Sikorskiego 60 km/h. Stąd opisany jest czterema linijkami w bazie, z podaniem kąta, ale różnymi prędkościami dozwolonymi.

Wracamy do analizy naszej linijki. Po określeniu kąta znajduje się typ fotoradaru. Wartość ta wynosi 0 lub 1. Parametr 0 występuje tylko na autostradach, wszystkie inne mają oznaczenie 1. Proponuję nie kombinować, wpisujemy wszędzie 1, bo i tak na autostradach stały fotoradar to póki co rzadkość. 

Następny element to dopuszczalna prędkość na którą ustawiony jest fotoradar. Nie wymaga to specjalnego omówienia, poza tym że mieścić się musi w zakresie 0-150km/h i być wielokrotnością 10. 

Za prędkością znajdują się parametry określające typ ograniczenia. Zero oznacza stałe ograniczenie prędkości, jeden to ograniczenie zależne od pogody lub pory dnia. Zakres 4-15 określa długość miejsca z ograniczeniem z mnożnikiem 100 - czyli wpisanie liczby 10 - oznacza że pierwsze ostrzeżenie powinno być nadane z dystansu jednego kilometra przed fotoradarem. Nie zauważyłem aby ten parametr działał całkiem poprawnie. Być może uzależniony on jest od prędkości pojazdu - im szybciej jedziemy, tym wcześniej ostrzega. W bazie przeważająca większość fotoradarów ma ten parametr ustawiony na 13 i proponuję tak opisywać nowe. 

Ostatnia liczba jest numerem sekcji i ma charakter porządkowy. 

A jak dopisać nowy fotoradar? 

Najłatwiej uczyć się na przykładach, zatem dopiszemy fotoradar znajdujący się na rogu Ostrobramskiej i Fieldorfa w Warszawie. To nowe urządzenie, robiące fotki w czterech kierunkach.

Fotka poglądowa:


Linie opisujące atrakcję mają postać:

52.234798,21.097548,10,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,100,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,190,1,50,13,27 
52.234798,21.097548,280,1,50,13,27 

Proponuję samodzielną analizę kątów itp. Sekcja określona jest na 27 - to ostatnia sekcja, bowiem dopisałem ten fotoradar na końcu pliku. 

Kiedy zakończymy prace nad bazą - odpalamy plik 1_spakuj.bat i czekamy na stworzenie nowego pliku z bazą. W pliku versionhazard.txt wpisujemy datę wygenerowania bazy. Nie wiem czy to konieczne, ale prościej to zrobić i podmienić oba pliki na karcie pamięci niż latać w tę i z powrotem do auta;-) 

Na koniec kilka uwag. Komendy do rozpakowania i spakowania bazy najlepiej wydawać z linii poleceń, wówczas okno nie zamyka się samo i widać wynik budowania bazy. Zwracajcie uwagę na ilość fotoradarów zaimportowanych do bazy. Powinna być taka sama jak ilość linii w pliku limits.csv. 

Usuwanie fotoradarów jest niestety lekko upierdliwe. Trzeba w przybliżeniu określić jego współrzędne w Google Maps i później mozolnie odszukać je w bazie. Upewnić się że to te właściwe (wklejając oczywiście do google maps;-) i usunąć linię.

Nie kasujcie rozpakowanej bazy. Nowe fotoradary i wszelkie zmiany nanoście w tym pliku i z niego generujcie nową bazę do wrzucenia na kartę pamięci. W przypadku rozpakowywania ponownie bazy - te wpisy których dokonaliśmy na końcu pliku zostają utracone. Wynika to zapewne z tego że nie zostały one umieszczone we właściwych liniach ze względu na współrzędne. Z racji lenistwa nie chce mi się jednak mozolnie wyszukiwać właściwej linii, aby precyzyjnie umieścić fotoradar, być może ktoś znajdzie rozwiązanie tego problemu, aby łatwo móc to zrobić. Poproszę o wpis w komentarzach;-) Nie ma natomiast problemu jeśli odszukamy jakiś fotoradar i poprawimy jego dane tam gdzie był umieszczony, lub dopiszemy poniżej dodatkowe kierunki fotografowania - taki wpis nie zniknie przy powtórnym rozpakowaniu bazy. Jednakże zaletą dopisywania nowych fotoradarów na końcu pliku jest to, że jeśli zakupimy aktualizację bazy w ASO - to łatwo dokleimy do niej nasze dopiski, bo będą w jednym miejscu. 

Warto nowo dopisane dane skopiować sobie do innego pliku tekstowego i zaopatrzyć tam w komentarze - łatwiej będzie później odnaleźć fotoradar do poprawek. Przyda się też taki plik w razie utraty dopisanych danych - będzie z czego odtworzyć.

Do celów nauki - dodajcie sobie niedaleko domu kilka sztucznych fotoradarów i potrenujcie konfigurację ostrzegania. Współrzędne bierzemy z Google Maps - klikamy na ulicy prawym klawiszem myszki i wybieramy opcję Co tu jest? Wynikiem są precyzyjne współrzędne, gotowe do wklejenia do pliku.

Jeśli program zwraca błędy - zwróćcie uwagę o której linii mówi - zazwyczaj problemem jest przeoczony typ fotoradaru (brakuje jedynki między kątem, a ograniczeniem prędkości). 

