Poszukaj w Google...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prąd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prąd. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2014

Fort du Hackenberg

O zwiedzeniu Linii Maginota marzyłem od dawna. Pierwsza szansa pojawiła się jakieś 7 lat temu, ale z racji ulewnego totalnie deszczu - przepadła. Druga nadarzyła się dopiero teraz, podczas wizyty w Thionville we Francji. Dla tych którzy nie wiedzą - Francuzi wybudowali linię umocnień i fortyfikacji, będącą najpotężniejszym tak spójnym systemem bojowym na świecie. Nie wiedzieli wtedy jeszcze że była to dopiero pierwsza wojna, ale faktem jest że stracili na niej ogromną liczbę mężczyzn. Zbudowali więc linię aby zmniejszyć dysproporcje sił z wojowniczym, niemieckim sąsiadem. Francuzów było bowiem tylko 39 milionów, a Niemców 70. Dobrze zbudowane umocnienia pozwalały niewielkiej armii skutecznie odpierać i wiązać walką siły wielokrotnie liczebniejszego przeciwnika, do czasu zorganizowania mobilizacji. 

Ktoś może powiedzieć że to tylko teoria, a linia okazała się wielką przegraną II wojny światowej i niemieckiego rajdu pancernego. Oznaczać to jednak będzie że osobnik taki jest niedouczony;-) Francuzi nie mogli bowiem zbudować linii w pełnej krasie na granicy z Belgią, aby nie zadrażniać stosunków z tym krajem, nie mogli też przewidzieć że Niemcy zastosują Blitzkrieg i zdobędą Belgię bez większego problemu (o cenie 9 milionów ówczesnych franków za kilometr linii nie wspominam). Sama jednak Linia Maginota doskonale sprawdziła się na alpejskim odcinku. Tam Duce Mussolini musiał obejść się smakiem - jego 450 tysięcy doborowych żołnierzy nie było w stanie pokonać ok. 20 tysięcy ukrytych w blokach bojowych Francuzów. Niemcy mimo manewru z wejściem przez Belgię, też nie mieli łatwo i dopiero kapitulacja Francji wyłączyła Linię Maginota z czynnej walki. Po wojnie rola linii była mocno umniejszana i określano ją jako zbędną i niewykorzystaną w pełni. Biorąc pod uwagę że przydała się też Niemcom - wcale taka zbędna nie była;-)

Niedaleko Thionville, w wiosce o nazwie VECKRING (kod pocztowy dla nawigacji - 57920) znajduje się droga dojazdowa do Ouvrage du Hackenberg, czyli Fortu du Hackenberg. Droga jest wąska, jednokierunkowa i kręta. Przed samym fortem znajduje się duży parking, bez kłopotu da się zaparkować. Zwiedzanie dostępne w kilku językach, niestety bez polskiego, nie są też dostępne audiodeskryptory (przynajmniej w 2014 roku). Jeśli więc nie władacie francuskim/angielskim/niemieckim - będzie dużo trudniej. 

Link do strony fortu - http://maginot-hackenberg.com/. Są na niej informacje o cenach i terminach zwiedzania.


Samo zwiedzanie wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze trzeba przybyć na miejsce około 14:00 (w sezonie letnim) i przygotować 10 Euro i ciepły polar. W środku panuje stała temperatura około 12 st. C i jest dość wilgotno. Nie są potrzebne latarki, ale jeśli ktoś chce fotografować (wolno fotografować i filmować bez ograniczeń) to warto zaopatrzyć się w dobrą lampę błyskową. Fotki z komórki szału nie robią - sam fotografowałem Samsungiem Note 3 - efekty widać (nie chciało się lustra targać;-). Można też przyjechać nieco wcześniej i pieszo obejść stanowiska bojowe poszczególnych bloków, ale trasa nie jest zbyt dobrze oznaczona. Warto zabrać ręczną nawigację na taki spacer i przygotować się na ból nóg;-)

Podczas zwiedzania wnętrz najpierw przejdziemy przez różne pomieszczenia użytkowe - szpital, agregatownia, wentylatornia, kuchnia, a następnie można zapoznać się z dużą wystawą broni i wyposażenia żołnierzy wszystkich niemal stron konfliktu. Następnie czeka nas przejażdżka podziemną kolejką, na dystansie ok. 3-4 km. Mocno wieje i bardzo hałasuje;-) Kolejka dowozi nas do bloku bojowego gdzie  wspinamy się po schodach 30 metrów w górę i zapoznajemy się z wyposażeniem taktycznym - jest działająca wysuwana wieża bojowa z haubicą 135 mm! Krótki spacer po powierzchni do drugiego bloku bojowego i powrót tą samą kolejką. Tak wygląda zwiedzanie tego obiektu w pigułce;-)

Fort du Hackenberg jest największym zespołem bojowym w całej Linii Maginota i składa się z 19 bloków. Wszystko to ukryte jest w systemie pagórków (górek) obecnie obficie porośniętych lasem. Zasadniczo nic nie widać z zewnątrz. Wszystkie bloki połączone są podziemnymi korytarzami po których kursuje kolejka elektryczna. Teraz najważniejsza informacja - to wszystko działa i jest w pełni sprawne. Nie zostało zniszczone/wysadzone/przerobione. Linia nadal należy do francuskiej armii i jest udostępniona stowarzyszeniu które oprowadza turystów i dba o utrzymanie obiektów. Niczego nie trzeba sobie wewnątrz wyobrażać - wszystko pokazuje przewodnik i demonstruje działanie. Widać jak wysuwa i obraca się głowica bojowa, działa system wydawania rozkazów, sprawna jest kolejka podziemna.

