Poszukaj w Google...

piątek, 25 maja 2012

Koniec gimnazjum

Czas nie stoi w miejscu i córka która niedawno kończyła podstawówkę, dziś kończy gimnazjum. Siłą więc rzeczy uczestniczę w nowoczesnym procesie rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych. W stolicy wygląda to następująco:
- uczeń dostaje login/pass do specjalnego systemu
- uczeń loguje się i rejestruje w systemie swoje preferencje - czyli max. trzy szkoły w kolejności w jakiej chciałby się do nich dostać
- system rejestruje zgłoszenie, ale generuje kwit do wydrukowania i zaniesienia do pierwszej wybranej szkoły. 

Całość nie wygląda tak źle, dopóki nie spojrzymy na szczegóły. Po pierwsze ktoś założył że w każdym warszawskim domu jest drukarka. No bo gdzieś trzeba podanie wydrukować. Założenie cokolwiek ryzykowne i hurraoptymistyczne. Zaręczam że są ludzie którzy drukarek nie mają ani w swoim, ani żadnym zaprzyjaźnionym domu. W pracy też nie, bo np. nie pracują w cieplutkim biurowcu na Służewcu. 

Po drugie - system oczekuje że wraz z owym podaniem, złożymy potwierdzoną kopię świadectwa badań lekarskich. Żaden problem dla tych którzy idą do liceum i wybrali sobie nawet trzy różne (brak badań zawodowych). Jednakże moja córka wybrała dwa technika i dopiero jako ostateczność liceum. Każde technikum mieści się gdzie indziej i ma inne wymagania co do badań zdrowotnych. Same badania finansowane przez NFZ to temat na osobną notkę, na szczęście dość wcześnie pogoniłem latorośl do ich załatwienia, więc przed finalnym terminem składania podań - miała je gotowe. I teraz szczyt dowcipu - podanie z badaniami składa się do pierwszej szkoły którą się wybrało (załączając badania z drugiego technikum, jeśli startujemy do dwóch oczywiście). Dokument potwierdzający stan zdrowia - musi być potwierdzoną przez szkołę docelową kopią. Wczoraj zatem udałem się do drugiego technikum które zostało wybrane, aby zrobili kopię dokumentu i potwierdzili ją. Na miejscu okazało się że kopii nie zrobią bo się toner skończył. No tak, przepraszam, powinienem był to przewidzieć i przybyć ze swoją kopią. Po prostu w głowie mi się nie mieści że w szkole, w okresie rekrutacji - ktoś w sekretariacie radośnie informuje że toner się skończył. Bo pewnie ciężko było przewidzieć ten fakt i zamówić wcześniej... Od lat niezmiernie irytuje mnie to że rozmaite sekretariaty urzędów mają jakiś kosmiczny opór przed kopiowaniem dokumentów (kiedyś wydziały komunikacji życzyły sobie aby to petent przynosił gotowe kopie, bo oni nie mają tonera i papieru na takie duperele).

Najlepsze jest w tym wszystkim to, że owo mityczne potwierdzenie kopii zaświadczenia w jednym akapicie podania jest i nie jest wymagane. Popatrzcie uważnie na fragment:


Jak widać logiki w tym żadnej - ostatnie zdanie przeczy kilku poprzednim... Czyli mogłem sobie oszczędzić jeżdżenia, ale jak znam życie to by się okazało w momencie składania papierów że jednak musi być potwierdzona, a czasu już nie ma - bo to ostatni dzień składania podań.

Po trzecie - po zebraniu wszystkich papierów - składamy podanie w pierwszej wybranej szkole i grzecznie czekamy na wyniki egzaminu gimnazjalnego, listy przyjęć, potwierdzamy toto, itp. Harmonogram działań zajmuje stronę A4 i trzeba starannie terminów pilnować. Niby miało być prosto, ale wcale tak nie jest. Latania za kwitami całkiem sporo (po jakiego wała potwierdzona przez docelową szkołę kopia badań?), samego papieru też imponująca ilość idzie. To już nie można było konsekwentnie? Po zarejestrowaniu podania w systemie elektronicznym, podjechać tylko do szkoły, dać pani o ręki dodatkowe kwity z badaniami, pani to w skaner i "dopina" do podania w systemie. 