I standardowo - wszystko robicie na własną odpowiedzialność. Ja tylko wskazuję kierunki działań, resztę robią Wasze ręce i oczy. 

wtorek, 8 stycznia 2013

Kryzys? Jaki kryzys?

Wszędzie jęki że kryzys. Naród oszczędza i nie kupuje, albo nie kupuje bo nie ma za co. Dziennikarze co raz to trąbią że koniec kryzysu, albo jego środek, albo jednak zielona wyspa. Pranie mózgu na okrągło. Zapragnąłem wspomóc gospodarkę i wydać nieco pieniędzy. Tak naprawdę to żonie chciałem ulżyć i po 15 latach opierania się - kupić zmywarkę;-) Kuchnia przystosowana, raptem kranik wstawić i gotowe. No to kupujemy.

Generalnie nie lubię sklepów internetowych. Irytuje mnie brak możliwości obejrzenia, pomacania, oraz to wieczne czekanie na dostawę. No ale zmywarka to w końcu jest mebelek z blachy, głaskać nie trzeba. Zmierzyłem ile mam miejsca i wybrałem Amicę ZWV 624W. Produkt polski (a właściwie to polskimi rękoma wykonany, bo część marki do Samsunga należy), pora zatem kupić go w polskim sklepie. 

Chciałem mieć towar szybko, znalazłem więc sklep internetowy w Warszawie. Towar był na stanie. Była niedziela, godzina 15:00. Seria kliknięć, wybór sprzętu, adres dostawy, forma płatności. Miałem strzelić przelew, albo od razu kartą zapłacić, ale coś mnie tknęło i wybrałem gotówkę przy odbiorze. Mogłem sam po zmywarkę pojechać, bo mam swój wygodny wózek, duże auto i windę do domu. Zdecydowałem się jednak na dostawę przez sklep bo było niedrogo i miało być szybko. Dostawa sprzętu w godzinach 16-21.

Poniedziałek - godzina 16:00 - ze strony sklepu cisza. Nie zadzwonili z pytaniem czy czekam drżący i gotowy na dostawę. Zadzwoniłem więc sam. Pan odebrał po dłuuuuugim oczekiwaniu i po podaniu numeru zamówienia obiecał że w ciągu 30 minut oddzwoni z informacją. 

Po półtorej godzinie sam zadzwoniłem ponownie, bowiem jak się domyślacie Pan zapewne zmarł i nie zdążył nikomu przekazać numeru zamówienia. Odebrał inny Pan i powiedział mi po chwili (podałem numer zamówienia) że niestety zmywarka będzie dopiero po siedemnastym stycznia. W ciągu sekundy osiągnąłem stan wrzenia i zdjąłem krawat. Oczywiście Pan zwalił wszystko na system, bo zmywarka owszem była, ale już sprzedana, ale system jej nie zdjął ze stanu. Odpowiedziałem że mam to w poważaniu i niech sobie zmienią firmę która im system robi, bo partaczy robotę. Specjalnie wybrałem ten sklep bo informował że ma sprzęt na stanie i miał szybką dostawę. Zmarnowali mi dzień, bo wiedziałem gdzie interesująca mnie zmywarka na pewno stoi i czeka - mogłem sobie po nią już w poniedziałek rano pojechać. Kazałem skasować zamówienie i pocałować się w dupę z taką obsługą i poszanowaniem klienta.  

Wsiadłem w samochód, pojechałem do Euro (polski sklep) i tam bez łaski kupiłem od razu to co chciałem. Zapłaciłem, zapakowałem w samochód i przywiozłem do domu. Chwilę później podłączyłem i zmywaaaaaa.

Jakby ktoś chciał wiedzieć jakiego sklepu internetowego unikać  - to służę - www.agdhome.pl. Dziś, tj. 8.01.2013 - sprzęt nadal figuruje jako dostępny. Brawo! Walczcie tak z kryzysem dalej, a na pewno padniecie... 

czwartek, 6 września 2012

Apart ...jego mać...

Jako mały komuszek, albo raczej komunista - dostałem kiedyś zegarek naręczny od mego chrzestnego (pozdrawiam w tym miejscu). Radziecki Poljot, 21 rubinów - cacko. Zaginął niestety w mrokach historii. Potem nosiłem jakiś inny czasomierz naręczny. Nastanie czasu komórek spowodowało że zrezygnowałem z zegarka na rzecz telefonu, na którego ekranie zawsze widniała godzina. Jednak ze dwa lata temu postanowiłem powrócić do noszenia ręcznego zegarka analogowego, jakoś bowiem cyfrowe zegarki mnie irytowały. Spowodowała to fajna wyprzedaż w Aparcie, gdzie za 187 zł kupiłem zegarek wart ponad 900 zł - produkcji Jacques Lemans. Firma może taka sobie (taka tam marka marketingowa), ale zegarek był ładny - zaspakajał moje wyuzdane gusta. Koperta z tytanu, bransoleta z nierdzewki. No i cena jak widać zacna. 

