Poszukaj w Google...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relaks. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2014

Fort du Hackenberg

O zwiedzeniu Linii Maginota marzyłem od dawna. Pierwsza szansa pojawiła się jakieś 7 lat temu, ale z racji ulewnego totalnie deszczu - przepadła. Druga nadarzyła się dopiero teraz, podczas wizyty w Thionville we Francji. Dla tych którzy nie wiedzą - Francuzi wybudowali linię umocnień i fortyfikacji, będącą najpotężniejszym tak spójnym systemem bojowym na świecie. Nie wiedzieli wtedy jeszcze że była to dopiero pierwsza wojna, ale faktem jest że stracili na niej ogromną liczbę mężczyzn. Zbudowali więc linię aby zmniejszyć dysproporcje sił z wojowniczym, niemieckim sąsiadem. Francuzów było bowiem tylko 39 milionów, a Niemców 70. Dobrze zbudowane umocnienia pozwalały niewielkiej armii skutecznie odpierać i wiązać walką siły wielokrotnie liczebniejszego przeciwnika, do czasu zorganizowania mobilizacji. 

Ktoś może powiedzieć że to tylko teoria, a linia okazała się wielką przegraną II wojny światowej i niemieckiego rajdu pancernego. Oznaczać to jednak będzie że osobnik taki jest niedouczony;-) Francuzi nie mogli bowiem zbudować linii w pełnej krasie na granicy z Belgią, aby nie zadrażniać stosunków z tym krajem, nie mogli też przewidzieć że Niemcy zastosują Blitzkrieg i zdobędą Belgię bez większego problemu (o cenie 9 milionów ówczesnych franków za kilometr linii nie wspominam). Sama jednak Linia Maginota doskonale sprawdziła się na alpejskim odcinku. Tam Duce Mussolini musiał obejść się smakiem - jego 450 tysięcy doborowych żołnierzy nie było w stanie pokonać ok. 20 tysięcy ukrytych w blokach bojowych Francuzów. Niemcy mimo manewru z wejściem przez Belgię, też nie mieli łatwo i dopiero kapitulacja Francji wyłączyła Linię Maginota z czynnej walki. Po wojnie rola linii była mocno umniejszana i określano ją jako zbędną i niewykorzystaną w pełni. Biorąc pod uwagę że przydała się też Niemcom - wcale taka zbędna nie była;-)

Niedaleko Thionville, w wiosce o nazwie VECKRING (kod pocztowy dla nawigacji - 57920) znajduje się droga dojazdowa do Ouvrage du Hackenberg, czyli Fortu du Hackenberg. Droga jest wąska, jednokierunkowa i kręta. Przed samym fortem znajduje się duży parking, bez kłopotu da się zaparkować. Zwiedzanie dostępne w kilku językach, niestety bez polskiego, nie są też dostępne audiodeskryptory (przynajmniej w 2014 roku). Jeśli więc nie władacie francuskim/angielskim/niemieckim - będzie dużo trudniej. 

Link do strony fortu - http://maginot-hackenberg.com/. Są na niej informacje o cenach i terminach zwiedzania.


Samo zwiedzanie wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze trzeba przybyć na miejsce około 14:00 (w sezonie letnim) i przygotować 10 Euro i ciepły polar. W środku panuje stała temperatura około 12 st. C i jest dość wilgotno. Nie są potrzebne latarki, ale jeśli ktoś chce fotografować (wolno fotografować i filmować bez ograniczeń) to warto zaopatrzyć się w dobrą lampę błyskową. Fotki z komórki szału nie robią - sam fotografowałem Samsungiem Note 3 - efekty widać (nie chciało się lustra targać;-). Można też przyjechać nieco wcześniej i pieszo obejść stanowiska bojowe poszczególnych bloków, ale trasa nie jest zbyt dobrze oznaczona. Warto zabrać ręczną nawigację na taki spacer i przygotować się na ból nóg;-)

Podczas zwiedzania wnętrz najpierw przejdziemy przez różne pomieszczenia użytkowe - szpital, agregatownia, wentylatornia, kuchnia, a następnie można zapoznać się z dużą wystawą broni i wyposażenia żołnierzy wszystkich niemal stron konfliktu. Następnie czeka nas przejażdżka podziemną kolejką, na dystansie ok. 3-4 km. Mocno wieje i bardzo hałasuje;-) Kolejka dowozi nas do bloku bojowego gdzie  wspinamy się po schodach 30 metrów w górę i zapoznajemy się z wyposażeniem taktycznym - jest działająca wysuwana wieża bojowa z haubicą 135 mm! Krótki spacer po powierzchni do drugiego bloku bojowego i powrót tą samą kolejką. Tak wygląda zwiedzanie tego obiektu w pigułce;-)