Za godzinkę jadę złożyć dokumenty do szkoły. Ciekawe czy mnie jeszcze z jakiegoś powodu krew zaleje. Tym niemniej kopię badań do tej szkoły - zabieram na wszelki wypadek...

czwartek, 17 maja 2012

Zakup auta na firmę

Jako że byznesmenem poważnym już jestem i kontrakty serwisowe posiadam, a auto służbowe z firmy poprzedniej zdać musiałem - nadeszła pora na zakup czegoś do swojej działalności gospodarczej. Dla tych co nigdy DG nie prowadzili - wyjaśnienie. Auto kupione na firmę jest kosztem tejże. Czyli pomniejsza kwotę do opodatkowania. Czyli podatek mniejszy. Info dla ułomnych intelektualnie - Kowalski bez DG kupuje furę za swoje, już opodatkowane pieniądze. Zieliński mający DG - kupuje auto najpierw, a od tego co mu zostanie - dopiero płaci podatek. Paliwo jest również rozliczane w ciężar działalności. Jak więc widać - zysk jest poważny.

Liczyłem w każdą możliwą stronę i wychodziły mi dwie opcje - pierwsza zakładała że auto mi zbędne. Wiosną, latem i jesienią obskoczę skuterkiem, a zimą taksówki i komunikacja miejska. Jak auto naprawdę potrzebne będzie - to się z wypożyczalni weźmie. Druga opcja to jednak zakup auta w leasingu. Żeby za łatwo nie było - opcje dwie. Pierwsza to jak najniższa wpłata startowa, a najdroższy wykup - czyli tak naprawdę ponosimy tylko koszt utraty wartości nowego auta, potem je oddajemy i bierzemy następne nowe (niektórzy zwą to wynajmem długookresowym). Druga to wysoka wpłata własna, raty leasingowe i wykup za 1% wartości. Pozostaje nam zatem auto które można sprzedać. Mniejsza o detale - jeszcze się do końca nie zdecydowałem którą opcję wybiorę (skłaniam się ku leasingowi bez wykupu), najciekawsze jest bowiem to w jaki sposób jest traktowany klient w salonie. Wszak branża samochodowa ciągle jęczy że Polacy nowych furek nie kupują...

Postawiłem sobie warunki brzegowe, absolutnie nieprzekraczalne - co musi mieć moje auto? Dwie rzeczy - klimatyzację i automatyczną skrzynię biegów. To pierwsze stało się pewnym standardem w ciągu ostatnich siedmiu-ośmiu lat. To drugie to nadal jakaś dziwna fanaberia. A ja lubię automaty i chcę automat. Na nieco ponad pół miliona kilometrów które jako kierowca pokonałem - połowa z automatem. A właściwie różnymi automatami. I skoro kupić mam auto nowe - za swoje i dla siebie - to ma mieć automat.

Kiedyś w dawnych czasach zakładałem Klub Citroena. Miałem wtedy Citroena BX (najpierw z manualem, ale potem automat) i logicznym jest że skierowałem swe kroki do salonu Citroena. Tam zainteresował mnie Berlingo i Nemo (wszelkie C3 i C4 mają za dużo błyszczącego plastiku w środku i dlatego odpadły). Niestety ani Berlingo ani Nemo - nie są dostępne w Polsce z automatem. Handlowiec jak usłyszał czego pożądam - powiedział że nie ma i odwrócił się na pięcie. Zerowe zainteresowanie klientem. Na Facebooku zadałem Citroenowi pytanie co ma zrobić klient w Polsce chcący Berlingo z automatem. Odpowiedzią mnie nie zaszczycili...

Po Citroenie BX miałem kilka maszyn ze stajni Renault. Część z manualną skrzynią, część z automatyczną. Jako że nawet służbowy wózek to było Renault Clio i o dziwo - świetnie mi się nim jeździło - wybrałem się do salonu Renault celem obejrzenia Clio z automatem i pojeżdżenia nim. Niestety. Dupa kurwa zbita. Handlowiec, młodziutki szczawik, radośnie podbił do mnie z pytaniem czym może mi służyć. Kiedy zakomunikowałem mu czego oczekuję - był wyraźnie rozczarowany. Kolejny upierdliwy klient z wyjebanymi oczekiwaniami, żądający jakichś fanaberii zamiast kupić cokolwiek co mają akurat w promocji. Renault nie ma swojego profilu na fejsie, maila którego wysłałem do centrali - olali precyzyjnie.

Jako że Peugeot razem z Citroenem tworzą koncern PSA - nie spodziewałem się innego podejścia, a po drodze mi jakoś do ich salonu nie było - zignorowałem więc francuskie auta. Żałuję nieco bo trochę ich miałem. Tak na oko to z osiem. Koniec jednak sentymentów - zobaczmy co mają w ofercie japończycy i co tam jeszcze w rękę wejdzie.