Maszyna służyła mi bez zarzutu przez dwa lata, ale na jednej ze strzelanek dostała kulką 6mm w szkiełko szafirowe, z bliska. Ono tego nie zniosło i malowniczo "eksplodowało". Początkowo planowałem kupno nowego zegarka, ale me hrabiowskie spojrzenie na design powodowało że podobały mi się wyłącznie cacka od 2 tysięcy złotych w górę. Dlatego zdecydowałem się na naprawę (wymianę szkła) w salonie Apart, bo w takowym ten zegarek nabyłem. Warszawski sklep na Dworcu Wileńskim przyjął zegarek do naprawy informując mnie o 30 dniowym terminie naprawy. Z bólem serca przełknąłem ten czas (no ile może trwać wymiana szkła???). 

Po około 35 dniach będąc przy okazji w owym Centrum Handlowym, zajrzałem do salonu Apartu z pytaniem - gdzie jest mój sikor? Pani powiedziała że nie zdarza się zasadniczo żeby w ciagu 30 dni cokolwiek naprawili. I że sprawdzą i zadzwonią. Następnego dnia o 8 rano jakiś miś z Apartu zadzwonił do mnie (tak, o 8 zazwyczaj jeszcze śpię) z infem że czekają na części. Cudownie, nie ma to jak niepotrzebna informacja z rana...

Potem zapadła taka niezręczna cisza. Minęło 65 dni. Napisałem maila do Apartu z pytaniem - gdzie kurwa jest mój zegarek??? W końcu przesyłka z Hong-Kongu idzie max 5 dni do Polski. Skąd zatem importują mineralne szkiełko to tego zegarka? Księżyc? Mars? Nie raczyli przez dwa dni odpowiedzieć. 

Procedury serwisowe do bani, procedury kontaktu z klientem takoż. Jakim cudem w ogóle Apart zarabia na swe istnienie? Drogi Aparcie - nic więcej u Was nie kupię. Na złość i dla zasady. A akurat odłożyłem sobie trochę drobnych na fajniejszy zegarek i kupię go u konkurencji. Parafrazując Józefa Piłsudskiego - "Wam kury szczać prowadzać a nie klientów obsługiwać".

wtorek, 12 czerwca 2012

Cudny idiotyzm

Z racji posiadania kwatery głównej na ulicy Postępu - czasem tam bywam. Dzisiaj przyszło mi posiedzieć w pracy nieco dłużej, czymś więc trzeba było zapchać żołądek. Zapragnąłem pizzy, ale w portfelu tylko plastik. No to szukamy pobliskiego bankomatu. Odpaliłem Google i oto co ujrzałem:


Punkt z literką A to bankomat Euronetu - oddalony ode mnie o 350 metrów. No to idę.Urządzenie mieści się w biurowcu szacownej firmy PlusGSM. Wchodzę do holu i się rozglądam. Bankomatu nie widać. Pytam więc ochronę stojącą z dumną miną i słuchawką w uchu. I dowiaduję się że bankomat owszem jest, ale tylko dla pracowników Plusa. WTF??? Informacja o tym że jest on dostępny tylko dla pracujących w budynku jest podana jako opinia - kliknijcie w literkę A na powyższej mapce i potem w Opinie. Nie jest czytelna i wyraźna od razu. To po co w ogóle publikować informacje o niedostępnym bankomacie?

Zasadniczo nie ma się o co czepiać. Firma dba o personel, fundnęła im bankomat. Tyle że ostatnimi czasy przybyło sporo biurowców i mieszkań w okolicy i może pora postawić to urządzenie bliżej ludzi? Nadal będzie dostępne dla pracowników, którym przecież korona z głowy nie spadnie jak będą go mieli po drugiej stronie bramek wejściowych.

A na zakończenie - żeby tylko bankomat w Plusie nie skończył jak budka telefoniczna w K.S. Tęcza ;-)


Przewijamy do 6:24 i delektujemy się dialogiem ze sprzątaczkami;-) Dla leniwców link poniżej:

piątek, 25 maja 2012

Koniec gimnazjum

Czas nie stoi w miejscu i córka która niedawno kończyła podstawówkę, dziś kończy gimnazjum. Siłą więc rzeczy uczestniczę w nowoczesnym procesie rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych. W stolicy wygląda to następująco:
- uczeń dostaje login/pass do specjalnego systemu
- uczeń loguje się i rejestruje w systemie swoje preferencje - czyli max. trzy szkoły w kolejności w jakiej chciałby się do nich dostać
- system rejestruje zgłoszenie, ale generuje kwit do wydrukowania i zaniesienia do pierwszej wybranej szkoły. 

Całość nie wygląda tak źle, dopóki nie spojrzymy na szczegóły. Po pierwsze ktoś założył że w każdym warszawskim domu jest drukarka. No bo gdzieś trzeba podanie wydrukować. Założenie cokolwiek ryzykowne i hurraoptymistyczne. Zaręczam że są ludzie którzy drukarek nie mają ani w swoim, ani żadnym zaprzyjaźnionym domu. W pracy też nie, bo np. nie pracują w cieplutkim biurowcu na Służewcu. 