Fort du Hackenberg jest największym zespołem bojowym w całej Linii Maginota i składa się z 19 bloków. Wszystko to ukryte jest w systemie pagórków (górek) obecnie obficie porośniętych lasem. Zasadniczo nic nie widać z zewnątrz. Wszystkie bloki połączone są podziemnymi korytarzami po których kursuje kolejka elektryczna. Teraz najważniejsza informacja - to wszystko działa i jest w pełni sprawne. Nie zostało zniszczone/wysadzone/przerobione. Linia nadal należy do francuskiej armii i jest udostępniona stowarzyszeniu które oprowadza turystów i dba o utrzymanie obiektów. Niczego nie trzeba sobie wewnątrz wyobrażać - wszystko pokazuje przewodnik i demonstruje działanie. Widać jak wysuwa i obraca się głowica bojowa, działa system wydawania rozkazów, sprawna jest kolejka podziemna.

Sama linia w momencie powstawania była bardzo nowoczesnym obiektem. Miała toalety i prysznice (to nie był standard we francuskich domach wtedy) z bieżącą wodą, elektryczne ogrzewanie, nawet elektryczną obieraczkę do ziemniaków. Prąd pobierany był z zewnętrznej sieci a w momencie przejścia w tryb bojowy - generowały go cztery potężne diesle instalowane normalnie na okrętach podwodnych. Co ciekawe - służba w forcie nie różniła się wiele od tej na okręcie podwodnym - załoga nie widziała słońca przez 4 tygodnie - do kolejnej zmiany. Aby żołnierze nie popadali w depresję - mieli solarium ze specjalnymi lampami. Spanie było rotacyjne - też jak na okręcie podwodnym - czyli jedno łóżko służyło trzem żołnierzom. Zawsze któryś na nim spał. Do tego "wypasu" doliczyć trzeba pełną obsługę medyczną i stomatologiczną. Był nawet aparat Roentgena!

Jednocześnie służbę w Forcie du Hackenberg pełniło 1200 żołnierzy. Każdy z nich dostawał codziennie wyżywienie dobrej jakości (co ciekawe oficerowie płacili za jedzenie), oraz pół litra piwa. Na terenie fortu znajdował się nieduży browar - wydawał on codziennie w sumie 600 litrów piwa. W podziemiach znajdowały się olbrzymie magazyny z zapasami pożywienia, wody, ropy i amunicji. Miały wystarczyć na trzy miesiące walki, bo na tyle obliczono utrzymanie Linii Maginota. Miała ona po prostu wiązać siły przeciwnika i dać czas na mobilizację armii. Podczas walki, kiedy wszystkie bloki bojowe otwierały ogień do wyznaczonych celów - na minutę zużywano cztery tony amunicji! Niesamowity jest ogrom, rozmach i logistyka tego obiektu.

Gorąco polecam osobiste zwiedzenie tych umocnień - robią wrażenie nie mniejsze niż egipskie piramidy. Rozmach i niesamowite wykonanie zapierają po prostu dech w piersiach. A kiedy nasycicie oczy i inne zmysły - niedaleko jest Verdun - miejsce słynnej długiej bitwy z I wojny światowej...

Na zakończenie dzisiejszej notki - zestaw fotek z telefonu;-) Wystarczy kliknąć, a poniżej kilka fotek na zachętę;-)












środa, 9 maja 2012

Blogger - reaktywacja

Daaaaawno nic nie pisałem. Jakoś pod koniec ubiegłego roku siadły mi chęci na wiele rzeczy;-( Ucierpiał i ten blog, ale jako że zima za nami, wiosna prawie już też, a ja od ostatniej notki przeżyłem sporo ciekawych przygód - mam więc o czym pisać. 

Zmian w życiu całkiem sporo - zakończyłem pracę na etacie i rozpocząłem działalność na własny rachunek, co przełożyło się na nieco mniej czasu wolnego. Tym niemniej sporo satysfakcjonujących zadań wykonałem. W jednej z notek opiszę jak zakładałem firmę i w sumie to dość przyjemne doświadczenie. Opiszę też jak wygląda w Polsce próba kupienia nowego samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Ciekawe wyzwanie - naprawdę.

Kot urósł i z psem dogadują się wyśmienicie. Śpią razem w łóżku, wspólnie się bawią (zabawa polega na hałaśliwym przelocie przez całe mieszkanie, kilka razy w tę i z powrotem;-). Kotek obecnie wygląda tak:


Jak widać to nieco demoniczne zwierzątko;-) 

Co jeszcze robię ciekawego? Trochę poważniej zainteresowałem się grami typu LARP, ale z elementami ASG.  Tutaj znajdziecie relację z dwóch edycji S.T.A.L.K.E.R.A. w których brałem ostatnio udział: STALKER - ODKRYCIE oraz STALKER - EMISJA. 