Salon Suzuki. Pytam o Swifta i SX4. Pani oferuje mi natychmiastową jazdę próbną SX4, a w międzyczasie podstawią nam Swifta z automatem, bowiem do normalnych jazd go nie ma, ale jest w puli prasowej, no a skoro klient sobie życzy - to ona to załatwi. Jazda SX4 całkiem miła, ale auto mi nie leży. Kiedy wracamy do salonu - Swift z automatem już czeka. Wsiadamy, jeździmy, rozmawiamy. Powrót do salonu, rozmowa z panem od leasingu, komplet informacji. Nikt nie patrzył na mnie dziwnie kiedy mówiłem ze firma istnieje raptem dwa tygodnie, że zakup auta za ok. 3 miesiące, itd.

Salon Toyoty. Pytam o Yaris z automatem. Bardzo serdecznie zapraszamy - stoi i czeka. Skrzynia CVT, wypas po uszy, auto pracuje fajnie i miło. Pan handlowiec wie wszystko to o co pytam. Informacja o czasie istnienia firmy nie wywołuje zdziwienia. Handlowiec proponuje jeszcze jazdę Toyotą Auris, ale za to już dziękuję - za duża nieco i przekracza założony budżet.

Salon Kia. Właściwie dwa. W pierwszym - zerowe zainteresowanie moimi potrzebami - pani informuje mnie że Soul z automatem do jazdy nie mają i nie będą mieli, bo tak i już. W drugim salonie przez 15 minut waliłem drzwiami i klapami bagażników w autach prezentacyjnych - pies z kulawą nogą nie podszedł. Więc nie będzie KIA w moim garażu...

Salon Chevroleta. Zaliczony zupełnym przypadkiem. Bo po drodze było, a mordka nowego Aveo mi się nawet podoba. Tutaj zaliczyłem największy szok. Po pierwsze stosunek cena/wypas. Po drugie - na moje pytanie o automat - owszem jest, sześciobiegowy hydraulik, nie, nie jest dostępny do jazd próbnych, ale zaraz zadzwonię w kilka miejsc i na pojutrze będzie. Proszę o kontakt to zadzwonię do Pana i poinformuję.
Szczękę zbierałem z podłogi. W ramach testu - poprosiłem o jazdę manualem. Bardzo proszę - stoi, wsiadamy i jedziemy. Pan się nawet nie zdziwił że chciałem jazdę z manualem - zrozumiał że jeśli mi w ogóle nie będzie to auto odpowiadało - to nie będzie musiał ściągać automatu.

Salon Skody. Fabia szpetna, Roomster tak samo. Yeti fajna, ale za duża i za droga. Za to zainteresowała mnie CitiGo. Niby ma mieć automat, tak naprawdę to będzie zrobotyzowany manual, ale zawsze. Tym niemniej w momencie wizyty w salonie - testowe auto z automatem niedostępne. Pan obiecał zadzwonić do piątku. I o dziwo zadzwonił, informując że nie ma szans na jazdę tym przed upływem kilku miesięcy - bo to nowy model, dopiero produkują i takie tam. 

Żeby sytuacja była całkiem jasna - w każdym salonie informowałem że zakup za 2-3 miesiące. Z salomu Suzuki zadzwoniła pani po ok 2 miesiącach z pytaniem o to czy dokonałem wyboru/zakupu? I kiedy usłyszała że jeszcze nie - zaproponowała ponowną wizytę u nich i jeszcze jedną jazdę. Jak się chce to można - tylko trzeba myśleć jak zdobyć klienta... Pani ma u mnie dużą kawę - jako jedyna nie zignorowała tematu -  zadzwoniła, zainteresowała się klientem.

Co powiem na zakończenie? Otóż nadal najchętniej kupiłbym Berlingo lub Nemo z automatem. Po części dlatego że chciałbym Citroena. To we mnie jest i pozostanie - Citroen to moja marka po prostu. Jako opcja - Renault Clio lub Kangoo z automatem. Tymczasem firmy sprzedające auta francuskie mają żenujący poziom obsługi. Dosłownie żenujący. Zatrudniają ludzi którzy powinni co najwyżej barany strzyc, a nie klientów obsługiwać. W firmach francuskich nie ma świadomości że klientów chcących automat jest coraz więcej. Tak, chcemy automatycznych skrzyń biegów! Firmy japońskie i amerykańskie to widzą. Czemu francuskie opierają się na badaniach sprzed wieków? To że Citroen nie widzi dobrze polskiego rynku to ja akurat wiem od lat. Dobre 10 lat temu zapytałem najwyższego wodza Citroena o to czemu w Polsce nie sprzedają aut z gazem fabrycznym, skoro robią to w Holandii i Francji. Usłyszałem w odpowiedzi że oferują w Polsce nowoczesne diesle i  takie tam bla bla bla. A Polska już wtedy miała najwięcej stacji LPG w Europie.