Po drugie - system oczekuje że wraz z owym podaniem, złożymy potwierdzoną kopię świadectwa badań lekarskich. Żaden problem dla tych którzy idą do liceum i wybrali sobie nawet trzy różne (brak badań zawodowych). Jednakże moja córka wybrała dwa technika i dopiero jako ostateczność liceum. Każde technikum mieści się gdzie indziej i ma inne wymagania co do badań zdrowotnych. Same badania finansowane przez NFZ to temat na osobną notkę, na szczęście dość wcześnie pogoniłem latorośl do ich załatwienia, więc przed finalnym terminem składania podań - miała je gotowe. I teraz szczyt dowcipu - podanie z badaniami składa się do pierwszej szkoły którą się wybrało (załączając badania z drugiego technikum, jeśli startujemy do dwóch oczywiście). Dokument potwierdzający stan zdrowia - musi być potwierdzoną przez szkołę docelową kopią. Wczoraj zatem udałem się do drugiego technikum które zostało wybrane, aby zrobili kopię dokumentu i potwierdzili ją. Na miejscu okazało się że kopii nie zrobią bo się toner skończył. No tak, przepraszam, powinienem był to przewidzieć i przybyć ze swoją kopią. Po prostu w głowie mi się nie mieści że w szkole, w okresie rekrutacji - ktoś w sekretariacie radośnie informuje że toner się skończył. Bo pewnie ciężko było przewidzieć ten fakt i zamówić wcześniej... Od lat niezmiernie irytuje mnie to że rozmaite sekretariaty urzędów mają jakiś kosmiczny opór przed kopiowaniem dokumentów (kiedyś wydziały komunikacji życzyły sobie aby to petent przynosił gotowe kopie, bo oni nie mają tonera i papieru na takie duperele).

Najlepsze jest w tym wszystkim to, że owo mityczne potwierdzenie kopii zaświadczenia w jednym akapicie podania jest i nie jest wymagane. Popatrzcie uważnie na fragment:


Jak widać logiki w tym żadnej - ostatnie zdanie przeczy kilku poprzednim... Czyli mogłem sobie oszczędzić jeżdżenia, ale jak znam życie to by się okazało w momencie składania papierów że jednak musi być potwierdzona, a czasu już nie ma - bo to ostatni dzień składania podań.

Po trzecie - po zebraniu wszystkich papierów - składamy podanie w pierwszej wybranej szkole i grzecznie czekamy na wyniki egzaminu gimnazjalnego, listy przyjęć, potwierdzamy toto, itp. Harmonogram działań zajmuje stronę A4 i trzeba starannie terminów pilnować. Niby miało być prosto, ale wcale tak nie jest. Latania za kwitami całkiem sporo (po jakiego wała potwierdzona przez docelową szkołę kopia badań?), samego papieru też imponująca ilość idzie. To już nie można było konsekwentnie? Po zarejestrowaniu podania w systemie elektronicznym, podjechać tylko do szkoły, dać pani o ręki dodatkowe kwity z badaniami, pani to w skaner i "dopina" do podania w systemie. 

Za godzinkę jadę złożyć dokumenty do szkoły. Ciekawe czy mnie jeszcze z jakiegoś powodu krew zaleje. Tym niemniej kopię badań do tej szkoły - zabieram na wszelki wypadek...

poniedziałek, 2 maja 2011

Czy Polacy to idioci?

Tak zapewne sądzi Tesco w Warszawie. Konkretnie to na Gocławiu. Nowe, rzekomo największe w Polsce. Byłem tam właśnie na zakupach. Kawał ze mnie buraka bo zakupy z listą, zero kupowania impulsowego, staranne sprawdzanie cen - bo nie lubię być jeleniem, dla miszczuf marketingu. Jednak na stoisku z napojami znalazłem prawdziwy paśnik dla jeleni:


Oto zajebista wręcz promocja. Kupujemy sześciopak dwulitrowych butelek CocaColi. Płacimy jednak tylko za cztery, dwie mamy gratis. Tak głosi zarówno napis na zgrzewce, jak i na starannie skonstruowanej etykiecie. Tylko cena coś nie teges. Wychodzi 4,83 za butelczynę. Idę do regału gdzie stoją pojedyncze butelki i co widzę?


Promocja trwa tyko do 4.05 - chcesz się poczuć jak prawdziwy idiota? Zasuwaj do Tesco na Gocławiu, zanim się skończy...

piątek, 8 kwietnia 2011

Zły początek sezonu

Nie mam szczęścia do skutera w tym roku. Zaliczyłem trzy tygodnie temu wywrotkę na resztkach piasku, na szczęście niegroźnie. Sądziłem że to taka "wprawka" w nowym sezonie, ale niestety wczoraj jadąc do klienta - miałem poważniejszy wypadek - gwałtowne hamowanie na nawierzchni pokrytej porannym deszczykiem skończyło się poślizgiem i glebą. Pękł obojczyk lewy i trzeba było pojechać do szpitala. Skuter cały zasadniczo, ja w sumie poza tym obojczykiem też w niezłym stanie, ale chcę dzisiaj napisać o tym co zobaczyłem w szpitalu. Bo nie był to byle jaki szpital - tylko ten w którym leczą naszych dostojników państwowych - Szpital MSWiA. 