Dzisiaj zaś po raz pierwszy zainteresowałem się tematem domowej produkcji cydru jabłkowego i dokonałem pierwszego nastawienia. Za jakiś miesiąc będę dokonywał degustacji - nie omieszkam napisać;-)

I to chyba na tyle w poście reaktywacyjnym ;-)

czwartek, 7 lipca 2011

Deszcz i ASG

Mała przerwa w prowadzeniu bloga, spowodowana została zrośnięciem się obojczyka;-) Rzuciłem się w wir rozgrywek ASG i innych zajęć, na co czekałem dwa miesiące z utęsknieniem. Dlatego zaniedbałem pisanie, ale powoli wrócę do tego zadania;-) 

Dzisiaj chciałem napisać o grze w warunkach deszczowych, podczas polskiej pory monsunowej, czyli latem;-) Tak się złożyło, że w sobotę 2.07.2011 brałem udział w grze pt. CNN. Padało ze dwa dni przed i w noc przed grą, oraz pod koniec rozgrywki. Deszczu spadło chyba po parę litrów na metr kwadratowy. Tym niemniej przybyło 70% osób które się na grę zapisały. To zacny wynik i zasługują obecni na pochwałę, bo łatwo nie było. Buty puszczały po 300 metrach spaceru w wysokiej trawie, spodnie mokre do kolan od owej trawy, a wyżej od deszczu. Repliki elektryczne całkiem nieźle znosiły deszcz, zdecydowanie gorzej z ludźmi;-) Dlatego chcę napisać trochę o sposobach zabezpieczenia się przed wilgocią i działaniach po powrocie do bazy. 

wtorek, 10 maja 2011

Maska z interkomem - v.2

Trzy miesiące temu pisałem o wbudowaniu interkomu do maski drucianej typu BAT. Rozwiązanie sprawdzało się doskonale, ale czułem pewien niedosyt - przeszkadzał mi przycisk PTT nie do końca dostosowany do moich potrzeb, a nie mogłem nigdzie kupić idealnego. Dlatego podjąłem decyzję o przeróbce całości zestawu. Postanowiłem wbudować fabryczny, kontraktowy brytyjski zestaw Racal Clansman RT z laryngofonem wprost w maskę. Wygląda on tak:


czwartek, 10 lutego 2011

Maska z interkomem

W środowisku ASG od dawna popularne są zestawy słuchawkowe do krótkofalówek, wzorowane na amerykańskich produktach firmy Bowman. Popularnie zwane Bałwanami. Produkowane na potęgę przez Chińczyków, ale niektórzy gracze używają oryginalnych zestawów. Ich poważną zaletą jest wygoda użytkowania i dobra jakość dźwięku, a wadą zestaw gum mocujących system na głowie. Wada robi się poważniejsza w warunkach ASG gdzie stosujemy jeszcze gogle i hełm. Wówczas ilość pasków i gum montażowych staje się imponująca i wymaga starannego przemyślenia kolejności montażu;-) Jeszcze rok temu maski nie były szczególnie powszechne w środowisku ASG - używali ich raczej nieliczni i były to modele paintballowe (albo badziewne plastikowe maski do ASG). Firma Brassguard z Rosji wyprodukowała coś co spowodowało małą rewolucję - maski druciane Stalker.

Maska stalker na mym licu;-)


środa, 15 grudnia 2010

Prąd w ASG

Rok temu napisałem ten artykuł - "Komandosi na baterie". Dzisiaj chciałbym go rozszerzyć w oparciu o nabyte doświadczenia i sprzęt. Mam nadzieję że okaże się przydatny wśród braci ASG. 

Każdy chyba gracz zaczyna od pakietów NiMH i dołączonej do karabinka chińskiej wolnoładowarki. Korzystanie z niej wymaga minutnika i paru obliczeń, a ponadto nigdy nie mamy pewności czy akumulator został prawidłowo naładowany. Akumulatory też zresztą nie przepadają za takim ładowaniem. Dlatego wymyślono ładowarki mikroprocesorowe. Zakup porządnej ładowarki powinien być pierwszym krokiem przy zakupach sprzętu. Odradzam raczej od razu skok na pakiety litowo-polimerowe i dedykowane do nich ładowarki (ale jeśli ktoś chce - to nie ma problemu). Pakiety NiMH ładowane porządną mikroprocesorówką potrafią pokazać niezły pazur;-)

Ładowarka Raytronic C12

poniedziałek, 26 lipca 2010

Warszawa z innej perspektywy

W sobotę miałem okazję zobaczyć Warszawę z niezwykłej jak dla mnie perspektywy - z pokładu kajaka na Wiśle. Wszystko to dzięki Fundacji KiM która pozyskała dofinansowanie od miasta na projekt pod hasłem " Warszawiaku popływaj w kajaku !" Strzał w dziesiątkę, przynajmniej jak dla mnie, ale z tego co widziałem na twarzach innych uczestników - też byli zachwyceni. Żyjemy obok Wisły na co dzień, przejeżdżamy nad nią mostami, nie zbliżamy się zbytnio do rzeki bo brudna i kąpać się nie wolno. Do tego nie bardzo jest gdzie poleżeć nad rzeką, bo ładnych plaż brakuje (w tym roku miasto stanęło na wysokości zadania i plaża po praskiej stronie jest). Dlatego pomysł aby ludzi po prostu wsadzić w kajak - jest znakomity.



piątek, 16 lipca 2010

Granat ASG - uzupełnienie

Zrobiłem już dobrze ponad setkę granatów zawleczkowych i trochę zmodyfikowałem ich konstrukcję. Zmianie uległa zawleczka i chcę się tą konstrukcją podzielić.