Smutno mi i przykro - chciałbym nowego Citroena z automatem. Albo Renault. A nie mam na to szans. Nie chce mi się kombinować ze ściąganiem takiego auta z Niemiec (tam jest dostępne) - chcę jak biały europejczyk kupić je w salonie na rogu. Mam po dziurki w nosie chujowej jakości obsługi w salonie firmowym. Nie zgadzam się na taką segmentację rynku. Chcę móc kupić to co mi się podoba i co uważam za słuszne - za moje pieniądze. Bez kombinacji i wysiłku.

Wiem że Citroen i Renault oleją to co napisałem. Mają w tym wieloletnią praktykę. Dlatego ja zagłosuję nogami - mimo że chciałbym francuskie auto z automatem - nie kupię kota w worku. Kupię auto japońskie lub amerykańskie. A Renault i Citroen niech dalej zgadują dlaczego ich produkty mają tak mały udział w polskim rynku. Słuchajcie klientów i nie dziwcie się że macie marną sprzedaż - macie MARNYCH handlowców i błędne procedury obsługi klienta!!!

piątek, 11 maja 2012

Jak założyłem firmę

Jesienią zeszłego roku w firmie dla której pracowałem, zaczęły się pojawiać niepokojące sygnały. Niby nic wielkiego, ale coś wisiało w powietrzu. Nie wdając się w szczegóły - trzeba było działać, aby pracy nie szukać. Siedziałem, analizowałem, liczyłem - wychodziło na to że mogę pójść na swoje i całkiem nieźle na tym wyjdę. Robił będę nadal to samo, dla tych samych klientów, ale na własny rachunek. Korzyści widoczne gołym okiem - sporo rzeczy będę mógł zaliczyć w koszt prowadzenia działalności, no i przez pierwsze dwa lata - preferencyjna składka ZUS. 

Sama operacja założenia działalności nieco mnie przerażała, szczególnie osławione jedno okienko. Nie znoszę jakiegokolwiek kontaktu z jakimkolwiek urzędnikiem. Nawet jeśli miałby przypiąć mi medal. Okazało się jednak że nie będę musiał palcem kiwnąć jeśli chodzi o rejestrację - bowiem biuro księgowe na którego usługi się zdecydowałem - zrobi to za mnie. Jedna wizyta, rozmowa z kimś w rodzaju opiekuna klienta i podpisałem umowę z TaxCare. W internecie opinii o nich mnóstwo, negatywnych i pozytywnych. Olałem wszystkie bo się mniej więcej równoważyły. Najwyżej jak mi się nie spodoba to sobie pójdę gdzie indziej...

Dobrze ponad godzinę zajęło wypełnianie papierków - gdzie  ja tylko podawałem dane. Niczego nie musiałem pisać własnoręcznie, poza podpisaniem pełnomocnictw. Dostałem info na konto jakiego urzędu mam przelać parę zł za rejestrację płatnika VAT, oraz wydrukowane zgłoszenie do ewidencji. Ten jeden dokument musiałem dostarczyć do dowolnego urzędu gminy/dzielnicy. Udałem się tam następnego dnia rano i w sumie w ciągu 10 minut, z jednym tylko zgrzytem - załatwiłem. Dwa dni później dostałem informację że jestem już przedsiębiorcą i mój Wpis do Ewidencji - dostępny jest na specjalnej stronie w internecie. Luksus...