Mili ludzie podrzucili mnie z miejsca przyziemienia do szpitala (którym tutaj serdecznie dziękuję) i udałem się na Izbę Przyjęć. Znalezienie jej nie jest takie proste, ale udało się. Kolejeczka do rejestracji nie jest niczym miłym, szczególnie z bolącym coraz bardziej barkiem, ale kilka minut musiałem odstać. Aby się zarejestrować trzeba mieć dowód osobisty i poświadczenie faktu bycia ubezpieczonym. Oczywiście zawsze wożę ze sobą aktualny druk ZUS RMUA :-) Ciekawe że w 12 lat od rozpoczęcia informatyzacji ZUS - nadal trzeba mieć ten świstek - jakby nie można było zrobić prostej strony www, gdzie w jedyne pole formularza wpisuje się pesel i dostaje odpowiedź o treści:
"Obywatel o nr Pesel - XXXXXXXX w dniu sprawdzenia tj. XX-XX-XXXX jest objęty ubezpieczeniem" 

piątek, 18 lutego 2011

Bileciki do kontroli

Mieszkam w Warszawie już całkiem sporo lat, ale jako zmotoryzowany mieszkaniec z rzadka korzystałem z komunikacji miejskiej. Raz jeden miałem naładowaną do pełna Warszawską Kartę Miejską i dojeżdżałem przez miesiąc do pracy - bo akurat żadnych delegacji nie miałem. Zawsze jakoś tak pechowo się składało że częste wyjazdy służbowe powodowały ekonomiczny bezsens posiadania zakodowanego biletu 30 dniowego. Z drugiej strony - irytowało mnie że nie mogę na WKM zakodować np. 50 sztuk biletów jednorazowych lub czasowych i spokojnie zużywać w miarę potrzeby. Kupowanie biletów w nocy nie należy bowiem do czynności prostych. Co prawda od roku stawiane są automaty biletowe, ale nie jest ich jeszcze na tyle dużo aby móc się na nie zdać. O konieczności posiadania pieniędzy nie wspomnę.

Z powyższych powodów zainteresowałem się jakiś czas temu opcją MPay, ale długa lista kodów do wbijania z klawiatury i brak wsparcia w wygodny sposób ze strony mojego operatora - skutecznie mnie do tego zniechęciły. Dlatego pojawienie się na rynku warszawskim firmy SkyCash spowodowało że przyjrzałem się ich ofercie. Z grubsza patrząc - oferta wprost wymarzona dla mnie. Mogę kupić bilet bez pieniędzy, bez zapamiętywania kodów, bez szukania automatu, lub męczenia kierowcy pojazdu. Wystarcza mi moja komórka. Jest ciekawie - zatem przymierzyłem się do testów.

piątek, 17 września 2010

JamnikGate - czyli komu to przeszkadzało?

Kilka dni temu warszawski ZTM zarządził zrywanie z autobusów niskopodłogowych loga z zielonym jamniczkiem. Oto materiał TVN Warszawa:
http://www.tvnwarszawa.pl/2,2373963,1,1,0,0,wideo.html

W innych miastach jak widać jamniki mają się dobrze. Pewnie nie mają tam ZTM.

Bardzo mnie ciekawi w czyim umyśle najpierw pojawiła się ta znakomita myśl? Dlaczego genialne w swej wymowie logo trzeba usunąć i w jego miejsce nalepić numer taborowy? Numer taborowy jest pasażerowi równie potrzebny jak błona dziewicza prostytutce. Jedyny chyba moment w którym pasażerowi ów numer się przyda, to chwila kiedy autobus go ochlapie i odjedzie - wówczas spojrzy na  numer z TYŁU pojazdu. Zielony jamniczek symbolizował ekologiczność autobusu i jego niską podłogę. Logo ZTM, MZA, logo Zakochaj się w Warszawie, czy numer taborowy - nie informuje o przyjazności ekologicznej pojazdu. O nowoczesności zarządcy transportu, który dba w ten sposób o czyste powietrze w mieście i pieniądze na paliwo. O wszelkich innych "zielonych" aspektach też nie.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Warszawa z innej perspektywy

W sobotę miałem okazję zobaczyć Warszawę z niezwykłej jak dla mnie perspektywy - z pokładu kajaka na Wiśle. Wszystko to dzięki Fundacji KiM która pozyskała dofinansowanie od miasta na projekt pod hasłem " Warszawiaku popływaj w kajaku !" Strzał w dziesiątkę, przynajmniej jak dla mnie, ale z tego co widziałem na twarzach innych uczestników - też byli zachwyceni. Żyjemy obok Wisły na co dzień, przejeżdżamy nad nią mostami, nie zbliżamy się zbytnio do rzeki bo brudna i kąpać się nie wolno. Do tego nie bardzo jest gdzie poleżeć nad rzeką, bo ładnych plaż brakuje (w tym roku miasto stanęło na wysokości zadania i plaża po praskiej stronie jest). Dlatego pomysł aby ludzi po prostu wsadzić w kajak - jest znakomity.



czwartek, 24 czerwca 2010

Libeskind po raz kolejny

Ha - nie chciało mi się pisać ostatnio niczego, ale mam newsa o którym napisać trzeba. Otóż NSA dzisiaj wydał wyrok - nie będzie dalszej budowy wieżowca ORCO przy ul. Złotej 44. Amen. W centrum miasta pozostanie nam cudnej urody szkielecik w 1/3 planowanej wysokości.

Martwi mnie tylko to że krakusy zaraz zaczną się nabijać z Warszawy że wszystko musimy z nich zrzynać. Bo oni swojego szkieletorka hodują już ze 30 lat. Nie zaprzeczam że krakowski jest ładniejszy od warszawskiego, ale do cholery, stolica ma prawo mieć własnego! I żaden krakus nam tego prawa nie odbierze! No i nasz stoi w ścisłym centrum!