Zrezygnowałem z wykonywania jej w całości z taśmy zbrojonej i zastosowałem plastik z butelek PET. Aby wykonać taką zawleczkę należy najpierw wybrać najbardziej odpowiednią butelkę. Musi dać się ona bez problemu zszyć zszywaczem biurowym przy podwójnym złożeniu. Moje badania wykazały że idealne są butelki od wody mineralnej, natomiast od napojów typu Coca-Cola są zbyt twarde. Bierzemy więc butelkę po mineralnej i wycinamy z niej prostokątny arkusz tworzywa. Następnie tniemy go na paski o szerokości draski z pudełka zapałek. Długość paska trzeba dostosować do długości granatu - po złożeniu powinien wystawać z granatu na ok. 1. cm. W przypadku standardowych rolek z papieru toaletowego - pasek ma długość 12 cm.



środa, 19 maja 2010

Zrób to sam - granat ASG

Dawno nic o ASG nie pisałem, a choroba rozwija się u mnie bardzo dynamicznie;-) Co weekend gdzieś w lesie, albo między budynkami z bronią biegam;-) Przydatną rzeczą podczas rozgrywek jest granat, szczególnie wrzucony do pomieszczenia gdzie kilku przeciwników się schowało;-) Istnieje co najmniej kilkanaście metod robienia granatów. Ja wyjątkowo polubiłem granaty zawleczkowe, odpalane bez potrzeby używania zapalniczki - to bardzo wygodne na wietrze, a druga pozytywna cecha to zapłon nawet w wodzie. Granat z lontem, wrzcony nieopatrznie do kałuży gaśnie - a dobrze zrobiony zawleczkowy nic sobie z tego nie robi;-)

Produkcja własnoręczna jest prosta i niedroga, a do tego daje sporo satysfakcji. Należy jednak do produkcji przygotować się nieco wcześniej - zbierając rolki po zużytym papierze toaletowym. Samo zakupienie akcesoriów jest nieco kosztowne bo trzeba kupić jednorazowo materiały które wystarczą na setki granatów. Z czasem będziemy tylko uzupełniać to co się skończy. Aby w pełni wyposażyć się w niezbędne akcesoria należy odwiedzić duży hipermarket, idealnie jeśli połączony z marketem budowlanym.


wtorek, 12 stycznia 2010

Wspomnień czar - Super Mario Bros

Pierwszy w tym roku wspomnieniowy odcinek filmowy. Tym razem na tapetę trafił film z 1993 roku - Super Mario Brothers. Oczywiście hollywoodzka produkcja, nawet zaryzykowałbym  określenie superprodukcja. Jak na taki niepozorny temat (bo co to za temat - prosta gra komputerowa przeniesiona na ekran kina?) użyto całkiem sporych sił i środków, realizując przezabawną i piękną bajkę dla całej rodziny. Spokojnie nadaje się na niedzielne wczesne popołudnie. Po raz pierwszy obejrzałem ten film w 1995 roku i wczoraj po raz kolejny. To co mnie zaskoczyło najbardziej - uniwersalny humor i fabuła, oraz wyśmienity sposób realizacji. Nie trąci myszką, nie nudzi, jest dynamicznie i czadowo. Film ma dobry rytm a szybkie ujęcia, dobra praca kamery i znakomity montaż, powodują że nie czuje się upływu czasu podczas oglądania. Duży plus dla reżysera za tak udany film, nie każdy dzisiaj może się pochwalić "zjadliwością" dla współczesnego widza.

niedziela, 27 grudnia 2009

Avatar

Wiem że nie jestem w żaden sposób oryginalny. Każdy chyba blog w Polsce po 25.12 będzie miał coś o tym filmie. Podobnie każda gazeta, telewizja, stacja radiowa. Ja obejrzałem go 26 grudnia, w kinie we Wrocławiu, gdzie akurat przebywałem. Oczywiście w 3D, bo w końcu powstał po to aby go tak obejrzeć. Nie będę piał z zachwytu nad efektami - cały ten film to jeden wielki efekt. Klasycznie czepię się paru dupereli, zauważę rzeczy które inni pomijają i posmakuję piękną bajkę.