W ramach współpracy z TaxCare - dostałem od razu konto firmowe w IdeaBank, oraz panel księgowy w którym mogę wystawiać faktury i prowadzić całą księgowość. W sumie całkiem sensowny pakiet za rozsądną cenę (189 zł netto za komplet, do 30 faktur w miesiącu). Jednak IdeaBank mi ostro podpadł,  bowiem odbili pierwszy przelew, twierdząc ze konto nie jest aktywne. Dostęp do niego miałem (wszystkie loginy wysłali zaraz po podpisaniu umowy z TaxCare), napisu że nieaktywne nie było. Okazało się że nie mieli mojego Wpisu do Ewidencji - co jest śmiesznym tłumaczeniem - skoro jest dostępny dla każdego na stronie www.ceidg.gov.pl - NIP wystarczy podać a ten mieli. Oczywiście naprawili ten problem po telefonie do mojego opiekuna i zrobieniu małej aferki. Zgrzyt był jednak tak poważny - że założyłem konto firmowe w banku gdzie mam swoje konto prywatne i póki co tego w IdeaBank używam do płacenia podatków i ZUS. Jest to o tyle wygodne że księgowy zakłada mi tam zlecenia przelewów, a ja je tylko akceptuję. Nie muszę myśleć ile i na jakie konto, komu i za co. Jako leń - doceniam to rozwiązanie, więc jak nabiorę zaufania do IdeaBanku - to pewnie będę go używał w pełnym zakresie.

Zastanawiałem się nad siedzią firmy (to jeszcze przed jej rejestracją) - miałem wybór pomiędzy rejestracją w miejscu zamieszkania (dla mnie kłopotliwe, bo wynajmuję mieszkanie i musiałbym umowę renegocjować, nie chciałem generować problemów sobie i właścicielowi) a najmem jakiegoś lokalu (koszty). W grę wchodziło jeszcze wynajęcie wirtualnego biura, ale to też nieco kosztuje. Dlatego dogadałem się z jednym z klientów i mam u niego swoją siedzibę w ramach częściowego barteru. Recepcjonistka przyjmuje przesyłki kierowane do mnie, nie mam więc z tym problemów - koniec z awizami w skrzynce, a i zęby listonosza bezpieczne. Mogę też bez problemu nadać paczkę, czy fax (ciekawe kiedy technologia faxu wreszcie padnie;-). 


Oczywiście jako poważny byznesmen - mam wizytówki, firmową domenę (strona się robi) i komóreczkę. Nie mam natomiast pieczątki i wszystko wskazuje na to że tego atrybutu nie będę musiał posiadać - kult pieczątki dobiegł końca w Polsce. I bardzo dobrze...

środa, 9 maja 2012

Blogger - reaktywacja

Daaaaawno nic nie pisałem. Jakoś pod koniec ubiegłego roku siadły mi chęci na wiele rzeczy;-( Ucierpiał i ten blog, ale jako że zima za nami, wiosna prawie już też, a ja od ostatniej notki przeżyłem sporo ciekawych przygód - mam więc o czym pisać. 

Zmian w życiu całkiem sporo - zakończyłem pracę na etacie i rozpocząłem działalność na własny rachunek, co przełożyło się na nieco mniej czasu wolnego. Tym niemniej sporo satysfakcjonujących zadań wykonałem. W jednej z notek opiszę jak zakładałem firmę i w sumie to dość przyjemne doświadczenie. Opiszę też jak wygląda w Polsce próba kupienia nowego samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Ciekawe wyzwanie - naprawdę.

Kot urósł i z psem dogadują się wyśmienicie. Śpią razem w łóżku, wspólnie się bawią (zabawa polega na hałaśliwym przelocie przez całe mieszkanie, kilka razy w tę i z powrotem;-). Kotek obecnie wygląda tak:


Jak widać to nieco demoniczne zwierzątko;-) 

Co jeszcze robię ciekawego? Trochę poważniej zainteresowałem się grami typu LARP, ale z elementami ASG.  Tutaj znajdziecie relację z dwóch edycji S.T.A.L.K.E.R.A. w których brałem ostatnio udział: STALKER - ODKRYCIE oraz STALKER - EMISJA

Dzisiaj zaś po raz pierwszy zainteresowałem się tematem domowej produkcji cydru jabłkowego i dokonałem pierwszego nastawienia. Za jakiś miesiąc będę dokonywał degustacji - nie omieszkam napisać;-)

I to chyba na tyle w poście reaktywacyjnym ;-)

czwartek, 13 października 2011

Dowód osobisty

Polska to bardzo nowoczesny kraj. Niewielu zdaje sobie z tego sprawę, ale tak jest. Dla zobrazowania tej tezy - posłużę się świeżym przykładem. Zapraszam do lektury.

Nowe dowody osobiste w postaci plastikowej karty, wydawane są w naszej ojczyźnie od nieco ponad 10 lat. Takowy posiada moja żona, z tym że jego ważność skończyła się w dniu wyborów parlamentarnych. Żona udała się więc do najbliższego Urzędu Dzielnicy w celu złożenia stosownego wniosku. Urzędniczka zrobiła duże oczy, naprawdę duże, gdyż - żona nie jest przecież zameldowana w rejonie owego Urzędu. A Urząd to nie byle co - to poważna sprawa jest.

