Poszukaj w Google...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2009

MEN - Ministerstwo Ewidentnie Niekompetentne

Poranek. Lubię poranki. Kawa i świeża prasa. Co prawda prasa jest bezwonna (czyt. nie czuć zapachu papieru i farby drukarskiej) i za szybką LCD, ale jednak jest to gazeta. Siadam, delektuję się kawą i czytam co tam się w dalekich krainach wydarzyło. A potem co w kraju ciekawego - czy premier zdrów? Czy prezydent znowu nie tupnął nóżką? A może parlament się rozwiązał i posłowie wzięli się do uczciwej roboty?

Dzisiaj jednak krew mnie zalała... Wszystko przez cholerne podręczniki szkolne. Oto bowiem kochane przeze mnie ministerstwo nieróbstwa za pieniądze podatników, ogłosiło że jednak nie muszą być nowe podręczniki. NIE MUSZĄ!!! Dwa dni temu musiały, teraz już nie. Oszukano tych którzy kupili nowe podręczniki i tych którzy nie sprzedali starych, a mogli odzyskać trochę pieniędzy. Ktoś za to powinien odpowiedzieć. I to tak żeby zabolało. Powinien się cieszyć że to Polska a nie Chiny...

Mamy dwie specagencje - takie polskie efbiaje - ABW i CBA - czy aby nie powinny one sprawdzić kto się upasł na tym torcie? Czy się tortem nie podzielił z osobą władną wydać pewne decyzje? Na razie poseł SLD obiecał że zapyta w Sejmie kto za tym stoi, czyli standardowo sprawa się rozmyje.

Mam paragony za podręczniki. Na nich są daty zakupu i kwoty jakie wydałem. Zaczynam pisać pisemko do MEN o zwrot tych pieniędzy. Mam lepsze pomysły jak je wykorzystać. Urzędnicze łapska niech się od nich odsuną...

wtorek, 8 września 2009

Tańca z książkami ciąg dalszy...

Chodzi oczywista o książki dla nastolatki mojej domowej, do klasy pierwszej gimnazjum. Otóż na wstępie pragnę serdecznie podziękować Ministerstwu Edukacji Narodowej i Panu Ministrowi w szczególności. Podziękowania zacznę od słów - UWAŻAM WAS ZA NIEROBÓW, DARMOZJADÓW I PASOŻYTÓW SPOŁECZNYCH. Mili ci bowiem ludzie od kilku tygodni zapewniają mi rozrywki polegające na polowaniu na książki. Czuję się jak Wielki Łowczy po prostu. Dzisiaj objechałem około 12-14 księgarń!!! Tak fatalnie zorganizowanej dystrybcji podręczników jak żyję nie widziałem. Nie wiem też kto kontroluje nakłady, bo na pewno nie ministerstwo. Gdzie wejdę to słyszę: 
- Czy jest..
- Nie ma
- A czy...
- Nie ma
- A moż...
- Nie ma
 Smolenia z Laskowikiem od razu widzę i słynne "Z tyłu sklepu" Och jakież to było prorocze...

Nowy program  nakazał wymianę wszystkich podręczników, o czym pisałem wcześniej. Skutkiem jest niewystarczająca podaż. Nauczyciele dopiero na początku września określili z czego będą uczyć (nie wszyscy, ale część tak uczyniła). Po Warszawie (w końcu duże miasto) latają z obłędem w oczach rodzice szukając takich wyrafinowanych pozycji jak np. j. niemiecki dla  I klasy gimnazjum - kurs podstawowy. Nie ma go nigdzie. NIGDZIE. Z wyjątkiem pewnej księgarni językowej gdzie udało mi się ten podręcznik dzisiaj kupić za 23 zł. Więcej wydałem na paliwo, o straconym czasie nie wspominając. Mało tego - kurs rozszerzony też jest trudno dostępny, więc pod jedną z księgarń spotkałem "konika" który życzył sobie zań 45 zł. Czy to jest normalne??? Czy ktoś jeszcze widział "konika książkowego" czy tylko ja miałem omamy? "Konik biletowy" pod kinem, to rozumiem, ale skoro powstaje "konik podręcznikowy" to znaczy że coś jest mocno nie tak, bo takie byty rodzą się tylko jak skala problemu jest duża i można zarobić.