Szkieletor w Krakowie

Sprawa wieżowca Daniela Libeskinda jest znacznie bardziej pokręcona niż mi się pierwotnie wydawało, kiedy pisałem poprzednią notkę o tym obiekcie. Miasto kilka lat temu wydało zgodę na budowę tego "arcydzieła", okraszonego nazwiskiem wybitnego architekta. Firma deweloperska dostała orgazmu i urządziła olbrzymią akcję promocyjną i handlową - sprzedawano bowiem polskim obyczajem marzenia i dziurę w ziemi;-) Jak widać bogaci też się na to nabierają bo sprzedano ok. 90 mieszkań (czyt. luksusowych w pytkę apartamentów).

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Zrywający się do lotu Orzeł...

Dałem sobie na wstrzymanie na czas żałoby narodowej. Uznałem że przemilczę wszystko od A do Z. Nie wezmę udziału w żadnym roztrząsaniu kwestii pochówku, zamachu i innych historii. I wytrwałem. Dzisiaj żałoby już nie ma - ale mi się nie chce pisać o szaleństwie narodowym.W ostatnim dniu żałoby wybrałem się na rowerek. Przelot przez wyludnioną Warszawę podsuwał mi wizję iż mieszkańcy gromadnie siedzą pod Pałacem i oglądają transmisję z uroczystości w Krakowie. Myliłem się jednak - mieszkańcy Warszawy gromadnie szwendali się po parkach ze swoim narybkiem, jak również zaludniali puby - a te otwarte były bez problemu najmniejszego. W końcu nie ma to jak zimne piwo w taką miłą niedzielę.

Pod Pałacem Prezydenckim ludzi jak na lekarstwo, na placu Piłsudskiego też nie za bogato - trochę narodu w okolicy Grobu Nieznanego Żołnierza, trochę na trawniczkach po bokach. Jakby im pozwolić grilla rozpalić to nastrój byłby lepszy... No ale ja nie o tym miałem pisać. Rowerkiem postanowiłem popenetrować trochę zakamarków miasta - ze szczególnym uwzględnieniem tyłów wieżowca Intercontinental. Konkretnie interesowała mnie wstrzymana budowa wieżowca przy Złotej 44. Firma Orco kupiła znajdujące się w tym miejscu centrum handlowe (chyba pierwsze jakie powstało w Warszawie po 1989 roku), aby je zburzyć i ulepić w tym miejscu coś wspaniałego - czyli to:



piątek, 19 marca 2010

Pisuar z przesłaniem

Poszedłem z rodziną wczoraj do kina. Czasem trzeba oderwać się od klawiatury i wyleźć zza firewalla. No ile można z jutuba korzystać? ;-) Wybraliśmy się na Alicję w wersji cyfrowej i do tego z polskim dubbingiem. Oczywiście za takie rozpasanie jak cyfrowa projekcja trzeba dopłacić, ale niech tam. Aby seansu sobie nie zepsuć - udałem się do toalety gdzie skorzystać chciałem z pisuaru. Było ich nawet sześć a na każdym naklejka jak poniżej:



wtorek, 9 marca 2010

Czy SM tak może?

Trochę zaniedbałem blogaska ostatnio, ale zająłem się innymi sprawami i jakoś nie ciągnęło mnie do pisania. Jednak zaraz to naprawię;-))

Sprawa którą dzisiaj chcę poruszyć dotyczy typowo polskiego załatwiania spraw "na odwal się". We wrześniu ubiegłego roku wytyczono w Warszawie nowe buspasy na Trasie Łazienkowskiej. Zrobiono to szybko i sprawnie, bo ktoś się w ratuszu obudził że wakacje minęły a buspasa nie ma. A przecież obiecali. Co więc zrobiono? W ekspresowym tempie nalepiono taśmę białą tam, gdzie dotychczas była linia przerywana. Powieszono znaki pionowe i przy dźwięku surm grzmiących uruchomiono buspas. Straży Miejskiej stanowczo nakazano karać złych kierowców którzy by się na ów pas zapuszczali. Straż zabrała się więc do pracy gorliwie i ochoczo. Wykorzystała do strzeżenia cnoty buspasa dwa radiowozy marki Peugeot Partner z wbudowanymi fotoradarami. W każdym zaś siedzi dwóch strażników. Osiem godzin dziennie.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

"Malarze" ścienni...

Pokręciłem się dzisiaj trochę po mieście samochodem. Oczywiście jazda autem = stanie w różnych koreczkach. Mniejszych, większych, ale jest czas na porozglądanie się wokół. Wzrok mój przykuły odnowione niedawno elewacje kilku bloków. Żadne tam dzieło sztuki, styropian, tynk klejowy i nieco farby, ale dobrze dobrany kolorek robił swoje - wyglądało to ładnie i czysto. Jak na moje oko laika, to remont zakończył się niedawno. Niestety - jakieś zapewne małoletnie skurwiele, wymalowały na tych nowych ścianach swoje tagi. Oczywiście sprejem. Ot tak, bo za ładnie było i źle się czuli, więc nanieśli swoje logo i jest kul.

piątek, 4 grudnia 2009

Drzewa w mieście

Osiedla na którym mieszkam w Warszawie nie jest wielkim tworem. Dwa nieduże bloki, kawałek parkingu i sporo zieleni. Rozmaite krzaczki ozdobne, trawa i DRZEWA... Ostatnio spółdzielnia wystąpiła do gminy o zgodę na wycięcie trzech topoli i jednego zdaje się klonu. Topole miały być dramatycznie spróchniałe a klon złośliwy (fundament ogrodzenia podważał bydlak). Gmina po zawezwaniu osoby w drzewach uczonej, dokonała oceny drzewostanu wzmiankowanego i wydała zgodę na egzekucję.

czwartek, 10 września 2009

Zakup używanego auta...