niedziela, 20 grudnia 2009

Osobiste ogrzewanie

Budujemy domy, kupujemy mieszkania, inwestujemy w dobre okna, nowoczesne piece, świetne termoregulatory do kaloryferów i co nam jeszcze przyjdzie do głowy aby było miło i przyjemnie. A kiedy wychodzimy na mróz - problem - bo zimno. Dobre ubranie to oczywiście podstawa, ale też nie zawsze da się łatwo utrzymać ciepło naszego ciała. Dlatego człowiek wymyślił osobiste ogrzewanie. Doskonałe do stania na przystanku, siedzenia nad przeręblem z wędką, lub ambonie z bronią (nie w celu strzelania do owieczek;-), oraz na wszelkie narciarskie okazje. Jako że mnie dopadło ASG (uważni czytelnicy wiedzą jaka to straszna choroba;-) - musiałem zgłębić temat. Dzielę się jak zwykle wiedzą skondensowaną w pigułce łatwej do połknięcia. Bo po co marznąć?

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Wspomnień czar - Szklana pułapka II

Po przerwie spowodowanej szałem ASG, czując się chwilowo nasycony, wznawiam wątek wspomnieniowy. Dzisiaj na warsztat trafia obejrzana niedawno - "Szklana Pułapka 2". Tytuł jak każdy zapewne wie, niezbyt szczęśliwie przetłumaczony, ale terminal lotniska też trochę szkła miał;-) Dla tych co dawno tego obrazu nie widzieli - przypomnienie fabuły:
Policjant, John McClane, czeka na nadlatującą samolotem żonę na waszyngtońskim lotnisku Dullesa. Na to lotnisko leci też samolot z bodajże Hondurasu i wiezie generała, mocno umoczonego kryminalnie - w ramach ekstradycji do USA. Lotnisko, a właściwie kontrolę lotów opanowują terroryści (byli żołnierze) i chcą odbić generała, a resztę życia spędzić gdzieś w bananowym raju. Oczywiście na przeszkodzie staje główny bohater - walcząc o ocalenie żony - niweczy plany złych ludzi...

poniedziałek, 23 listopada 2009

Komandosi na baterie

Kolejny weekend za mną. Kolejny spędzony gdzieś w lesie, z bronią w ręku, unurzany w pocie i błocie. Kolejny który powoduje że uśmiecham się od ucha do ucha;-) Jako że mam już ponad miesięczne doświadczenie w świecie ASG, kumam slang, odróżniam US Woodland od DPM i gubię się dopiero przy skrótach czteroliterowych - chcę podzielić się wojennym doświadczeniem;-)

poniedziałek, 2 listopada 2009

Weekendowi Wojownicy

Tydzień niczego nie pisałem. Tydzień spędziłem na studiowaniu stron poświęconych ASG i zbieraniu niezbędnych gadżetów. Zarejestrowałem się na kilku dodatkowych forach, wchłonąłem sporą dawkę wiedzy o sprzęcie i taktyce. Posiadłem umundurowanie w polskim kamuflażu leśnym (wz.93). Spędziłem godzinę na przypominaniu sobie jak się używa nitki i igły - celem przyszycia plakietki Poland, którą nosiłem dwa lata temu w Iraku na moim pustynnym mundurze. Byłem gotowy...

niedziela, 18 października 2009

Jak mnie wszystko boli

Zachciało mi się na stare lata więcej ruchu;-) Rower jest fajny, ale Warszawę zjeździłem wzdłuż i wszerz. Biegać nie znoszę - bo bezcelowy bieg po betonie lub asfalcie - to perwersja dla mnie niedostępna. Siłownia - bezcelowe dźwiganie tego i owego - nuda... Co więc mi pozostało? Niewiele. I z tego "niewiele" nie wiedziałem co wybrać. Gdzieś tam na końcu mózgu kołatało się ASG. Co to jest? Prawdziwie męskie wyzwanie - walka i jeszcze raz walka.

czwartek, 15 października 2009

Wspomnień czar - Kelner, płacić!

Nie od dziś wiadomo, że człowiek bardziej lubi to co już zna, od tego co nieznane. Nie jestem tutaj wyjątkiem. Przypomniałem sobie niedawno kino czechosłowackie, oglądane pasjami w dzieciństwie i młodości. Faktem jest że w TV były dwa kanały i nie było innego wyboru, ale też naprawdę lubiłem wówczas produkcje naszych czeskich braci. Na warsztat wziąłem więc czechosłowacką komedię "Kelner, Płacić!" (Vrchní, prchni!) z 1980 roku.


Velorex - czyli motocykl Java w wersji samochodowej.