Sama linia w momencie powstawania była bardzo nowoczesnym obiektem. Miała toalety i prysznice (to nie był standard we francuskich domach wtedy) z bieżącą wodą, elektryczne ogrzewanie, nawet elektryczną obieraczkę do ziemniaków. Prąd pobierany był z zewnętrznej sieci a w momencie przejścia w tryb bojowy - generowały go cztery potężne diesle instalowane normalnie na okrętach podwodnych. Co ciekawe - służba w forcie nie różniła się wiele od tej na okręcie podwodnym - załoga nie widziała słońca przez 4 tygodnie - do kolejnej zmiany. Aby żołnierze nie popadali w depresję - mieli solarium ze specjalnymi lampami. Spanie było rotacyjne - też jak na okręcie podwodnym - czyli jedno łóżko służyło trzem żołnierzom. Zawsze któryś na nim spał. Do tego "wypasu" doliczyć trzeba pełną obsługę medyczną i stomatologiczną. Był nawet aparat Roentgena!

Jednocześnie służbę w Forcie du Hackenberg pełniło 1200 żołnierzy. Każdy z nich dostawał codziennie wyżywienie dobrej jakości (co ciekawe oficerowie płacili za jedzenie), oraz pół litra piwa. Na terenie fortu znajdował się nieduży browar - wydawał on codziennie w sumie 600 litrów piwa. W podziemiach znajdowały się olbrzymie magazyny z zapasami pożywienia, wody, ropy i amunicji. Miały wystarczyć na trzy miesiące walki, bo na tyle obliczono utrzymanie Linii Maginota. Miała ona po prostu wiązać siły przeciwnika i dać czas na mobilizację armii. Podczas walki, kiedy wszystkie bloki bojowe otwierały ogień do wyznaczonych celów - na minutę zużywano cztery tony amunicji! Niesamowity jest ogrom, rozmach i logistyka tego obiektu.

Gorąco polecam osobiste zwiedzenie tych umocnień - robią wrażenie nie mniejsze niż egipskie piramidy. Rozmach i niesamowite wykonanie zapierają po prostu dech w piersiach. A kiedy nasycicie oczy i inne zmysły - niedaleko jest Verdun - miejsce słynnej długiej bitwy z I wojny światowej...

Na zakończenie dzisiejszej notki - zestaw fotek z telefonu;-) Wystarczy kliknąć, a poniżej kilka fotek na zachętę;-)












niedziela, 30 czerwca 2013

Zasilanie komórki w terenie

Parę miesięcy milczenia, zajęty różnymi projektami nie rozpieszczałem Was swoją twórczością. Pora nadrobić zatem drobne zaległości. Dzisiaj będzie o rozwiązaniu problemu który nurtuje wielu -  szybko padające akumulatory w telefonie. Nowoczesne smartfony oferują mnóstwo fajnych funkcji, wspieranych przez czujniki przyspieszenia, gps i inne cuda - wszystko to jednak wymaga energii do zasilania. Standardowa bateria w telefonie rzadko ma ponad 2000mAh (czyli 2Ah) - więc jeśli chcemy np. za pomocą Endomondo śledzić swój wyczyn na rowerze, lub bieganie po lesie, a do tego używać nawigacji - to po sześciu godzinach mamy koniec zabawy. 

Jako że własnie ponownie dostałem ataku cyklozy i ostro męczę rower - postanowiłem podzielić się z Wami rozwiązaniem problemu zasilania komórki. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie użycia rozwiązania w innym sporcie - wszystko kwestią kreatywnego podejścia do tematu. 

Na początek napiszę jedno ważne zdanie - wybijcie sobie z głowy ładowarki słoneczne. One w Polsce nie działają. Owszem, porządna, duża ładowarka być może zadziała, ale jest wielka i droga. Tandeta dostępna na Allegro - nie działa. Może podładować nieco akumulator, ale tylko odrobinę - do użytku turystycznego nie da rady. Co najwyżej wezwiecie pomoc przez telefon, ale GPS czy nawigacja wymaga ciągłego podawania sporej dawki prądu.

Drugą możliwością która każdemu rowerującemu przychodzi do głowy to dynamo rowerowe. Owszem, pozornie słuszna koncepcja, zawiera jednak pewne pułapki. Tanie dopinane dynamo stawia duży opór, hałasuje, generuje zaś prąd przemienny. Trzeba go wyprostować i ustabilizować. Dynamo w piaście przedniego koła jest sporo lepsze, ale też wymaga przeróbki instalacji w rowerze. Jako że nie mam przedniego dynama, temat ten pozostawiam nie przeanalizowany, a zainteresowanych odsyłam na forum elektroda.pl i na fora rowerowe. Pamiętać trzeba też o koszcie takiego dynama i jego wpleceniu w koło.