Staranna lektura Ustawy o Ewidencji Ludności i Dowodach Osobistych dała nam niezły ubaw - już kiedyś o tym arcydziele pisałem, ale nadal nie mogę się nadziwić jak można skonstruować tak nieprzystające do rzeczywistości prawo i jeszcze pozwolić aby połowa tej ustawy była martwa... Tym niemniej dowiedzieliśmy się iż Urzędem właściwym do załatwienia tak banalnej sprawy jak wydanie podstawowego dokumentu obywatela - jest Urząd w miejscu zameldowania. Jako że nie mieszkamy tam gdzie jesteśmy zameldowani a w miejscu gdzie mieszkamy z racji popieprzonej ustawy i zawiłości dopiętych do niej przepisów - zameldować się nie możemy na stałe - pozostała nam szybka wycieczka 150 km w jedną stronę.

Zwiedzając rozkopane drogi z okazji zbliżającego się Euro 2012 - podróż to jedyne trzy godziny. Załatwienie sprawy w Urzędzie - 10 minut - wniosek był już wypełniony wcześniej, fotki przygotowane - wszystko załatwione. No prawie. Żona bowiem skorzystała z nowoczesnej możliwości - poprosiła o przekazanie gotowego dokumentu do Urzędu w Warszawie. Pan zrobił duże oczka i powiedział że to przecież potrwa dłużej i że lepiej odebrać tutaj. Jasne, nie mam nic lepszego do roboty tylko dymać znowu 150 km w jedną stronę, po rozkopanej gierkówce, po to żeby plasticzek odebrać. Żona też zresztą nie była tą perspektywą zainteresowana i stanowczo zażądała przekazania dokumentu. Tak zrobiła kilka lat temu z Prawem Jazdy i nawet się udało.

Teraz będzie najlepsze - Pan sugerował odbiór dokumentu w Piotrkowie, bowiem gotowy dowód i tak do niego przyjedzie. Urząd w Piotrkowie wyśle wniosek i foto do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych w Warszawie, tam dokument wyprodukują, wyślą do Urzędu w Piotrkowie, ten go obejrzy i wyśle do Urzędu w Warszawie. BRAWO!!!

Żeby nie było że tylko narzekam - oto jak to powinno wyglądać:
- idę złożyć wniosek do pierwszego z brzegu urzędu,
- wypełniam go elektronicznie, lub jeśli jednak urząd woli - na papierze,
- wniosek wraz z fotką leci elektronicznie do PWPW wraz z infem gdzie ma być przekazany do odbioru,
- koniec.

Nie wiem po co jest system Pesel, skoro wydanie Dowodu Osobistego jest drogą przez mękę. Zaraz sprawdzę kiedy kończy się mój dokument - bowiem w Ustawie jest pewien zabawny zapis, który prawdopodobnie umożliwi przyjęcie wniosku w dowolnym Urzędzie. Korci mnie aby go wypróbować.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Ostry tuning wkrętarki

Dzisiaj notka z pogranicza majsterkowania i ASG. Dotyczyć będzie zabaw z prądem we wkrętarce. Skoro jednym ze stopni tuningu karabinka ASG jest wymiana baterii na wydajniejsze ogniwa Li-Po - to czemu nie zrobić tego we wkrętarce? ;-) Tym bardziej że krew mnie zalewała za każdym razem jak kończył się prąd we wkrętarce, a ładowanie to kilkanaście godzin - z LiPo będzie błyskiem;-)

Większość sprzedawanych nam elektronarzędzi akumulatorowych ma w sobie starożytne ogniwa NiCd. Nie lubią one ładowania wysokim prądem (długo trwa ładowanie), źle znoszą zimno, starzeją się, mają efekt pamięciowy, są ciężkie i drogie. Do mojej wkrętarki - nowy akumulator 12V to 130 zł (znalazłem i po 170 zł). Tymczasem w domu mam kilka pakietów LiPo do karabinków. Czemu mam ich używać tylko w weekendy? ;-) Szybka analiza i oto wynik: wysokowydajny akumulator modelarski, firmy Pelikan, o pojemności 1100mAh, napięciu 11,1V i wydajności prądowej 36C (prawie 40A) to koszt ok. 80 zł. Z powodzeniem zmieści się w oryginalnej obudowie i zastąpi NiCd. Jako że posiadam już ten pakiet - koszt przeróbki równy jest zero złotych. Pakiet LiPo jest lekki, wydajny prądowo, odporny na zimno, nie ma efektu pamięciowego i najlepsze można naładować do pełna w 10 minut! Jak to zrobić?