Opowiedziana historia jest wciągająca i ciekawa. Oto pewien księgarz z wykształcenia i zawodu, wielki miłośnik kobiet, obarczony potężnymi alimentami (skutek uwielbienia do coraz różnych kobiet), będący w związku z kolejną kobietą - wybiera się na spotkanie klasowe - zdaje się że po 25 latach od skończenia szkoły średniej. Ot, nasza klasa w wersji czechosłowackiej;-) Ponieważ jest raczej biedny - z odzieży reprezentacyjnej ma tylko garnitur wyglądający jak kelnerski uniform. Spotkanie ze znajomymi uświadamia mu że bez pieniędzy jest nikim. Wszyscy do czegoś doszli, tylko on został ofiarą losu. Postanawia więc zdobyć majątek, nie do końca legalnym sposobem. Zaczyna zarobkować jako kelner, ale nie ten który obsługuje klienta od początku do końca, a taki który tylko przychodzi po zapłatę. I tak ta cała historia się zaczyna. Potem jest już tylko ciekawiej - bohater w miarę jak się rozkręca - jest coraz pewniejszy siebie i coraz zuchwalszy. "Pracę" ułatwia mu czeski zwyczaj - kelner obsługując stolik kładzie na nim karteczkę, na której zapisuje kolejne potrawy i napoje. Pozostaje więc tylko podliczyć i zainkasować.



Warto podczas oglądania zwrócić uwagę na drugi plan - te puste, szerokie ulice, do tego stare samochody (w jednej ze scen widać Żuka), ludzie ubrani w stroje których dzisiaj nikt by nie założył nawet na wyjście ze śmieciami. Ciekawe są też zachowania ludzkie. Wydają się mocno niedzisiejsze i niepasujące od naszych czasów. Zresztą cały film nie nadaje się zbytnio dla współczesnego widza - ma zupełnie inny rytm i człowiek wychowany na kinie współczesnym źle go odbiera. Razić mogą dłużyzny, pewna sztuczność gry aktorskiej, brak dynamicznych zwrotów akcji. Mimo tego, jest to ciepłe i przyjemne kino czeskie, mające w sobie taki przewrotny humor. Nie przypomina ono polskiego kina - które w czasach socjalistycznych było mocno martyrologiczne, poważne, musiało nieść przesłanie. Kino czeskie produkowało znacznie więcej komedii - ot dla zabawy widza. I warto to wykorzystać.




Obecnie w koszach z tanimi płytami DVD w marketach i innych sklepach dla sprawnych intelektualnie inaczej,  jest spory wybór starych czeskich filmów i seriali - z polskim lektorem lub napisami. Polecam eksplorację zasobów sklepów i zapoznanie się osobiste z czechosłowacką komedią...

wtorek, 29 września 2009

Wspomnień czar - Konwój

Postanowiłem rozszerzyć serial wspomnieniowy o filmy które kiedyś zrobiły na mnie wrażenie, a nierzadko robią je do dzisiaj:-) Jako pierwszy na warsztat trafia film Sama Peckinpaha z 1978 roku - Konwój (Convoy).



Zapewne wszyscy pamiętają wielkie ciężarówki mknące przez Amerykę Północną, kierowców w podkoszulkach rozmawiających przez CB i piękną Ali MacGraw w kabinie z Krisem Kristoffersonem. Film niesamowicie podbudował ego polskich kierowców ciężarówek, a pamiętać trzeba że pojawił się w czasach kiedy w Polsce truckerzy jeździli Liazami, Starami, Jelczami i z rzadka trafiało się jakieś Volvo. Do tego CB radio było surowo zakazane przez socjalistyczne władze, a komórki jeszcze nie istniały;-). Na takim tle film budził ogromne emocje. W Polsce pojawił się chyba w połowie lat 80-tych, a więc z lekkim poślizgiem. Do kin waliły tłumy. Nie wiem jak reagowały na niego kobiety, ale faceci zawsze lubili czuć moc w kołach, a co jest fajniejszego na świecie od wielkiej ciężarówki? Chyba tylko wielki tankowiec;-) W Polskich realiach, po obejrzeniu Konwoju - chciało się natychmiast zostać kierowcą takiego potwora.




Konwój powstał jako klasyczny film drogi, modny w latach 70-tych XX w. Przedstawia ciężką pracę ludzi odpowiedzialnych za zaopatrzenie nas, maluczkich w niezbędne dobra. Oczywiście nie pokazuje nudy związanej z wielogodzinnym prowadzeniem ciągnika siodłowego po gładkiej jak stół drodze. Temat pozornie niezbyt ciekawy, w filmie został przedstawiony interesująco. Wykorzystano proste chwyty aby zaprezentować ciekawą i uniwersalną historię. Fabuła jest bardzo prosta - krótkie spięcie na drodze z władzą, która czystych rąk nie ma, a do tego sama szuka guza. Kierowcy najpierw zaczynają po prostu świetnie się bawić ucieczką przed odpowiedzialnością, aż odkrywają ilu ich jest. Tutaj już do akcji wkracza telewizja i chwilę potem polityka - bo skoro ich tylu - to pewnie czegoś chcą. Przesłanie Konwoju się nie zestarzało. Nadal ważne jest współdziałanie, solidarność, zaufanie, a politycy nadal chcą się wspiąć po naszych grzbietach do władzy i splendoru.