Mam kolegę. Dusza człowiek. Uwielbia kupować auta w Warszawie. To na szczęście niegroźne zboczenie, a przy okazji możemy się spotkać, jako że na co dzień mieszka gdzieś w podwrocławskich lasach... Poprzedni wóz pracowicie wyszukał w internecie, zadzwonił, wszystko ustalił, przyjechał i zawiozłem go na miejsce. Kupił i jeździł czas jakiś. Pojazd jednak wredny był, psuł się i został sprzedany następnemu szczęśliwemu nabywcy.

Kolega zagłębił się więc w otchłani internetu szukając nowej zabawki. Oczywiście znowu wygrzebał coś w stolicy. Wybrał kilkuletniego Range Rovera - więc półeczka wysoka. Umówiliśmy się na spotkanie na Dworcu Centralnym i od tego punktu rozpoczyna się ta dziwna opowieść.

Spod Centralnego wystartowaliśmy na Modlińską 158. Paweł mówi że tam stoi jego cacko - jedziemy więc. Godziny południowe, jest pusto, więc sprawnie docieramy na miejsce. Zaglądamy do komisu - nie ma Rovera. Chodzimy, szukamy - no wcięło skurczybyka. Aaaa!!! (klepnięcie w czaszkę) nie 158 tylko 157 (ech, co za sklerotyk;-) - na szczęście na przeciwko. Stoi wymarzona maszyna i czeka na kupca. Wszystko wygląda w miarę ładnie, silnik pracuje równo, pneumatyka też, ale klima trup (było o tym wiadomo, ale liczyliśmy na częściowe działanie). Chcemy się przejechać i następuje pierwsze zdziwienie. Pan nie da nam się przejechać, a w ogóle z nami też nie pojedzie bo jest sam i musi interesu pilnować. Ale jakby nie musiał to i tak żaden z nas nie poprowadzi auta. Mamy je kupić bez jazdy próbnej wykonanej osobiście, bo pan ma taki zwyczaj. Spytaliśmy pana jak ma więc zamiar coś sprzedać, na co pan filozoficznie stwierdził że setki aut już w życiu kupił i sprzedał i nie będziemy go pouczać. Oczywiście że nie będziemy - zaproponowaliśmy panu żeby nas cmoknął tu i ówdzie i poszliśmy sobie.

Laptop na kolana, szukamy innego Rovera. W stolicy komisów multum, coś się znajdzie. W zakładanym budżecie mieściło się kilka egzemplarzy. Seria telefonów i jedziemy z Modlińskiej na Pułkową. Tam miał być następny, w idealnym stanie, po Niemcu co całe życie na niego oszczędzał, wreszcie kupił, raz do kościoła pojechał i umarł w drodze powrotnej. Czyli standardowa historia auta sprowadzonego do Polski z Niemiec. Zajeżdżamy, wchodzimy do komisu i widzimy coś, co nie wygląda jak cacko. Nie zrażeniu pozorami chcemy auto obejrzeć, więc prosimy komisanta o zaprezentowanie. Okazuje się że poduszka kierowcy jest pusta, komputer wypluwa serię błędów - od rozpoczęcia oględzin minęły 2 minuty, a tu już takie niespodzianki (a cacko miało być). Paweł wypala:
- Powiedział Pan że auto jest w idealnym stanie. Pan mnie oszukał, jest Pan nieuczciwy. Nie mamy już o czym rozmawiać.

Komisant zbaraniał - przecież to normalne ściemniać klientowi. Ale żeby klient mu takie rzeczy w oczy powiedział? A my sobie poszliśmy, niech Pan Komisant poduma nad słowami i ich ładunkiem prawdy...

Kolejna maszyna miała stać u dealera Opla na Rudnickiego, ale jej tam nie było. Następna odpadła po rozmowie telefonicznej. Wreszcie Paweł przypomina sobie że samochód na Modlińskiej (ten pierwszy Rover) omawiany był jeszcze z Wrocławia telefonicznie z kimś bardzo kompetentnym (w sumie dlatego przyjechał go kupić). Dzwoni pod numer z którym wtedy rozmawiał, okazuje się że to właściciel auta. Paweł tłumaczy że komisant potraktował go jak intruza a nie klienta. Właściciel umawia się z nami w tym komisie za pół godziny. Jedziemy z powrotem na Modlińską. I jazda próbna się odbywa bez problemu, z właścicielem auta. Tyle że negocjacje cenowe spełzają na niczym. Właściciel nie chce zrozumieć że sprzedaje auto z pewnym wadami, które trzeba naprawić (nieszczelna klima i parę drobiazgów).