Skoro wyeliminowałem ładowarki słoneczne, oraz dynamo którego nie mam - pozostały mi rozwiązania które można określić zbiorczo hasłem "powerbank". Są to produkty zawierające solidny akumulator o pojemności nawet 7Ah, od razu z wyjściem USB. Można je kupić w sklepach z elektroniką użytkową, ale raczej nie szukajcie ich w wielkich marketach elektronicznych. To są sklepy z masówką dla idiotów;-)

Fabryczne rozwiązanie Just Mobile

Za porządnie zrobione urządzenie, które będzie trzymać parametry - wydamy ok. 250 zł. Drogo? Jasne ze drogo. Tym bardziej że oczywiście możemy sobie to zrobić sami, szczególnie jeśli paramy się hobby w którym używa się akumulatorów LiPo;-) Jeden z moich kolegów zaprojektował i wykonał układ pozwalający na ładowanie akumulatora telefonu z dowolnego akumulatora modelarskiego (używanych też w ASG). Poniżej fotka - widać na niej wszystko jasno i wyraźnie.

Do testów podłączony jest akumulator NiMh.

Przełącznik na płytce pozwala wybrać czy złącze USB ma udawać port w komputerze i podawać tylko max. 500mAh, czy też ma stać się ładowarką sieciową i karmić telefon prądem 1A. Płytka w wersji prototypowej, nie zoptymalizowana, stad duże rozmiary. Za to układ ma tak dobrą sprawność, że używając jako źródła akumulatora o napięciu 11V - możemy jego pojemność liczyć podwójnie - czyli standardowy akumulator od karabinka o pojemności 2000mAh - pozwoli dwa razy naładować komórkę do pełna.

Jest jeszcze jedno fajne rozwiązanie, nie wymagające kolegi elektronika, a jedynie lutownicy, minimalnej wiedzy i chwili cierpliwości. Na stronie HobbyKing kupujemy układ UBEC. Link do tego konkretnego układu. Kosztuje dosłownie grosze i warto kupić ich kilka - przydać się mogą np.  w samochodzie - do zrobienia sobie porządnego zasilania różnych urządzeń, bez wielkiego wtyku w gniazdo zapalniczki i kilometrów pętających się kabli.



To małe urządzonko z jednej strony przyjmuje dowolny akumulator o napięciu od 6 do 23V, a z drugiej oddaje stabilne 5V o natężeniu do max. 3A. Lutujemy więc złączkę do baterii oraz port USB z obciętego kabla (czerwony i czarny kabelek, pozostałe ignorujemy) i mamy gotową zabawkę. Można ładować komórę z czegokolwiek - w tym z czterech paluszków, o ile kupimy sobie koszyczek na nie (to jednak kosztowne na dłuższą metę rozwiązanie).

Do samodzielnego rozwiązania pozostawiam problem zamocowania telefonu w okolicy kierownicy, oraz upchania gdzieś akumulatora i układu. Można zastosować np. taką torbę na ramę jak na poniższym zdjęciu.


Torba jest wygodna, mieści sporo rzeczy pod telefonem i w niektórych wersjach ma od razu wyprowadzone na zewnątrz złącze słuchawek. Wierzę w waszą inwencję w zakresie dopasowania rozwiązania do własnych potrzeb.

W przypadku używania baterii LiPo - koniecznie zastosujcie układ LiPo Guard - zabezpieczający przed zbytnim rozładowaniem akumulatora - co jest dla niego zabójcze.

P.S. Proszę nie nabijać się z pomarańczowego ręczniczka - to zabezpieczenie stołu warsztatowego;-) Czasem używam w tym celu biało-niebieskiego;-)

środa, 6 marca 2013

Home.pl i serwer NNTP

Nieliczne już dinozaury pamiętają co to Gopher, Fidonet i inne dawno wymarłe usługi internetowe. Kolejną umierającą usługą jest NNTP. Popularnie zwana news. Usługa gdzie ludzie mogli wymieniać się wiadomościami na określone tematy (podzielone na grupy). Wymagało to posiadania odpowiedniego programu - tzw. czytnika i adresu serwera news. Serwery news wymieniały między sobą wiadomości, synchronizując je w regularnych odstępach czasu, dlatego nie miało znaczenia z jakiego serwera korzystamy, o ile był on sprzęgnięty z ogólnodostępnym systemem newsserwerów. W dużym uproszczeniu przypominało to otrzymywaniem emailem wiadomości od wielu różnych osób, dyskutujących o pewnym zagadnieniu  i odpowiadając na taką wiadomość - odpisywaliśmy jednocześnie wszystkim. 