czwartek, 7 lipca 2011

Deszcz i ASG

Mała przerwa w prowadzeniu bloga, spowodowana została zrośnięciem się obojczyka;-) Rzuciłem się w wir rozgrywek ASG i innych zajęć, na co czekałem dwa miesiące z utęsknieniem. Dlatego zaniedbałem pisanie, ale powoli wrócę do tego zadania;-) 

Dzisiaj chciałem napisać o grze w warunkach deszczowych, podczas polskiej pory monsunowej, czyli latem;-) Tak się złożyło, że w sobotę 2.07.2011 brałem udział w grze pt. CNN. Padało ze dwa dni przed i w noc przed grą, oraz pod koniec rozgrywki. Deszczu spadło chyba po parę litrów na metr kwadratowy. Tym niemniej przybyło 70% osób które się na grę zapisały. To zacny wynik i zasługują obecni na pochwałę, bo łatwo nie było. Buty puszczały po 300 metrach spaceru w wysokiej trawie, spodnie mokre do kolan od owej trawy, a wyżej od deszczu. Repliki elektryczne całkiem nieźle znosiły deszcz, zdecydowanie gorzej z ludźmi;-) Dlatego chcę napisać trochę o sposobach zabezpieczenia się przed wilgocią i działaniach po powrocie do bazy. 

środa, 6 lipca 2011

Aster

Jak całkiem spora część warszawiaków korzystam z usług Aster. To lokalny dostawca internetu, telewizji, usług telekomunikacyjnych, itp. Mieszkałem w kilku lokalizacjach w Warszawie i dopiero w obecnej jest kabel Aster. Wcześniej próbowałem korzystać z ich usług, ale z braku okablowania w budynku - niezmiennie słyszałem w słuchawce telefonu że będzie on okablowywany w IV kwartale roku. Tyle historii, obecnie od dwóch lat mam od Aster telewizję w pakiecie analogowym Basic i internet 20Mbit. Płaciłem 147 zł miesięcznie za dwie usługi i nie dawałem sobie wcisnąć dodatkowych - czyli pakietu cyfrowego Basic Plus, mimo chamskich zagrań pt. wycofanie jakiegoś kanału z Basic i przeniesienie do Plus, oraz usług telefonicznych. Jednak dwa lata dość zgrabnie zleciały i mamy dzień dzisiejszy, a w nim serię zgrzytów. 

wtorek, 7 czerwca 2011

Opakowania

Kiedyś już pisałem o oznakowywaniu opakowań - konkretnie chodziło mi o to że na ludzkich konserwach rysowane jest zwierzątko które będziemy spożywać, a na zwierzęcych - mordka zwierzaka dla którego jedzenie przeznaczono. To jest trochę mylące, ale można od biedy zapamiętać. Cała notka jest tutaj. Wspominam o tej sprawie dlatego, że znalazłem lukę poważną w oznakowaniu produktów kosmetycznych.

Jak większość mężczyzn nie stosuję żadnych wymyślnych kremów czy balsamów, stworzonych dla peda... ...eeee, metroseksualnych mężczyzn. Nie odczuwam takiej potrzeby, uważam że naturalne piękno mej osoby jest ponadczasowe i nie muszę go tłuszczami wzmacniać;-) Jednakże spaliłem sobie nieco nosek na słońcu - w czasie dużej imprezy. Tak mocno że skóra pękła niestety. Zapragnąłem więc posmarować go czymś i w tym celu udałem się do łazienki, przejrzeć zapas kremów wszelakich mojej szanownej małżonki. I tu pojawił się problem. Bowiem preparaty te są w niedużych opakowaniach, a na nich malutkimi literkami wypisano ich cudowne właściwości i przeznaczenie. Zeszło mi naprawdę długo zanim znalazłem krem do twarzy, do cery suchej i wrażliwej - czyli idealny na mój biedny kinol.

I tu pojawia się pewien pomysł. Oddaję go zupełnie za darmo, wszystkim marketingowcom medytującym nad tym jak sprzedać mężczyznom zbędne im kremy itp. Jak wiadomo faceci są wzrokowcami, zatem to bodźce wzrokowe ułatwiają im wręcz przeżycie. Dlaczego zatem nie produkujecie kremów w opakowaniach informujących o przeznaczeniu? Krem do twarzy? Opakowanie to gustowna mordka. Krem do stóp? Zamiast w tubce - zgrabna stopa, rozmiar 44. Krem do rąk? Opakowanie w kształcie pięści! Krem na hemoroidy mi nieco do koncepcji nie pasuje, ale już taki ujędrniający do biustu - zdecydowanie tak.