Film ten ma nieco inną wymowę w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. W USA to przedłużenie etosu kowboja, szlachetnego, niosącego pomoc człowieka, który przemierza na swym wierzchowcu bezkresne amerykańskie prerie. Czasem przy tym współpracuje z innymi kowbojami (oczywiście powinno być westman a nie kowboj, ale amerykańskie westerny zmieniły znaczenie słowa kowboj). No i oczywiście zawsze w słusznej sprawie. Polski odbiorca widział raczej jednostki solidarnie walczące z systemem. Złym, totalitarnym, nie kochającym człowieka systemem.



A co byłoby dzisiaj? Gdyby chcieć ponownie nakręcić ten film w Polce? Niestety - NIE DA SIĘ! Kierowcy zatrudnieni w różnych firmach na etatach - nie są wolnymi strzelcami i posiadaczami ciężarówek jak w oryginale. Auta mają GPS - więc wiadomo gdzie są w danym momencie. Tachografy zapisują dane o pokonanej trasie i czasie pracy. Inspekcja Transportu Drogowego czyha za zakrętem i ukarałaby uczestników konwoju za przekroczenie czasu, przeładowanie naczepy i inne niedoskonałości pojazdów.



Oczywiście zawsze można odepchnąć na bok rozważania pseudointelektualne i po prostu zagłębić się w nurt filmu. Chłonąć z rozdziawionymi ustami sceny z wielkimi ciężarówkami, tak jak robiliśmy to jako dzieci prawie 30 lat temu w kinie. Niestety - dziś Konwój nie budzi w nas już takich emocji, ale nadal daje się z przyjemnością obejrzeć, do czego gorąco zachęcam...

wtorek, 22 września 2009

Jak tu pięknie...

Zostałem zaproszony na wesele. Termin wrześniowy, loco Świnoujście. W życiu nie byłem tak daleko w Polsce;-) Ponieważ znajomi którzy zapraszali to przesympatyczni ludzie - wręcz nie wypadało odmówić, a że daleko - to trzeba połączyć przyjemne z pożytecznym i przy okazji zaliczyć mały urlop nad Bałtykiem.

Długo się jechało - w sumie coś z dziewięć godzin. Droga jak to w PL - nudna, wąska, kręta, na szczęście unia dała kasę na nowy asfalt. Do wyboru jest wariant południowy - przez Poznań (33zł za Kulczykbahn), lub północny przez Piłę. Wybraliśmy z żoną południowy i już wiemy że wrócimy północnym (a tak, piszę tą notkę jeszcze ze Świnoujścia;-). Dojechać jednak do celu nam się udało. Urokliwy ślub w małym neogotyckim kościółku, potem huczne weselisko i żyli długo i szczęśliwie....


 Przykład ładnej architektury współczesnej

Nadszedł poniedziałek, pora pozwiedzać. Co można obejrzeć w Świnoujściu? Przede wszystkim piękne wille, wybudowane w dawniejszych czasach. W większości odnowione, zadbane, czekają na chętnych wczasowiczów i pensjonariuszy sanatoryjnych - bo jest to też uzdrowisko. Całość obrazu psuje kilka domów wczasowych, zapewne produkcji Ś.P. Funduszu Wczasów Pracowniczych. Koszmarne zjawiska architektoniczne, do tego pomalowane w kolory absolutnie niedobrane do bryły i otoczenia. Gwałt na moim poczuciu smaku i harmonii. Biorąc pod uwagę ilość tych "dzieł" - jest to gwałt zbiorowy... Na szczęście w dzielnicy nadmorskiej powstają apartamentowce cudnie wkomponowane w otoczenie, o starannie zaprojektowanych elewacjach. Miło popatrzeć.


Koszmarek z dawnych lat

Dla osób lubiących doznania ekstremalne - bazar dla gości z Niemiec. Absolutna masakra;-) Krasnoludki i inna zwierzyna (krety, psy, koty...), oraz holenderskie wiatraki - wszystko do przyozdobienia ogródka. Do tego ubrania, jakich Polak raczej by nie założył. Jedzenie, papierosy, muzyka, filmy - folklor nieziemski. Co ciekawe - Polacy na ten bazar nie chodzą - widać to wyraźnie, bo idąc przezeń byliśmy zachęcani do zakupów wyłącznie po niemiecku.


Widok z wieży kościoła, tuż przy morzu nowe 
budynki apartamentowe (te z pierwszej fotki;-)

Aby zrównoważyć szok - pora wyskoczyć kilkadziesiąt metrów w górę - wchodzimy na wieżę kościoła garnizonowego. Styl neogotycki, kościół po wojnie rozebrano, a wieżę stosunkowo niedawno odrestaurowano i udostępniono zwiedzającym. Trochę razi z daleka brakiem zwieńczenia, ale widoki wspaniałe. Wyraźnie widać że całe Świnoujście to zieleń i zieleń... Drugim punktem widokowym jest najwyższa w Europie latarnia morska. Wystarczy wdrapać się po 300 stopniach i można popatrzeć na świat z wysoka (68m). Na oba punkty radzę zabrać jakieś wdzianko - wieje dość mocno.