Powstanie forów internetowych przyspieszyło upadek NNTP - spadła liczba aktywnych użytkowników, tym bardziej że trzeba było mieć pewną wiedzę na temat konfiguracji czytnika i wiedzieć który serwer dopuści nas do korzystania. A z tym było różnie - serwery sprawdzały IP usera, jego wpisy revDNS i inne cuda, aby dopuścić tylko uprawnionych. Niektóre zaś serwery wymagały posiadania konta użytkownika i nie zwracały uwagi na to z jakiej sieci użytkownik pisze, byle się poprawnie zalogował. Taki serwer miała gazeta.pl, oraz home.pl. Gazeta ubiła swoją maszynę jakoś z rok temu, a teraz to samo zrobiło home.pl. Z dniem 5.03.2013 wyłączyli newsserwer news.home.net.pl. Pozostawiając na lodzie użytkowników.

Można by powiedzieć - ich prawo. Otóż nie. Gazeta dawała wstęp na swój serwer za darmo - wystarczyło mieć pocztę w ich domenie. Home dawało dostęp do serwera swoim płacącym za ich usługi klientom, jako wartość dodaną. Wyłączając serwer - zachowało się jak operator kablówki który do woli regularnie wyłącza i włącza kanały tv. Płaciliśmy za to i to całkiem niemało. Zostaliśmy lakonicznym komunikatem poinformowani że za 6 dni Home wyłączy serwer. No to trochę krótki czas, nie dało się zorganizować sensownego protestu, ale wielu z nas napisało do home.pl z żądaniem niewyłączania serwera news. Dostaliśmy standardowe odpowiedzi że możemy turlać beret bo decyzja podjęta, a jak bardzo chcemy - to tu jest link do listy innych newsserwerów. Link ze stanem na 2009 rok, więc baaaaardzo przydatny. 

Żaden marketingowy i księgowy łeb w Home nie wpadł na to że serwer który identyfikuje usera po loginie i haśle, a nie IP jest w dzisiejszych czasach bezcenny. Bo komputery stały się przenośne i korzystają z różnych sieci i chcemy mieć dostęp do NNTP bez oglądania się na to jakie mamy revDNS. Mamy naprawdę w dupie to że Wy, Drodzy Marketingowcy nie umiecie zmarketoidować (fajne mi słowo wyszło) tej płaszczyzny internetu. News jest wolne od spamu reklamowego i bannerów i innego gówna którego pełno w sieci. Ma swoich wiernych fanów, mimo że jest usługą już bardzo niszową. Nie ma w nim takiego zalewu kretynów jak na ogólnych forach - np. Onetu. Onetowe fora to jest klasa sama dla siebie - niedługo będą wykorzystywane w onkologii - pacjenci już po godzinie czytania tychże forów zaczynają się cieszyć z tego że mają raka. News to jest ostoja spokoju, merytorycznych dyskusji, zaufania i wzajemnego szacunku. Może nie na wszystkich grupach, ale na większości tak właśnie się dzieje.

Chcemy mieć dobrze działający serwer news i taki mieliśmy. Jednakże ktoś wyjął wtyczkę z gniazdka. Bo serwer zużywał prąd. Posłuchaj odpowiedzialny za to człowieku - PŁACIŁEM ZA TEN SERWER UTRZYMUJĄC SWOJE DOMENY I HOSTINGI W WASZEJ FIRMIE!!! Zaoszczędziliście prąd, a straciliście sporo na wizerunku. Krecha w poprzek. W dobie wirtualizacji - wystarczyło tą maszynę tak właśnie przełączyć. Nawet byście nie zauważyli że istnieje...

A teraz skoro tego nie zrozumieliście - to zrozumiecie brak moich pieniędzy. Przenoszę swoich skromnych kilka domen, oraz kilkanaście domen moich klientów gdzie indziej. Hostingi też zabieram. Cieszcie się dalej swoim 15-to leciem i nową szatą graficzną strony. Długiego życia Wam nie wróżę z takim podejściem do potrzeb klientów. 

Wasz wkurwiony, były już klient...

poniedziałek, 23 lipca 2012

Jak nie obsługiwać reklamacji...

Od pewnego czasu lubię urządzenia Samsunga. Jest tego w domu trochę - netbook, tablet, dwie komórki. Do jednej z komórek kupiłem zestaw samochodowy z ładowarką. Oryginał Samsunga, bo zależało mi na wygodzie i jakości. Jednak ta druga "funkcja" nie do końca zadziałała. Ładowarka się po kilku miesiącach popsuła. Nie była jakoś namiętnie używana, więc tym bardziej poczułem się rozczarowany. Popsuła się oczywiście wtedy kiedy była najbardziej potrzebna - telefon pracował jako nawigacja. Trzeba więc było kupić ładowarkę gdzieś po drodze na stacji benzynowej. Okazała się tańsza niż oryginalny Samsung (to tak przy okazji), a póki co działa całkiem sporo używana. 

Początkowo miałem Samsunga ładowarkę wyrzucić, ale okazało się że od przybytku głowa nie boli i dwie się przydadzą. Sprawdziłem więc w internecie gdzie w Warszawie autoryzowany punkt Samsunga się znajduje i takowy namierzyłem na Broniewskiego. Będąc przejazdem w owej okolicy - oddałem ładowarkę.  Oczywiście absolutnie niezbędny jest dowód zakupu. Na szczęście paragony zawsze skanuję, a zestaw kupowałem na fakturę - więc tym łatwiej takową wyciągnąłem z systemu księgowego i kopię przesłałem do serwisu.