 Sprawa jest poważna, zmuszono mnie do zakupu kompletu nowych książek, nie dając żadnej alternatywy. Gdyby to MEN kupował książki dla wszystkich szkół - nie byłby tak prędki do regularnych zmian programów. To że wówczas dzieci nie musiałyby nosić książek w tę i z powrotem w plecakach, to zysk przy okazji. Oczywiście urzędnicy maja dzieci w dupie, bo inaczej nazwać tego nie można. Kolejnym zyskiem byłoby to że druk książek byłby wtedy dużo tańszy (duże zamówienia, wiadomo ile trzeba wydrukować, więc nie tłucze się bez sensu na magazyn, nie płaci za magazynowanie itp.). Można też wprowadzić w całym kraju netbooki, albo dać taką alternatywę - wówczas to ja jako rodzic zainwestowałbym w netbooka dla dziecka, a MEN dałby mi materiały do nauki w postaci elektronicznej.

No ale po co? Niech rodzice wydają kasę, niech gnoje tachają książki, a my sobie będziemy siedzieć i kawkę pić. I coś Wam jeszcze fajnego wymyślimy. A żeby was szlag, urzędasy wszystkie trafił... 

sobota, 29 sierpnia 2009

Dziatwa rośnie...

...i rodziców wykańcza. Cisną się na usta słowa ze wszech miar niecenzuralne. Chodzi mi na szczęście nie o mą nastoletnią córkę bezpośrednio, a o koszty związane z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Dziecko posłać trzeba do gimnazjum, wyposażając w komplet nowiutkich podręczników - bo znowu MEN wpadł na pomysł zmiany programu, naiwnie wierząc że dzieciaczki uczyć się będą chętnie i wszystkiego. Żaden stary podręcznik nie ma już zastosowania, swoją drogą jak to się ma do ekologii?

Inne pomysły MEN to obowiązkowy drugi język obcy. Zamiast nauczyć porządnie jednego, poćwiczmy na żywym organizmie naukę dwóch. Otóż nie każdy człowiek ma uzdolnienia lingwistyczne. Zapewne za kilka lat określi się eksperyment jako nieudany i wróci do nauczania jednego języka. Kolejny pomysł to obowiązkowe zajęcia typu chór, techniki plastyczne itp. Kiedyś nazywało się to kółkiem zainteresowań i było dobrowolne. Teraz jest obowiązkowe. Świetny pomysł. Naprawdę nie ma nic fajniejszego jak obowiązkowe uczestniczenie w czyms co było dla chętnych. Ale co się gnoje mają szwendać i nudzić. Niech siedzą w szkole i zakuwają.



Właśnie przydźwigałem stosik podręczników do domu. Waży to ładnych parę kilo, a nie są to wszystkie knigi niezbędne do nasączania dziecka wiedzą. Oczywiście branża wydawnicza zaciera ręce - żywa gotówka leci, interes się kręci. Kniga do j. polskiego - kawał cegły. Podręcznik do plastyki - nie mniejszy. Za to jest w nim na 147 stronie fotka notebooka - jakby ktoś nie wiedział jak toto wygląda. A czemu notebook nie może zastąpić tych cegieł które biedny uczeń taszczyć musi? Problem dźwigania książek jest w Polsce nie rozwiązany od lat. Nie widać też żeby w końcu ktoś się porządnie i systemowo wziął za tą sprawę. Rzesze urzędników w MEN nie robią nic. Zajmują się przekładaniem papierków i wymyślaniem nowych programów. Które potem są drukowane, rozprowadzane i sprzedawane. A rodzic płacze i płaci.

Wcale nie chodzi mi o to że mnie nie stać na podręczniki. Jakby nie było - poszedłbym do MOPS po zapomogę. Wkurza mnie to że muszę wydać niemałe pieniądze na książki i akcesoria niezbędne do nauki.
Co na to podstawowy dokument regulujący zasady w państwie, czyli Konstytucja?

Art. 18.
Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.
 
Art. 70.
Każdy ma prawo do nauki. Nauka do 18 roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa.
Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. Ustawa może dopuścić świadczenie niektórych usług edukacyjnych przez publiczne szkoły wyższe za odpłatnością.
Tymczasem mnie zmuszono do wydanie pewnej sumy na podręczniki do bezpłatnej nauki. Sumarycznie będzie z osiem stówek doliczając inne gadżety, no i komplet książek - póki co nie mam jeszcze tych do nauki języków obcych - a te zazwyczaj poniżej 50 zł nie schodzą. Do tego to zazwyczaj książka i ćwiczenia. Za sumaryczną kwotę wysłałbym córkę do pewnego gospodarstwa gdzie przez tydzień jeździłaby konno do upojenia. Spędziła tam w wakacje tydzień, a mogłaby dwa...

Dopóki notebooki nie zastąpią książek, albo MEN nie zacznie za książki płacić - rodzic nadal będzie musiał wysupłać sumkę z kieszeni i zaopatrzyć dziecko w niezbędne rzeczy. Dobrze że mam tylko jedno dziecko...