Następny Range stoi w Markach. Jadąc tam, Paweł uruchamia plan B. Zamiast Rovera będzie Suzuki Grand Vitara. Dzwoni pod numer który miał przygotowany jako odwód całkowity. Umawiamy się z właścicielem za godzinę. Jak się okazuje - mieszka 500m. od miejsca gdzie ja mieszkam... Dojeżdżamy do Marek, Range to kawał szrotu, lecimy więc obejrzeć Suzuki. I auto zostaje spokojnie obejrzane, sprawdzone, wszystko jest sprawne, faktura za wymianę płynów eksploatacyjnych 2 tys. km. temu, samochód nie wygląda jakby objechał 10x ziemie dookoła i brał udział w karambolu we mgle na autostradzie. Cena też przyzwoita. No to krótkie negocjacje i zakup. Sprzedawca spokojny, wyluzowany. Sama przyjemność. Wóz dostajemy z apteczką, gaśnicą, trójkątem, dolewką oleju silnikowego, płynem hamulcowym, skrobaczką do szyb i jeszcze piętnastoma innymi rzeczami. Nikt go nie patroszy przed sprzedażą. Normalny człowiek sprzedaje samochód.

Jeszcze szybki wypad do sklepu dla sprawnych umysłowo inaczej. Paweł chciał radio z Bluetooth - wszystkie powyżej 800 zeta. Obok w Norauto wyprzedaż odtwarzaczy - radyjko Sony z BT za 400 zł (identyczne jak moje, które bardzo mu się spodobało ze względu na wbudowany zestaw głośnomówiący Bluetooth). Szybki montaż i Paweł rusza w podróż powrotną. Przed nim 350 km przez Polskę, ciemną, wąską i krętą - bo taka jest krajowa droga do Wrocławia im. III i IV RP...

Podsumowanie - nie powiem nic nowego - większość komisantów to krętacze i oszuści. Auta w komisach to picowane na handel pojazdy, złożone z kilku i odmalowane. Zakup od osoby prywatnej bezpośrednio to najlepszy wybór. O tym wszystkim wiem od lat, sądziłem że może coś się zmieniło. Jednak nic...

A na całkowite zakończenie mała, przezabawna dygresja. Otóż jakieś 11 lat temu pracowałem w firmie która chciała w internecie publikować ogłoszenia motoryzacyjne. Była chyba prekursorem takich stron z ofertami. Wówczas odwiedziłem sporo komisów samochodowych proponując nawiązanie współpracy (pełna elektroniczna wymiana danych, komis dostawał gratis specjalizowany soft do prowadzenia tego biznesu, przez modem wymieniane były 2x dziennie dane o autach na placu itp.) - wówczas odpowiadali:
- Internet? Aaaa, to by nas interesowało. Ile razy w tygodniu wychodzi i w jakich kioskach jest dostępny?
- Panie, kto będzie przez pół kraju po auto do mnie jechał?
- Że co Pan mówisz? Co to jest ten internet?

Dzisiaj - w każdym komisie komputer, internet. Panowie biegli w obsłudze komputera, mniej złota na szyjach i przegubach rąk no i nie dziwią się już że klient z drugiego końca Polski przyjechał po konkretne auto. Nowoczesność w domu i zagrodzie...

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Golden Gate dla ubogich...

Nie każdy warszawiak wie o tym że most średnicowy to tak naprawdę dwa mosty. Umieszczone obok siebie, na tych samych filarach. Po II wojnie uzyskały obecny kształt (przed wojną most był tylko jeden i miał odwróconą konstrukcję). I tak sobie stały i stały. Deszcze, mrozy, korozja, opiłki metalu z przejeżdżających pociągów, ptasie kupy, ludzkie też. To wszystko, plus ząb czasu poważnie zmęczyły most. O ile konstrukcyjnie wytrzyma jeszcze spokojnie z 50 lat, to estetyczna strona pozostawiała wiele do życzenia.
Gazeta Wyborcza napisała o moście średnicowym w tym artykule że jest pomysł pomalowania go na czerwono. Ot taki Golden Gate w Warszawie. PKP początkowo przyklasnęły projektowi, a potem uznały że szary będzie jednak ładniejszy, bo doskonale wpisze się w ogólną szarość kraju i społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem warszawskiego (vide świeża historia szarego tramwaju). Na dzień dzisiejszy nie bardzo wiadomo czy most będzie szary czy jednak czerwony. Remont jest w toku, zobaczy się jak skończą.  A mógłby wyglądać tak:

Dzisiaj wybrałem się na most średnicowy, z zamiarem przyjrzenia się pewnym detalom. Tutaj macie jedną fotkę na tzw. "smaka". Reszta w mojej galeryi - wystarczy kliknąć tutaj.

Most robi od praskiej strony dość przygnębiające wrażenie. Widać że ktoś ćwiczył na konstrukcji różne odcienie czerwieni. Malowanie jest profesjonalne, natryskowe, a nie mazanina pędzlem. Ciekawe czy to robota PKP, czy też osoby która ten kolor zaproponowała. Obok czerwieni przetestowano też odcienie szarości. Jak się komuś moje fotki spodobały to poproszę o komentarze na stronie galerii pod konkretnymi zdjęciami.