Już po 14 dniach (błyskawica) otrzymałem telefon. Pani poinformowała mnie że w serwisie czeka na mnie - uwaga - pismo uznające że urządzenie jest kaputt. Z pisma wynika podobno iż otrzymam nową ładowarkę. Udałem się więc do serwisu, gdzie na czerwonym dywanie i poduszeczce aksamitnej wręczono mi owo dostojne pismo, podpisane przez samego Service Returns Coordinatora Samsung Electronics Polska Sp. z o.o. 

Z pisma wynika iż jest ono "Akceptacją wymiany Nienaprawialnego Urządzenia". Wymiany dokonać ma - sprzedawca urządzenia. Czyli mówiąc po polsku - muszę zasuwać do tego co mi ten zestaw sprzedał. W tym wypadku - ABC Data. Skontaktowałem się więc z ABC Data i okazało się że muszę im przesłać skan owego pisma i kopię faktury, do ich działu reklamacji, gdzie oni przygotują się dzięki temu do obsłużenia zdarzenia... Maksymalny czas realizacji - DWA TYGODNIE!!! Kolejne dwa tygodnie! Bowiem ABC Data wysyła pisemko które ja im wysłałem, do Samsunga celem weryfikacji. Kto tu upadł na łeb???

Teraz moje pytanie - czy to ja jestem nienormalny, czy jednak to się naprawdę dzieje? Czy Samsung zatrudnia logistyków po studiach w tym kierunku, czy też procesy obsługi projektują im praktykanci po tajnych kompletach? Jakimż problemem jest nanosić unikalny numer seryjny na każde wyprodukowane urządzenie i przechowywać te dane w bazie? Będzie widać kiedy urządzenie sprzedano, w razie kradzieży partii towaru - można od razu wpisać numery seryjne na czarną listę. Klient nie musi targać dowodów zakupu. Że się nie da? No patrzcie, a Dell potrafi! A na deser - 14 dniowy czas na ekspertyzę prostego urządzenia które albo działa, albo nie - jest SKANDALICZNY!!! Do tego wysyłanie klienta z pismem do sprzedawcy, celem dokończenia obsługi reklamacji - to koncertowy debilizm. 

Licząc w kilometrach - dwie wyprawy do serwisu, oraz wyprawa do sprzedawcy. W sumie ze 35 km. Dobrze że nie kupiłem tej ładowarki w Szczecinie. Czemu w serwisie nie można mieć ładowarek na stanie i od ręki wymienić, jeśli klient wykaże (bo uważają że musi), że legalnie kupił i się popsuła? Czy to taki naprawdę wielki wysiłek logistyczny w dobie ujednoliconego microUSB?

Drogi Samsungu - krecha jak stąd do Zakopanego za taki serwis. ŻENADA, CHAŁA i zwyczajne zlewanie tematu. Tak nie postępuje poważna firma chcąca mieć dobrą opinię. Jedyne co Was ratuje  - to dobre produkty, ale nad obsługą serwisu musicie ciężko popracować. Na razie wręczam Wam Złotą Pietruchę za jakość obsługi posprzedażnej. Aby ją odebrać musicie skierować pismo do mojego księgowego, on poinformuje Was o dalszej drodze na której końcu jest rzeczona statuetka.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Ostry tuning wkrętarki

Dzisiaj notka z pogranicza majsterkowania i ASG. Dotyczyć będzie zabaw z prądem we wkrętarce. Skoro jednym ze stopni tuningu karabinka ASG jest wymiana baterii na wydajniejsze ogniwa Li-Po - to czemu nie zrobić tego we wkrętarce? ;-) Tym bardziej że krew mnie zalewała za każdym razem jak kończył się prąd we wkrętarce, a ładowanie to kilkanaście godzin - z LiPo będzie błyskiem;-)

Większość sprzedawanych nam elektronarzędzi akumulatorowych ma w sobie starożytne ogniwa NiCd. Nie lubią one ładowania wysokim prądem (długo trwa ładowanie), źle znoszą zimno, starzeją się, mają efekt pamięciowy, są ciężkie i drogie. Do mojej wkrętarki - nowy akumulator 12V to 130 zł (znalazłem i po 170 zł). Tymczasem w domu mam kilka pakietów LiPo do karabinków. Czemu mam ich używać tylko w weekendy? ;-) Szybka analiza i oto wynik: wysokowydajny akumulator modelarski, firmy Pelikan, o pojemności 1100mAh, napięciu 11,1V i wydajności prądowej 36C (prawie 40A) to koszt ok. 80 zł. Z powodzeniem zmieści się w oryginalnej obudowie i zastąpi NiCd. Jako że posiadam już ten pakiet - koszt przeróbki równy jest zero złotych. Pakiet LiPo jest lekki, wydajny prądowo, odporny na zimno, nie ma efektu pamięciowego i najlepsze można naładować do pełna w 10 minut! Jak to zrobić?


środa, 15 grudnia 2010

Prąd w ASG

Rok temu napisałem ten artykuł - "Komandosi na baterie". Dzisiaj chciałbym go rozszerzyć w oparciu o nabyte doświadczenia i sprzęt. Mam nadzieję że okaże się przydatny wśród braci ASG. 