Świnoujska latarnia 

Dla miłośników militariów i fortyfikacji - Fort Zachodni, Fort Anioła i Fort Wschodni. Oddane do zwiedzania stosunkowo niedawno, przyciągają rozmiarami i ciekawą architekturą. W Forcie Zachodnim funkcjonuje też smaczna restauracja - warto zajrzeć.


Cieśnina Świna - widok z latarni

Niewątpliwą atrakcją jest też prom, przewożący mieszkańców i turystów przez Świnę. Mieszkańcy od lat marzą o stałej przeprawie, ale biorąc pod uwagę typowo polską prędkość działania - to Świnoujście się prędko nie doczeka. Bo nie ma pieniędzy. I nieważne że państwo co roku wykłada około 20 milionów złotych na bieżącą eksploatację promów. Obstawiam że prędzej powstanie Muzeum Starań o Most lub Tunel, niż rzeczywista budowla. I jeszcze konserwator zabytków ten niewybudowany obiekt obejmie opieką konserwatorską - bo starania trwają od 1946 roku, kiedy to kra zniszczyła ostatni most nad Świną...

Dużo w Świnoujściu jest kostki brukowej. Tej prawdziwej, granitowej, a nie betonowego badziewia. Widać po niej upływ czasu, ale jest zasadniczo równa. Ulice czyste, ruch kołowy płynny i dobrze zorganizowany. Jeździ się z przyjemnością. Nie wiem jak w sezonie, kiedy to stonka turystyczna opanowuje miasto - ja zawsze morze widzę po sezonie;-) Zresztą sezon to tylko 2-3 miesiące, więc można się przemęczyć i zarobić na turystach;-) Świnoujście na szczęście nie jest miasteczkiem umierającym we wrześniu - jak wiele nadmorskich miejscowości. Restauracje działają, pokoje można wynająć, miasto żyje również poza sezonem.

Świnoujście to bardzo ładny kawałek Polski. Wart odwiedzin i zwiedzania. Ja osobiście polecam zdecydowanie poza sezonem;-)

sobota, 5 września 2009

Pewien konkurs i jego nagroda

Dzieciaki lubią różne rzeczy. Słuchaja muzyki, której taki wapniak jak ja nie znosi, oglądają strony w necie na które nawet pijany bym nie zajrzał. Moja córka nie odstaje od reszty i zwiedza pudelki, plotki i kotki peel. Eksplorując kotka odkryła że zbliża się zorganizowane przez ten portal, oraz Electronics Arts i Sony - Simowisko, czyli spotkanie miłosników Sims. Zasadniczo wszystkich wersji, ale z racji marketingowych - najmilej widziani są Ci co kupili "trójkę". Impreza odbyć miała się w sobotni poranek i potomstwo zarządziło wycieczkę, bo w Sims rąbie ile wlezie. Cóż było robić - naładowałem urządzenia elektroniczne, żeby się nie nudzić na miejscu i pojechalim...


Generalnie zielono było dość mocno, grała muzyka i sporo "młodzieży" się kręciło. Co pół godziny odbywał się konkurs jakowyś na scenie lub w jej okolicach. Zapowiedziałem córce że nie wyobrażam sobie że będzie się snuła bezproduktywnie między ludźmi - ma wziąć udział i coś wygrać, aby imprezka owocna była. Dziecko mam szkolone i posłuszne nadzwyczajnie - zaatakowało konkurs wiedzy o kotku. Wycięło bez litości konkurencję, obnażając brutalnie ichnią lichość umysłową (no jedną godną konkurentkę miała). Zdobyła nagrodę główną - PSP Slim. Dla niekumatych - małego Sony Plej Stejszyn. Takie ręczne dupełko z grami.W sklepie jak sprawdziłem - 750 dukatów brzęczącą monetą położyć trzeba.


No i nie miała baba kłopotu;-) Po powrocie do domu rozpakowujemy pudełeczko z nagrodą i co widzimy? Kartę gwarancyjną;-) A co w tym śmiesznego? Ano to że nosi ona datę - konkretnie gwarancja odpalona została w 2006 roku. Czyli Agora wyciągnęła tą nagrodę ze swojego pojemnego magazynu nagród wszelakich. Dobrze że używana nie była, opakowanie wyglądało na fabryczne. Spodziewałbym się po takiej firmie trochę poważniejszego podejścia.

Fotka może nie najlepszej jakości, ale co trzeba to widać.  


Nic to, damy rade. Jakieś 84 zyla wydałem na NFS Undercover. I tak sobie gramy z córką na zmianę;-) Ale sprawdziłem w necie - już wiem że jako następną kupię jej Lemmingi - grę z mojego "dzieciństwa" ;-)