Widzę okiem wyobraźni te regały w marketach wypełnione piersiami, twarzami, dłońmi i dupskami. I facetów którzy rzucają okiem i wiedzą do czego dany krem jest. Bez czytania tasiemcowej ulotki napisanej mikroskopijnymi literkami. Krem do golenia? Opakowanie w kształcie głowy Rumcajsa - z solidną brodą;-) Żel pod prysznic? Wielka "słuchawka" prysznicowa. Żel intymny? ...

czwartek, 26 maja 2011

ZUS - WTF?

Ponarzekałem ostatnio na Pocztę Polską i listonoszy. Instytucja ta nie próżnowała - mój ulubiony listonosz zostawił mi kolejne awizo, podczas gdy oczywiście byłem w domu. Odbiór poszedł nadspodziewanie szybko i przyjemnie, tym razem nie była to jednak paczka, a pismo z ZUS. Zwrócili mi moje zwolnienie lekarskie L4 celem uzupełnienia danych. Dobrze że jestem jeszcze młody i mam mocne nerwy. Oto bowiem przykład wyjątkowej bezczelności  urzędniczej - pacjent na zwolnieniu ma latać i szukać lekarza który wystawił mu zwolnienie na druku zaakceptowanym przez ZUS (i zapewne ZUS owego lekarza stosowną broszurką poinformował jak się  ów druk wypełnia). Zdaniem ZUS ja mam wiedzieć czy zwolnienie jest dobrze wypełnione czy źle!

Traf chciał że była akurat środa - jedyny dzień kiedy przyjmuje lekarz który wystawił mi ów kwit. Pojechałem więc do szpitala MSWiA aby móc uzupełnić dokument. Oczywiście próba szybkiego wjazdu do gabinetu spaliła na panewce, musiałem poczekać jakiś kwadrans. Lekarz był wielce zdziwiony, ale uzupełnił brak. Przepraszam jednak nie powiedział. Mając w ręku poprawiony świstek - zadzwoniłem do ZUS na podany w piśmie numer z pytaniem - co dalej? Pani zawinszowała sobie posiąść kwitek pocztą. Zmełłem dźwięczną "kurwę" pod nosem i pojechałem na pocztę. Tam kupiłem kopertę i opłaciłem list priorytetowy i polecony - 4,15 zł poszło. Do tego bilet dobowy za 9 zł - abym mógł eskapadę do szpitala uskutecznić. Czemu to ja mam za to zapłacić że lekarz się zapomniał i nie wpisał - uwaga - daty wystawienia dokumentu? ZUS postępuje tutaj bardzo cwanie - opierając się zapewne na jakimś wewnętrznym przepisie i zwraca L4 do chorego mimo że on nie jest stroną w tej sprawie zupełnie. Ale w pisemku jest napisane - nieuzupełnienie i niezwrócenie - skutkuje brakiem wypłaty zasiłku chorobowego. Gdyby nie to że kasa owa jest mi raczej potrzebna - zwróciłbym niepoprawione zwolnienie do ZUS z informacją żeby mnie w dupę pocałowali i zwrócili się do wystawcy dokumentu. W końcu na owym L4 jest pieczęć szpitala i lekarza. Szpital powinien lekarza do poprawienia pobudzić i potrącić mu z poborów koszt odesłania zwolnienia do ZUS.

Ciekawe co by było gdybym owo zwolnienie miał wystawione np. w innym mieście? Albo nie miałbym złamanego obojczyka (no już zrośnięty), tylko obie nogi? Czy ktoś w tym pieprzonym ZUS ma mózg i go używa, czy też zatrudniają wyłącznie takich co mają tunel powietrzny między uszami? Kto odda mi moje 13 zł? Niby to niewiele, ale chodzi o zasadę. Obywatel jest obciążany kosztami czyjejś niekompetencji - wystarczy że płacę podatki, za jednostkowe przypadki dopłacać nie mam zamiaru. Dlatego sporządziłem pisemko do Wydziału Zasiłków ZUS z żądaniem zwrotu mi 13 zł i 15 gr. Niech się cieszą że żądam tylko tyle - mogłem pojechać taksówką... Jak dostanę odpowiedź - będzie notka.