Każdy chyba gracz zaczyna od pakietów NiMH i dołączonej do karabinka chińskiej wolnoładowarki. Korzystanie z niej wymaga minutnika i paru obliczeń, a ponadto nigdy nie mamy pewności czy akumulator został prawidłowo naładowany. Akumulatory też zresztą nie przepadają za takim ładowaniem. Dlatego wymyślono ładowarki mikroprocesorowe. Zakup porządnej ładowarki powinien być pierwszym krokiem przy zakupach sprzętu. Odradzam raczej od razu skok na pakiety litowo-polimerowe i dedykowane do nich ładowarki (ale jeśli ktoś chce - to nie ma problemu). Pakiety NiMH ładowane porządną mikroprocesorówką potrafią pokazać niezły pazur;-)

Ładowarka Raytronic C12

niedziela, 5 grudnia 2010

Oszczędzanie prądu w Androidzie

Jakieś niecałe 15 lat temu komórka była duża, miała dużą klawiaturę, mały wyświetlacz i baterię która starczała na jakieś 3 dni. Wyścig zbrojeń wśród producentów dotyczył czasu pracy bez ładowania i ewentualnie dzwonków polifonicznych. Rekord padł jakieś 10 lat temu - Ericsson T39 z baterią 2100mAh potrafił pracować bez ładowania ok. trzech tygodni. Chyba żaden ówczesny telefon czegoś takiego nie potrafił. Lata mijały, malały telefony, ich klawiatury, rosły ekrany, baterie pozostawały na poziomie rzędu 1400-1600mAh. Nadszedł rok 2009 - polska premiera G1. Akumulator nieduży, klawiatura się cudem ostała, ekran byczy. Czas pracy - 12h. Nędza. Motorola Milestone - czas pracy góra doba. Też nędza. Dziesięć lat wcześniej, do wspomnianego Ericssona można było kupić różne akumulatory. Niestety te czasy odeszły - jest to co producent dał. Trzeba więc bronić się inaczej przed pazernością telefonu na energię. Programowo! Zatem do dzieła.


środa, 25 sierpnia 2010

Historia o kabelku

Kupiłem kiedyś pendrive - zgrabny i malutki PQI - wysuwany z obudowy. Może nieco zbyt pedalski, z łańcuszkiem, ale za to poręczny. Taki dokładnie:

Fotka ze strony http://www.pamieciusb.pl/7101.html

Działał wyśmienicie, ale rozpadła się obudowa - została tylko płytka samego pena - zbyt mała i niewygodna w noszeniu (ryzyko zgubienia w ciągu 5 minut). Trzeba było coś z tym zrobić. Poszperałem w necie i znalazłem przepis na zrobienie dość zabawnego, bardzo geekowskiego pendrive.  

niedziela, 10 stycznia 2010

ZtS - Latarka Taktyczna

Kontynuuję dział Zrób to Sam. Na dzisiejszych zajęciach sprokurujemy sobie tanią i fajną latarkę taktyczną. Oczywiście taktyczna to taka która jest profi i wypas i można ją zamocować na broni, niekoniecznie za pomocą taśmy izolacyjnej;-) Co nam będzie potrzebne? Trzeba sprawdzić czy nasz gnat ma szyny RIS, a jeśli tak to czy da się na nich wygodnie zamocować latarkę? Jeśli tak - udajemy się na Allegro i rozpoczynamy łowy. W wyszukiwarce podajemy hasło "latarka LED", "latarka alu", "latarka luxeon" i szukamy dobrej, mocnej latarki w aluminiowej obudowie, o średnicy obudowy pomiędzy 20 a 30 mm. Latarka musi też mieć wyłącznik w zakrętce w tylnej części. Im mocniejsza latarka - tym lepiej. Mając latarkę musimy jeszcze zdobyć montaże - allegro i hasło "montaż ris". Szukamy odpowiedniej średnicy, uwzględniając czy potrzebujemy niski czy wysoki montaż. Teoretycznie przeznaczone są one do lunetek, ale do latarki świetnie posłużą. Montaż może być nieco większy, jeśli nie da się dobrać idealnego.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Komandosi na baterie

Kolejny weekend za mną. Kolejny spędzony gdzieś w lesie, z bronią w ręku, unurzany w pocie i błocie. Kolejny który powoduje że uśmiecham się od ucha do ucha;-) Jako że mam już ponad miesięczne doświadczenie w świecie ASG, kumam slang, odróżniam US Woodland od DPM i gubię się dopiero przy skrótach czteroliterowych - chcę podzielić się wojennym doświadczeniem;-)

czwartek, 19 listopada 2009

Elektryczne gacie

No nie tylko gacie, ale i kurteczka opisana dzisiaj będzie. Tytuł mi tylko fajniej wyglądał z samymi gaciami;-)
Jak zapewne uważni czytelnicy pamiętają - posiadam skuter którym jeżdżę po Warszawie, jak tylko mam możliwość (czasem jednak muszę samochodem;-). Niestety robi się coraz zimniej i paskudniej, więc sprawdziłem co słychać nowego w firmie Motokoce. Rok temu kupiłem od nich wyśmienity produkt - motokoc OJ, sprawdził się całorocznie, o czym pisałem w tej notce. Zgodnie z moimi oczekiwaniami firma zaproponowała mi kilka rozwiązań, z których wybrałem zestaw elektrycznych wdzianek.

wtorek, 6 października 2009

Nie lubię poniedziałku

Co ja wczoraj przeżyłem!!! Kompletny chaos i horror teletechniczno-informatyczny. Wszystkie komputery sprzysięgły się chyba żeby zrobić mi na złość. Najpierw u klienta padło zasilanie - jakaś awaria środowiskowa i prąd pojawiał się i znikał. Jak już wrócił na stałe - okazało się że zmarło się serwerowi jednemu. No to ognia i naprawiamy. Okazało się że padł dość istotny podzespół, ale maszyna na szczęście na gwarancji, więc zgłoszenie do serwisu i czekamy na nowego grata.

W międzyczasie jeden z użytkowników zaraportował że mu maile w Outlooku Expressie wcięło i ma błąd odbierania poczty. Szlag by to trafił - następny, któremu udało się przekroczyć 2GB w rozmiarze pliku bazy. Oczywiście Microsoft nie ma narzędzia do obcinania pliku dbx, ma tylko do pst - od dużego Outlooka z pakietu Office. Więc szybkie nurkowanie po sieci i zdziwienie - nie ma obcinarki do dbx. Trzeba wyekstrahować maile do pojedynczych pliczków eml i ręcznie wrzuć je z powrotem (oczywiście rozdzielając tak aby znowu nie przekroczyć 2GB). Zapuściłem więc stosowny program - wyniki może na wtorek rano będą.

Oczywiście w czasie mojego pobytu u klienta rozwiązał się worek z nieszczęściami. A to komuś drukarka wyparowała, a to zniknął plik, a to kolory na ekranie nie takie jak były wczoraj. Taki normalny, codzienny koszmarek ;-)

Pojechałem do domu, gdzie czekało mnie rozwiązanie problemu z domowym serwerem. Tydzień temu padła mu płyta główna, dostał nową, padła po 24h, więc w ramach gwarancji dostał kolejną. Od tego momentu zachowywał się jakby podpięty był do switcha 10Mbit, mimo że raportował 100Mbit. Wymieniłem patchcord, dołożyłem drugą kartę sieciową - nadal to samo. Zapiąłem patchcord jak najkrótszy - nic, potem najdłuższy jaki miałem i ułożyłem go w magiczne znaki, aby pakiety odpowiednio przyspieszały - nadal nic. Piana leciała mi już z ust, kiedy spłynęło na mnie oświecenie - wypiąłem switcha Linksysa i podłączyłem inny model tejże firmy. Voila! Poskładałem więc zabawki, uporządkowałem teren i sądziłem że to na dzisiaj koniec atrakcji.

Niestety - żony laptop za chińskiego boga nie chciał współpracować z WiFi z tego zapasowego Linksysa. Nie ma certyfikatu dla sieci i spadaj. Chciałem mu zabronić łączenia z tą siecią i wykasować ją z sieci preferowanych, aby ponownie skonfigurować - nie, nie da się. Po chwili wpadłem na to że by ją na chama wpisać z poprawnym hasłem - pomogło. Żona zadowolona poszła z zabawką swoją, po chwili jednak zaraportowała że przestało działać skrolowanie na touchpadzie. Działało codzienni przez dwa lata bez zarzutu i oczywiście musiało się zjebać w mój wesoły poniedziałek. Sprawdzam w Panelu Sterowania - otóż za nic na świecie nie da się zaznaczyć opcji które to zarządzają tymi funkcjami. Po restarcie kompa nadal nie da się ich zaznaczyć, a na dodatek pracowicie naprawiona sieć bezprzewodowa znowu drze japę o certyfikat. Tutaj poczułem że muszę pójść się położyć bo za moment eksploduję. Nawet chwilę poleżałem, ale zachciało mi się pograć w Cannon Fodder.

Podniosłem więc pokrywę mojego laptopa i czekałem na wyjście ze stanu wstrzymania. Oczywiście nie wyszedł - skończyło się paroma brzydkimi słowami pod nosem i restartem. Odpalił, ja odpaliłem grę i liczyłem na to że się wreszcie uspokoję, a z racji że była już 22:00 prawie - iż nic się z komputerków już nie popsuje. Byłem oczywiście w błędzie. Ostatnim komputerem jaki tego dnia postanowił zrobić mi na złość był serwer domowy. Podczas operacji z wkładaniem mu dodatkowej karty sieciowej - wysunęła się karta TV. Niedużo, ale przestała kontaktować. Skutkiem oczywiście brak sygnału TV. Dojście do tego co jest przyczyną - kolejne 20 minut. Naprawa to już chwilka.

Stwierdziłem że się poddaję całkowicie. Zamknąłem laptopa, nie będę grał w nic - używanie komputera w ten poniedziałek jest ewidentnie niebezpieczne dla mojego zdrowia psychicznego.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Oszczędzanie wody i prądu

Dzisiaj na Wykopie pojawił się tekst o wyższości sikania sobie na stopy pod prysznicem, kontra robienie tego do muszli klozetowej (lub pisuaru). Korzyścią ma być ponad 4000 litrów wody zaoszczędzone rocznie. W komentarzach opisałem jaka to piramidalna bzdura, ale postanowiłem napisać o tym szerszą notkę.
O co chodzi? Jak nie wiadomo o co to zazwyczaj o pieniądze. Ekologiczne organizacje żyją bynajmniej nie za darmo. Muszą mieć kasę. Aby ją pozyskać - trzeba robić szum. Tym razem poszło o oszczędzanie wody w toalecie. Sens oszczędzania wody, tak naprawdę jest tylko wtedy gdy mamy własną studnię. A obok nas własne studnie ma dziesiąt innych gospodarstw. I jeżeli wówczas wszyscy oszczędzamy - to wszyscy mamy wodę.
Ludność "miastowa" ma prościej. Na przykładzie Warszawy opowiem krótką historię. Otóż w Warszawie istniało w latach 70-tych i 80-tych XX wieku sporo zakładów przemysłowych. Zużywały one kosmiczne ilości wody. Woda w Warszawie pochodzi z Wisły, a konkretnie spod siedmiu metrów jej dna. Ze względu na te zakłady i ich zapotrzebowanie - zaprojektowano układ na wysoką wydajność. Zwykli ludzie płacili za wodę ryczałtem, nie było wodomierzy.
Nadeszły lata 90-te XXw. Nastała era wodomierzy, ekologii, oszczędności. Ludzie wymienili stare spłuczki na nowoczesne, ekologiczne. Zaczęli dbać o uszczelki w kranach, zmywać w mniejszej ilości wody, kupili wypasione zmywarki. Zakłady przemysłowe padły, a te co przetrwały - przeszły na zamknięte obiegi wody. System wodociągowy jakoś nie chciał się skurczyć. Zaprojektowany na wysoką wydajność - dostarczał poniżej połowy tego co mógł. I stała się rzecz niesamowita. Woda, która spod dna Wisły juz była niemal krystalicznie czysta - zaczęła się wtórnie zanieczyszczać w magistralach. Bo nie było takiego przepływu jak kiedyś. Bo przecież wodę trzeba oszczędzać, bo jest jej mało i to kosztuje.
Doszło i ciągle dochodzi do takich sytuacji, kiedy ekipa wodociągów jedzie na koniec długiej magistrali wodnej - tam otwiera zasuwę i dziesiątki, setki metrów sześciennych wody wyrzuca na ziemię. Po to żeby usunąć z systemu wtórnie zanieczyszczoną bakteriologicznie wodę. Bo za wolno płynie w rurach. Bo rury zaprojektowano na dużo większe zużycie...
Ktoś rzuca nośne hasło - Godzina dla Ziemi. Wstrzymajmy się ze zużywaniem wody i prądu. Pomóżmy ziemi. Gówno prawda. Ludzie w dyspozytorniach elektrowni i wodociagów jak słyszą takie hasło to wyciągają służbowego pampersa. Wiedzą co ich czeka. Wodociągi obserwują wykresy zużycia i obniżają ciśnienie w sieci - gdyby tego nie zrobili - wysadzi rurociągi. To samo w elektrowni - stopowanie obrotów turbin, obserwacja poboru, dostrojenie produkcji. Elektrownia i wodociągi to nie pstryczek w naszej ścianie i kran w łazience. Nie da się, ot tak, wstrzymać produkcji. To olbrzymia maszyneria ze swoim bezwładem.
Mija "Godzina dla Ziemi". Ludzie rzucają się do czajników, łazienek - rozpoczyna się wielkie gotowanie wody na kawę/herbatę, zaległe sikanie i spuszczanie wody. Elektrownie muszą w jak najkrótszym czasie wyprodukować prąd. TAK - WYPRODUKOWAĆ!!! Prądu nie da się zmagazynować w takiej skali. Podobnie jest z wodą - trzeba zwiększyć jej ciśnienie w sieci. Nie można tego zrobić nagle - bo nie wytrzymają rury. To skomplikowany system, którego działania nawet nie staram się tutaj przybliżyć. Albo wierzycie albo nie.
Co mają z tego zwykli ludzie? Nic. Co mają z tego elektrownie/wodociągi? Nic, stres jest gratis. Co mają z tego ekolodzy? Zajebistą reklamę. A gazety mają czytelników, telewizja widzów. Temat jest modny, medialnie nośny. Nieważne że efekt cieplarniany to pic na wodę wyssany z palca, że braki wody owszem są, ale tam gdzie i tak jej nie ma, a nie w Europie. Biznes się kręci a nieświadomy Kowalski w tym uczestniczy i jeszcze w to wierzy....
Info dla wierzących w globalne ocieplenie. Sprawdźcie ile trwała na terenie Polski epoka zlodowacenia. Potem sprawdźcie od ilu lat ludzkość rejestruje dokładne dane pogodowe. Potem się zastanówcie i przestańcie wierzyć w każdą pierdołę jaką napiszą w gazecie. Myślcie samodzielnie!!!